Czy zamiast USA bezpieczeństwo da nam Europa?

Na początku tygodnia w RMF ukazał się sondaż, w którym 27 proc. respondentów wskazało na kraje Unii Europejskiej jako główne źródło pomocy w sytuacji kryzysowej, podczas gdy jedynie 15 proc. liczy na wsparcie Stanów Zjednoczonych. Choć sama cyfra może wydawać się zaskakująca – dużo niebezpieczniejsze jest to, co się za nią kryje.

Po pierwsze: przetrwać

Najważniejszą wartością dla każdego państwa i narodu jest bezpieczeństwo oraz gwarancja dalszego istnienia. Historia pokazuje, że nie jest to ani oczywistość, ani stan dany raz na zawsze. Wiele narodów zostało pozbawionych państwowości i przez pokolenia ponosiło konsekwencje życia bez własnego państwa. Do dziś istnieją narody o potencjale demograficznym porównywalnym z Polakami, które nie posiadają własnego państwa — jak choćby Kurdowie, mimo powszechnie uznawanej i zapisanej w prawie międzynarodowym zasady prawa narodów do samostanowienia.

Polska również przez długie dziesięciolecia doświadczała losu kraju zniewolonego i poddawanego procesom wynaradawiania. Byliśmy podporządkowani obcym interesom i używani jako przedmiot gry wielkich mocarstw. Sprawa polska wielokrotnie stawała się elementem politycznych kalkulacji innych państw.

Powstania: romantyczne zrywy czy realizacja zimnego interesu mocarstw?

Powstanie listopadowe wybuchło między innymi w kontekście rewolucji lipcowej we Francji, która absorbowała uwagę mocarstw. Polscy żołnierze mieli być wykorzystani wraz z siłami rosyjskimi do tłumienia rewolty we Francji i Belgii. Po wybuchu powstania listopadowego stało się to po prostu niemożliwe.

Powstanie styczniowe nastąpiło niedługo po wojnie krymskiej, gdy wydawało się, że osłabiona Rosja stworzy historyczne okno możliwości do zmian. Po jego wybuchu Powstanie stało się elementem gry dyplomatycznej mocarstw, której celem były ich strategiczne interesy - Francja chciała oprzeć granicę na Renie, Wielka Brytania próbowała rozbić ewentualne porozumienia mocarstw kontynentalnych a Austria szukała rekompensaty za straty poniesione w trakcie procesu jednoczenia Włoch. Interesy Polaków nigdy nie były traktowane przez mocarstwa poważnie, jednak górę wzięły emocje i myślenie życzeniowe. Zapłaciliśmy krwią i represjami.

Dopiero epoka pozytywizmu zamknęła okres romantycznych zrywów. Zakończyła intelektualne pułapki mesjanizmu i fałszywego myślenia o polityce. Zamiast emocji pojawiła się praca organiczna i myślenie strategiczne.

Wielka Wojna i wielka zmienna: USA wchodzą do gry

Realną szansę na odzyskanie niepodległości przyniosła dopiero Wielka Wojna, gdzie wreszcie przeciwko sobie zwrócili się nasi zaborcy. Pamiętajmy jednak, że żadne z walczących mocarstw nie planowało odbudowy Polski — obietnice autonomii czy niepodległości były podszyte przede wszystkim chęcią wcielenia do wojska polskiego rekruta. Jak ważny był to ważny czynnik? Po różnych stronach barykady Wielkiej Wojny walczyły łącznie około 3 miliony Polaków, a około pół miliona zapłaciło za to najwyższą cenę. Paradoksalnie.

Gdyby nie zwycięstwa Bolszewików w wojnie domowej oraz rozpad wojska carskiego - sprawa Polska po wojnie na nowo podzieliłaby sojuszników z Entanty. Bieg wydarzeń zadecydował inaczej. Po załamaniu się carskiej armii na froncie wschodnim aliantom w oczy zaświeciła porażka. Dlatego dużo większą wagę przyłożyli do zabiegów, by wciągnąć amerykanów do wojny. Włączenie się Wuja Sama miało jednak cenę, którą ostatecznie wyraził Woodrow WIlson w styczniu 1918 roku, gdy wygłosił w orędziu do Kongresu plan pokojowy, składający się z 14 punktów. Trzynasty dotyczył niepodległej Polski z nieograniczonym dostępem do morza. Państwa Ententy musiały zaakceptować ideę polskiej suwerenności, tym razem jednak od dotrzymanego słowa zależały ich żywotne interesy, a w szczególności zwycięstwo nad państwami centralnymi.

To właśnie stanowisko USA sprawiło, że kwestii polskiej nie dało się usunąć z porządku obrad tworzącego się ładu europejskiego. Wersal przyniósł Polsce niepodległość, lecz ani Niemcy, ani późniejszy Związek Sowiecki nigdy jej w pełni nie zaakceptowały. Wyłamani z Entanty sowieci tylko deklaratywnie uznawali prawo narodów wchodzących wcześniej w skład carskiej Rosji do samostanowienia. Rzeczywistość zweryfikowała tę postawę raptem kilka lat później.

Nasi europejscy sojusznicy to oportuniści

Oportunizm naszych europejskich sąsiadów mogliśmy zweryfikować w działaniu. Pierwsze sprawdzam nastąpiło w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, gdy sowieci ruszyli z ofensywą na wiosnę 1920 roku, a USA wybrało drogę izolacji. Zamiast wspierać Polskę, która stanowiła przedmurze wobec grożącej całej Europie rewolucji - byli gotowi zapłacić naszą ziemią za swój - krótkowzrocznie widziany spokój. To wówczas powstała nazwana na cześć brytyjskiego ministra spraw zagranicznych linia Curzona, dość podobna do dzisiejszych wschodnich granic Polski — rozwiązanie, które sprowadzałoby Polskę do państwa kadłubowego. Dopiero fiasko tych kalkulacji uświadomiło im skalę zagrożenia, bo bolszewicy nigdy nie byli zainteresowani takim porozumieniem. Ostatecznie Polska — jako ostatnia linia obrony — otrzymała wsparcie, a Bitwa Warszawska uratowała Europę kosztem polskiej krwi. Czy dostrzegasz, czytelniku podobne zdarzenia w najnowszej historii Europy?

Gdy rosło zagrożenie niemieckie w latach trzydziestych, pojawiły się nowe traktaty sojusznicze i porozumienia sztabowe pomiędzy Polską, Francją i Wielką Brytanią. Okazały się one jednak politycznym bluffem, a nie realnymi gwarancjami. Nasi europejscy sojusznicy znów używali polskiej krwi do realizacji własnych interesów. To wówczas do powszechnego obiegu weszło powiedzenie, że Brytyjczycy i francuzi są gotowi bić się do ostatniego Polaka.

Ład światowy działa tylko wtedy, gdy broni go potęga USA

Wobec braku realnego wsparcia przegraliśmy kampanię wrześniową, która nawet z pełnym zaangażowaniem sojuszników byłaby ekstremalnie trudna do wygrania. Polacy stanowili czwartą co do liczebności siłę militarną koalicji antyhitlerowskiej. Mimo to o powojennym świecie zdecydowano bez naszego udziału — w Teheranie i Jałcie. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę: utratę terytoriów, miliony istnień ludzkich i dekady spędzone w radzieckiej strefie wpływów.

Z perspektywy czasu widać jednak, że powojenny układ przyniósł także stabilność granic i powstanie spójnego etnicznie państwa. Narody Europy Środkowo-Wschodniej zapłaciły ogromną cenę za blisko osiemdziesiąt lat pokoju w Europie. Jałta była tragedią polityczną, ale równowaga sił — w szczególności gwarantowane potęgą Stanów Zjednoczonych — stała się fundamentem bezpieczeństwa świata zachodniego.

Nowy porządek bezpieczeństwa - czy wyciągniemy wnioski z własnych i cudzych błędów?

Dziś ponownie żyjemy w momencie przełomowym. Bezpieczeństwo i pokój znów stają się najważniejszymi sprawami narodów. Wojna na Ukrainie otwiera dyskusję o nowej architekturze bezpieczeństwa w Europie — i znamienne jest to, że Polska nie uczestniczy w najważniejszych rozmowach, choć ponosimy olbrzymie koszty wspierania naszego wschodniego sojusznika. Mowa nie tylko o wartym miliardy sprzęcie, pomocy finansowej i udostępnieniu terytorium dla wsparcia logistycznego wojny. Polska angażując cały aparat państwa we wsparcie wojny podnosi stawkę ryzyka związanego z ostatecznym wynikiem konfrontacji za naszą wschodnią granicą.

Konflikt ukraiński pokazał coś jeszcze: Europa nie posiada dziś zdolności do samodzielnego zapewnienia bezpieczeństwa ani Ukrainie, ani całemu kontynentowi. Mit europejskiej potęgi był już wielokrotnie podważany, na przykład w trakcie operacji lotniczej w Libii, gdy po kilku tygodniach nasi sojusznicy musieli prosić USA o uzupełnienie zapasu bomb i rakiet. Ostatecznie został zweryfikowany w ciągu ostatnich 4 lat. Najpierw gdy Rosja i Białoruś mogły bezkarnie podeptać porozumienia z Mińska. Późniejsza proza wojny ukazała nagą prawdę: gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy słabło, sytuacja na froncie niemal natychmiast się pogarszała.

Nieprzypadkowo Ukraina domaga się gwarancji bezpieczeństwa właśnie od USA a prezydent Żełeński w Davos pozwala sobie bezkarnie na poniżanie swoich europejskich sojuszników. On widzi gdzie jest realna siła, a gdzie tylko puszenie piórek bez pokrycia w rzeczywistości. To rodzi pytanie: czy Europa jest w stanie udzielić podobnych gwarancji i je wypełnić? Czy Polska ma ponownie stać się buforem bezpieczeństwa kontynentu i realizować cudze żywotne interesy?

Kto szkodzi relacjom polsko-amerykańskim nie powinien nas reprezentować na zewnątrz

Dziś nie istnieje realna alternatywa dla amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Każdy, kto chce je zastąpić innym systemem, powinien pokazać konkretne zdolności militarne, przemysłowe i polityczne. Być może Europa będzie je posiadać za dekadę — ale historia uczy, że ambitne strategie często kończą się jak strategia lizbońska: na deklaracjach i gorzkim żalu, który od półtora roku rozlewa się po salonach Europy po publikacji raportu Draghiego. I jakie wyciągnięto z niego wnioski? Zamiast zająć się przyczynami kryzysu powtarzamy błędy przeszłości szukając nowych rynków w Indiach i Ameryce Południowej.

W tym sensie rację ma Wołodymyr Żełeński, gdy mówi, że tylko Stany Zjednoczone mogą zapewnić realne gwarancje bezpieczeństwa. Polska historia pokazuje wyraźnie, czym kończy się opieranie bezpieczeństwa na iluzjach, ideologii i myśleniu życzeniowym.

Bezpieczeństwo państwa nie jest kwestią sympatii politycznych ani sporów ideologicznych. Jest kwestią przetrwania. Dlatego działania polityczne osłabiające strategiczne relacje bezpieczeństwa lub budujące atmosferę antyamerykańską należy uznać za sprzeczne z interesem państwa. Każdy polityk, a szczególnie ten sprawujący najwyższe funkcje publiczne w Polsce, powinien ponosić szczególną odpowiedzialność za swoje działania. Właśnie dziś, gdy waży się nasza przyszłość i stawka jest najwyższa.

Historia wielokrotnie pokazała, że narody przegrywają nie wtedy, gdy są po prostu słabsze — lecz wtedy, gdy mylą rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami. Polska nie może pozwolić sobie na taki błąd ponownie.


Nowy porządek świata. Europa stanie po stronie USA czy Chin?

To pytanie, które tylko na pozór może wydawać się absurdalne. Liderzy Europy nadal żyją ułudą wielkości oraz imperialnymi mrzonkami. Tymczasem na naszych oczach kształtuje się nowy globalny porządek. Po chaosie wojen i dekadach dominacji Stanów Zjednoczonych jako międzynarodowego gwaranta stabilności, świat zmierza ku nowemu układowi sił. Polska może zostać w nim zmarginalizowana albo wykorzystać historyczną szansę. Czy stać nas zatem na bierność?

Teorie o końcu historii czy nadzieje na trwałą rezygnację z użycia siły w realizacji interesów międzynarodowych okazały się iluzją. Współczesny świat staje się na nowo dwubiegunowy, z nowymi biegunami: Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Europa, choć w niektórych głowach nadal trwają sny o potędze, znajduje się na rozdrożu.

W tej sytuacji Polska musi dokonać strategicznego wyboru, który określi jej miejsce w tej nowej rzeczywistości. Dokonanie tego wyboru oraz zdolność do dotrzymania zobowiązań, które z niego wynikają to test na dojrzałość naszej klasy politycznej oraz siły naszej państwowości jako takiej.

Jakie są przyczyny obecnej sytuacji? Jakie wnioski należy wyciągać z porozumienia surowcowego między USA a Ukrainą? Czy zbudujemy w północno-wschodniej części Europy wał broniący zachód przed groźbami ze wschodu? Czy porozumienie militarne krajów nowej Europy przełożyć się może na pogłębienie przymierza politycznego, również wewnątrz Unii Europejskiej? Czy wystarczy nam siły, by przekształcić politykę NATO w tej części kontynentu?

Na te pytania ostatecznych odpowiedzi udzieli czas, jednak jestem głęboko przekonany, że naszym obowiązkiem jest próba udzielenia ich dziś, by zarysować nadchodzące zmiany i wykorzystać je dla interesu Polski oraz Europy.

Co zrobiłaby Europa gdyby USA upadły?

Wykonajmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie sobie scenariusz – w jakim miejscu znalazła by się Unia Europejska i Polska w szczególności gdyby USA nawet nie upadły ale ich siła została zredukowana do poziomu mocarstwa regionalnego?

Raport Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS) „Defending Europe Without the United States: Costs and Consequences” z maja 2025 roku analizuje koszty obrony przed przyszłym zagrożeniem ze strony Rosji bez wsparcia Stanów Zjednoczonych. I tak, Europa mogłaby funkcjonować bez wojskowego wsparcia Ameryki, ale zastąpienie jej potencjału zajęłoby ćwierć wieku i pochłonęłoby w tym okresie nawet 1 bilion dolarów.

Czy stać nas na takie wydatki? Czy mamy te 25 lat na uzupełnienie luki po wielkim sojuszniku? Czy to jedyne koszty, które musielibyśmy ponieść? Czy mamy zdolność do podjęcia decyzji i jej wyegzekwowania? Każdy może ocenić samodzielnie, najlepiej biorąc pod uwagę skuteczność wdrażania Strategii Lizbońskiej czy nowego Zielonego Ładu. Na sam koniec – czy społeczeństwa stojące przed wyborem czy przeznaczać 4 lub 5% PKB na zbrojenia będą gotowe na podobne wyrzeczenia, czy też zmiotą swoich liderów z jakże wygodnych stołków?

Skostniała Europa potrzebuje przecież pieniędzy na odbudowę zapóźnionej gospodarki. Jak znaleźć jednocześnie pieniądze na obronność i rozbudzenie lekko zatartej maszyny gospodarczej? Gdzie jest granica zadłużania się Europy? Bo jedynym źródłem jego spłaty jest wzrost gospodarczy, a tego w sposób trwały nie wygenerują nowe czołgi, które po wyprodukowaniu czekają w garażach i magazynach. Do części elit europejskich ta sytuacja zaczyna docierać, jednak wydaje się, że nadal zbyt wolno.

A z drugiej strony zastanówmy się – czym byłaby potęga USA po upadku Europy? W każdym z wypadków drugą stronę czeka marginalizacja. W przypadku Europy powolna, bo rosnące potęgi azjatyckie i afrykańskie z chęcią wycisnęłyby europejskie zasoby niczym cytrynę. W przypadku USA miałaby inny charakter ze względu na potęgę militarną i szczególne położenie geograficzne. Z pewnością jednak byłoby związane ze zmniejszeniem skali oddziaływania i koniecznością podzielenia się władzą nad sposobem urządzenia świata z nowymi, azjatyckimi potęgami.

Jestem bardzo mocno przekonany, że tylko odbudowa i pogłębienie relacji transatlantyckich da realną szansę na rozwój, zachowanie europejskiego stylu życia oraz wzmocnienie roli Polski. Jesteśmy na siebie skazani. Ze względu na głęboką sieć powiązań gospodarczych, kulturowych, militarnych i politycznych. Najlepszy czas na to, by to zrozumieć i przełożyć na szeroko zakrojony plan polityczny był 20 lat temu. Drugi najlepszy moment, by zacząć działać jest dzisiaj.

Czy USA jest w stanie obronić hegemonię?

Nie da się kontynuować globalnej gospodarki w dzisiejszym modelu. Nie można w dłuższej perspektywie utrzymać równowagi w sytuacji gdy jedni stają się potęgą produkcyjną a drudzy – potęgą konsumpcyjną. Nie jest możliwy dalszy transfer bogactwa ze strony krajów rozwiniętych do tych, którzy śmieją się z zasad i systemu wartości, który pozwala im się bogacić.

Te zagrożenia znakomicie definiuje administracja Trumpa i podejmuje zdecydowane działania. To być może ostatni moment, choć możliwe, że jest już za późno. Mam świadomość, że sposób komunikacji prezydenta USA jest barwny i dla skostniałych europejskich elit – trudny do przyjęcia. Szczególnie dla tych, którzy od dłuższego czasu obrażali Trumpa, bo nie wpisywał się w ich oczekiwania. Dziś muszą łykać własne języki, bo nadszedł czas weryfikacji prawdziwej siły i potencjału.

Wiele osób, szczególnie konsumujących rozemocjonowane przekazy polityczne, łapie się za głowę i załamuje ręce nad niezrozumiałymi decyzjami administracji w Waszyngtonie. Ideologicznie nacechowane komentarze zamiast skupiać się na treści realizowanej polityki nadają jej plemienną ocenę. To droga na skróty. Donald Trump wrócił do Białego Domu dużo lepiej przygotowany i otoczony wianuszkiem doświadczonych współpracowników z szufladami pełnymi nowych rozwiązań.

USA już jakiś czas temu zrozumiały, że nie sposób grać według ustalonych reguł z Chinami, które tych reguł ewidentnie nie przestrzegają i wykorzystują słabości systemu światowej gospodarki. Przywłaszczanie własności intelektualnej, przejmowanie całych sektorów gospodarki światowej, agresywne subsydiowanie eksportu to tylko elementy systematycznego podkopywania obecnego status quo. Oczywiście kosztem hegemonicznej pozycji USA.

Ameryka szarpie cugle przez Atlantyk, by odzyskać kontrolę nad światem

Komunistyczna Partia Chin wyznaczyła rok 2049 jako datę „odrodzenia narodu”, co przez większość analityków interpretowane jest jako termin, w którym Chiny zamierzają siłowo odzyskać kontrolę nad Tajwanem. Przynajmniej do tego czasu konfrontacja między USA a Chinami nie przybierze formy tradycyjnych konfliktów militarnych. Będzie rozgrywać się na płaszczyznach gospodarczej, finansowej i politycznej. Gwarancje wzajemnego zniszczenia ograniczają ryzyko eskalacji militarnej, ale nie eliminują napięć.

Dziś siła militarna i gospodarcza USA nadal dominuje nad potencjałem chińskim, jednak nożyce wykresów się zacieśniają i w Stanach zapadły decyzje o mocniejszym szarpnięciu cugli – w innym przypadku w nadchodzącej konfrontacji mogłyby być skazana na porażkę.

I to tak należy czytać zdecydowaną politykę administracji amerykańskiej. Pomijając polityczne emocje i ozdobniki – zmniejszenie ilości teatrów konfrontacji, zabezpieczenie kontroli mórz i handlu, wymuszenie zwiększenia zaangażowania i solidarności sojuszników, redefinicja zasad funkcjonowania rynków finansowych – to logiczne ruchy, które przypominają przegląd zbrojowni przed nadchodzącą bitwą. Nie należy się na to obrażać, trzeba się zastanawiać co te przygotowania oznaczają dla nas – dla Polski i Europy. A – gdy dobrze się temu przyjrzeć – sukces Ameryki może – i powinien – stać się sukcesem starego kontynentu.

Skansen Europa: nostalgiczny cień dawnej potęgi

Świat dwubiegunowy, zdominowany przez USA i Chiny, nie pozostawia miejsca na trzecią drogę. Europa, mimo historycznej roli, zmierza ku marginalizacji. Brak wspólnej strategii i zdolności do jej „dowożenia”, wewnętrzne podziały i uzależnienie od zewnętrznych aktorów sprawiają, że staje się przedmiotem gry mocarstw, a nie jej aktywnym uczestnikiem.

Teoretycznie Unia Europejska stanowi olbrzymi potencjał. PKB na poziomie porównywalnym z Chinami, wysoki poziom życia 450 mln mieszkańców czy ponad dwukrotnie wyższe nakłady na wojsko powinny sprawiać, że Europa samodzielnie mogłaby stanowić o przyszłości tej części świata. Mogłaby, ale nie jest zdolna.

Instytucje polityczne Unii Europejskiej nie są bowiem przystosowane do coraz dynamiczniej zmieniającego się świata. Podziały i narodowe egoizmy w kluczowych momentach biorą górę a państwa, które od lat dzierżyły nieformalny ster przywództwa nie zdały egzaminu. Zagubieni w poczuciu wyższości, pyszni i bujający w obłokach marzeń o mocarstwowości trwonią potencjał starego kontynentu.

Na naszych oczach rozpadł się mit świetnie zorganizowanych i wolnych od politycznych interwencji gospodarki i finansów Niemiec, co znakomicie opisał w książce o znamiennym tytule „Kaput” Wolfgang Münchau, jeden z założycieli Financial Times Deutschland. To właśnie upolitycznienie sektora finansów i przemysłu doprowadziło do braku elastyczności gospodarki, zapóźnienia technologicznego, administracyjnego imposybilizmu i dotkliwego braku sprawczości.

Europa jest świetna w tworzeniu wielkich wizji, jednak fatalna w ich wcielaniu w życie. Gdzie jest dziś strategia wspomniana Lizbońska? Dokument przyjęty dwie i pół dekady temu zakładał wzrost wydatków na badania i rozwój do 3% PKB do 2010 roku. Wg. Eurostatu te wydatki dziś to… 2,11% PKB. Dla porównania biedne Chiny wydają na ten cel 2,56% własnego produktu, USA – 3,59%.

Mieliśmy być technologicznym mocarstwem. Mieliśmy być liderem świata innowacji. Wydano pieniądze, zadrukowano tysiące stron strategii i… nic. Nic dziwnego, że świat Europie uciekł. Nic dziwnego, że w relacjach z USA staliśmy się junior partnerem. Bez radykalnych zmian czeka nas agonia. Z początku powolna, z czasem tylko przyspieszająca.

Siedzenie okrakiem szkodzi

Jednocześnie syta, tłusta i mało ruchliwa Europa na własne życzenie znalazła się w systemie współzależności gospodarczych z Chinami. Kraje Unii są największym partnerem handlowym państwa środka, z deficytem handlowym na poziomie 300 miliardów euro rocznie. W sposób szczególny ta zależność dotyczy Niemiec, w mniejszym stopniu Francji, Włoch, Holandii czy… Czech. Europa, która pozwoliła sobie na deindustrializację i zwiększenie zależności od partnerów nie wyznających tego samego systemu wartości, znajduje się dziś w ciemnym miejscu. Obnażył to najpierw Covid-19, później wojna na Ukrainie. Zerwanie globalnych sieci dostaw i oderwanie od realnych środków produkcji pokazało: europejski cesarz jest nagi.

Europejskie elity po opublikowaniu raportu Draghiego już nie mogą otwarcie udawać, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. Niestety głównie w obszarze deklaracji. Potrzeba szybkiego dostosowania się do zmieniającej się rzeczywistości obnażyła największą słabość Unii – podziały, konserwatyzm decydentów i pycha przemieszana z mocarstwowym zestawem idei i postaw.

Rosnąca presja ze strony USA, by kraje Unia Europejskiej aktywnie dołączyły do budowy bloku wokół amerykanów wynika z faktu, że gotowość amerykanów do pełnienia roli dawcy bezpieczeństwa przez lata poddawana była turbulencjom i testom. Europejczycy szukali swojej drogi. Począwszy od opuszczenia przez Francję de Gaulle’a struktur wojskowych NATO poprzez budowane na typowo europejskim poczuciu wyższości separowanie się od przywództwa amerykańskiego – niszczono więź transatlantycką. Szukano sposobów, by pokazać, że potrafimy sobie poradzić bez Wuja Sama.

Jak w Europie Wuja Sama zastępował smok i niedźwiedź

Przewagi konkurencyjnej szukano zatem w innych partnerach – w Rosji oferującej tanią energię i wzmacniającej Niemcom gospodarczą i polityczną kontrolę nad mitteleuropą oraz w taniej sile roboczej Chin. Pokojowa renta naiwności się właśnie kończy i nadszedł czas, by zapłacić za sielskie dekady komfortowej konsumpcji.

Nawet po obnażeniu wszelkich słabości Unia próbuje własnej drogi. Zamiast „decouplingu” w relacjach z Chinami wybiera „derisking”. Nie wychodzi z zapowietrzonego pokoju, woli zostawić nogę w drzwiach – w razie czego. Jeżeli szukamy wyjścia z chińskiej współzależności to tam, gdzie się to opłaca zapóźnionym technologicznie Niemcom – ustalając wysokie cła na chińskie auta elektryczne. Zamiast grać wspólnie z USA, by doprowadzić do trwałego pokoju na Ukrainie opartego o twarde gwarancje – angażuje się w przepychanki i pozwala rozgrywać interesom wielkiego biznesu trzymającego pakiet kontrolny nad rządami w Kijowie. Jesteśmy tacy mądrzy a jednocześnie tacy ślepi i bezsilni. Wiemy wszystko ale jednocześnie nic z tym nie robimy.

Zamiast tego my, Europejczycy, chcemy grać mocarstwową grę. Niestety – parafrazując pewne niesławne spotkanie w Gabinecie Owalnym – brak nam kart, by skutecznie uczestniczyć w tej rozgrywce. A siedzenie okrakiem pomiędzy mocarstwami może nas – jak to mówi młodzież – zmieść z tej planszy. Doprowadzenie sytuacji do tego momentu jest niewybaczalnym obciążeniem dla europejskich i narodowych elit wszystkich krajów Unii Europejskiej oraz kładzie się cieniem nad ich legitymacją i realną zdolnością do wprowadzania niezbędnych zmian. Czy stać nas, by ponosić takie ryzyko?

Nadchodzi konfrontacja i zderzenie cywilizacji. Zachodniej i państwa środka, które szuka odbudowywane dominującej pozycji. Konfrontacja militarna, gospodarcza, polityczna i kulturowa. Nie pozwoli na pozostawanie z boku, nie wybaczy obojętności. Wszyscy, którzy wejdą pomiędzy jej tryby mogą zostać boleśnie zgnieceni i dopasowani siłą.

 

Co o naszej roli mówi ukraińsko-amerykańska umowa surowcowa?

Stany Zjednoczone prowadzą politykę weryfikacji sojuszników, zmuszając ich do opowiedzenia się po jednej ze stron. Kluczowym przykładem jest Ukraina, która poprzez umowę surowcową znalazła się pod olbrzymim wpływem USA. Umowa ta, ma polityczne znaczenie daleko wykraczająca poza kwestie surowcowe, może zmienić układ sił w regionie. Wszyscy pamiętamy spotkanie na szczycie między Wołodymirem Żełeńskim i Donaldem Trumpem w Białym Domu, które wywrócił premier Ukrainy. Wszyscy pamiętamy jak chwilę później Wierchowna Rada Ukrainy w nietransparentny sposób odrzuciła treść porozumienia. Wiele wskazuje na to, że po tych wydarzeniach amerykański biznes porozumiał się z ukraińskimi elitami gospodarczymi, marginalizując udział Europy w tym procesie.

Brak jest bezpośrednich dowodów, że to interesy ukraińskich oligarchów doprowadziły do zablokowania przyjęcia pierwotnej wersji umowy surowcowej. Nie odbyło się imienne głosowanie, które pozwoliłoby określić które stronnictwo było najbardziej aktywne. Jednak nie jest tajemnicą, że to interesy panów Kołomojskiego i Achmetowa były w tej sytuacji najbardziej zagrożone. Wierchowna Rada Ukrainy zwana przez złośliwych największym biznesowym klubem Europy upomniała się o interesy swoich mocodawców. Media zależne od Kołomojskiego zaangażowały się w krytykę umowy, wspierać mieli je politycy związani z Achmetowem.

Ostatecznie kryzys został zażegnany a umowa została w maju jednogłośnie ratyfikowana, co przypieczętowało „dogawor” między światem ukraińskiej gospodarki a Amerykanami oraz jednoznacznie wskazało miejsce w „kolejności dziobania” partnerów europejskich. Dowodzi to, że ukraińskie środowisko gospodarcze zaakceptowało wiodącą rolę USA w dyktowaniu warunków pokoju, życia i śmierci na Ukrainie. Amerykanie jako jedyni spośród krajów wspierających wysiłek militarny naszych wschodnich sąsiadów zmusili ich do zabezpieczenia własnych interesów gospodarczych. Nie uznali za wystarczająco wiarygodne nadzieje pokładane w dobre intencje i wdzięczność ukraińskich partnerów.

Więc jak nam idzie mocarstwowa polityka na własnym kontynencie? Niestety ale analizując przykład rozstrzygnięć wokół umowy surowcowej cenzurka pisze się sama. Jesteśmy poza grą. Dostaniemy tylko to, na co Wujek Sam pozwoli. A pozwoli na to, co będzie mu się opłacało. Bo może. Bo sami postawiliśmy się w pozycji słabości.

To dobra lekcja dla nas. Bo pomimo olbrzymiego wsparcia otrzymywanego z polskiej strony, premier Ukrainy nie zawahał się, gdy w 2023 roku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ nazwał decyzję o zakazie wwożenia ukraińskiego zboża do Polski „wpisywaniem się w politykę Rosji”. Polityka oparta o nadzieję na wdzięczność to frajerstwo. W chwili gdy zakończyło się realne zagrożenie dla państwowości Ukrainy powinny zakończyć się również sentymenty. I piszę to jako człowiek, który uważa niepodległą i silną militarnie Ukrainę jako polską rację stanu.

Czas na opowiedzenie się. Idziemy pod rękę z Amerykanami czy Chińczykami?

Polska, podobnie jak Europa, stoi przed koniecznością wyboru sojusznika. Stany Zjednoczone aktywnie budują bloki gospodarczo-militarne, wspierając je działaniami politycznymi. Alternatywą jest zbliżenie z Chinami, co jednak niesie ryzyko utraty suwerenności i popadnięcie w głęboką zależność, z której trudno będzie się wydobyć. Polska musi jasno określić swoich sojuszników i oponentów, dostosowując się do globalnych porządków. Brak zdecydowania może skutkować osłabieniem pozycji na arenie międzynarodowej.

Bezpośrednio za naszą wschodnią granicą Stany Zjednoczone dążą do przekształcenia Ukrainy w państwo frontowe, na wzór Korei Południowej, poprzez inwestycje gospodarcze, transfer technologii i wpływ polityczny. Proces ten wymaga jednak zaangażowania sąsiednich krajów, w tym Polski, Słowacji, Rumunii, Finlandii, Szwecji, Norwegii oraz potencjalnie państw bałtyckich. Sukces tej strategii może osłabić Rosję, ukazując kontrast między gospodarką putinowską a modelem zachodnim, zwiększającym zamożność społeczeństwa Ukrainy. Jednak realizacja tego planu oznacza ograniczenie wpływów Francji i Niemiec w Europie Wschodniej, co budzi zrozumiały opór europejskich potęg. I stawia zaangażowanie tych krajów w sprawy Ukrainy w zupełnie innym świetle niż to znane z najpopularniejszych mediów.

Rola Europy Wschodniej w nowym ładzie

Stany Zjednoczone konsekwentnie realizują strategię budowania bipolarnego świata, w którym kontrolują sojuszników i osłabiają przeciwników. Ich polityka wobec Ukrainy, oparta na inwestycjach i kontroli gospodarczej, ma na celu stworzenie silnego państwa frontowego. USA będą wymagać lojalności od sojuszników, w tym Polski, co może oznaczać konieczność redefinicji relacji z Europą Zachodnią.

Polityka USA względem Europy środkowej i wschodniej jest od mniej-więcej 2014 roku niezmienna. Amerykanie szukają przeciwwagi dla hegemonicznej a jednocześnie mocno egoistycznej przywódczej roli Niemiec i Francji w Unii Europejskiej. Inicjatywy Trójmorza czy budowy Bukaresztańskiej siódemki to przykłady tego zaangażowania. Te inicjatywy, gdyby wyszły poza poziom politycznych deklaracji i zostały wypełnione gospodarczą treścią – mogłyby zakończyć się znaczącym sukcesem. Ubolewam nad tym, że do dziś tak się nie stało. Nie wystawia to dobrej cenzury naszym politykom.

Przedmurze Wschodnie – przeciwwaga dla krótkowzrocznej polityki Europy Zachodniej

Tymczasem USA, aby mieć zabezpieczoną północno-wschodnią flankę – potrzebuje dociążonej i wylewarowanej Polski i krajów wspomnianego bloku – nazwijmy go Przedmurzem Wschodnim. Niezbędne jest wzmocnienie bloku poprzez działania charakterze po pierwsze gospodarczym, po drugie militarnym i po trzecie - politycznym.

Po pierwsze działania gospodarcze, by pełen zakres zaplecza ewentualnego konfliktu mógł być obsługiwany na miejscu i w miarę możliwości nie zależał od wielotygodniowych transportów poprzez ocean. Do tego potrzebne jest zaplecze przemysłowe i technologiczne, kompetencje oraz zasoby informacyjne. Słowem: potrzebne są zagraniczne oraz krajowe inwestycje w produkcję militarną i podwójnego zastosowania w Polsce, szczególnie w regionach stanowiących naturalną głębię strategiczną Polski – na Dolnym Śląsku, Opolszczyźnie Śląsku, Lubuskiem i w Wielkopolsce.

Po drugie działania militarne, by to do krajów Przedmurza Wschodniego, z Polską na czele przeniosły się z Niemiec bazy wojskowe USA. Wał broniący Europy przed wschodnim zagrożeniem będzie ciągnął się od Arktyki po Morze Czarne i zasługiwał na zupełnie nowe struktury, organizację i finansowanie. I to nie miejsce na to, byśmy jak bezbronne dzieci opierali się na finansowaniu tych działań przez USA. Kraje bloku własną piersią osłaniać będą Europę Zachodnią od zagrożenia. To ogromny wysiłek i odpowiedzialność, która w krytycznym momencie może zostać okupiona krwią polskiego żołnierza. Logiczne zatem byłoby, by kraje Europy Zachodniej w znaczącym wymiarze dokładały się do kosztów utrzymania i wyposażania rozbudowanych ponad standardowe potrzeby sił zbrojnych.

Blok Przedmurza Wschodniego powinien otrzymać należną wagę w strukturach militarnych NATO. W Polsce, a konkretnej: na Dolnym Sląsku powinno mieć swoją siedzibę nowe dowództwo połączonych sił NATO na teatrze północno-wschodniej Europy – dowództwo bloku Przedmurza Wschodniego. To nasz interes narodowy.

Po trzecie działania polityczne, by wspólnota interesów przemówiła wspólną sprawczością względem krajów starej Unii Europejskiej z jednej strony – i względem Rosji z drugiej. Zapewnienie odpowiedniego finansowania, budowa infrastruktury technicznej oraz gospodarczej oraz utrzymanie właściwych sił na naszym teatrze – to wszystko będzie wymuszało współdziałanie, w trakcie którego pogłębi się wzajemne zaufanie, uwspólnione zostaną strategiczne cele. To szansa na zrównoważenie sprawujących obecnie przywództwo Niemiec i Francji, które rozwiązania bezpieczeństwa w nowym światowym ładzie najchętniej ułożyłyby pod swoje interesy. A częścią tych interesów jest gospodarcza i polityczna kontrola nad blokiem krajów Europy centralnej i wschodniej.

Amerykańskie szarpnięcie cuglami to dla nas olbrzymia szansa na wyrwanie się z tego układu i wytworzenie nowej dynamiki w Unii Europejskiej. Uczynienie z Ukrainy nowej Korei Południowej nie może się odbyć bez udziału Polski i znacznej części państw bloku Przedmurza. Jesteśmy do tego niezbędni z przyczyn geograficznych, militarnych, gospodarczych i politycznych. To jest nasz moment, by realnie zacząć pełnić rolę, do której nasza klasa polityczna aspirowała od lat. Do budowania czegoś więcej niż Giedroyciowa doktryna ULB, bo nasza pozycja w Europie środkowej i wschodniej może być odpowiedzią nie tylko na problemy naszego regionu ale także drogą do uzdrowienia pogrążonej w niemocy Unii Europejskiej jako całości.

Potrzebne nowe idee, nowe instytucje i nowe elity

Niestety – w Europie cierpimy na kryzys realnego przywództwa. Większość obecnie rządzących elit jest skompromitowana indolencją, pychą, doraźnością albo zwykłą ludzką chciwością. Ci ludzie są w stanie zagwarantować tylko jedno: powolną agonię. To dlatego przez Europę już od lat przetacza się fala niezadowolenia. Rosną ruchy protestu, inicjatywy określane przez dotychczasowy establishment „antysystemowymi”. Ten gniew to reakcja na ideową pustkę, instytucjonalny absurd i powszechny brak wiarygodności elit.

W lipcu ubiegłego w Radio Wrocław roku wskazywałem, że polskie służby zagraniczne winne są utrzymywać kontakty zarówno ze sztabem demokratów jak i GOP, bo wszelkie dostępne przesłanki zapowiadają prawdopodobne zwycięstwo Donalda Trumpa. Wiele osób pukało się w głowę. Pytali czy przeszedłem na stronę zła.

To przejaw postawy, która od lat zatruwa nasz dyskurs. Poczucia wyższości. Wyższej racji, która pozwala nam wskazywać innym co mają wybierać, bo nam się wydaje, że wiemy lepiej. To ideologiczne zaślepienie, zacietrzewienie i zejście do intelektualnych okopów jest zagrożeniem i niesie za sobą ryzyko większe niż tylko to, że pokłócimy się przy świątecznym stole.

Jest zagrożeniem, dla trzeźwej oceny sytuacji i naszej egzystencji jako narodu i kręgu kulturowego. Bo stosunek naszych elit do Amerykanów jest produktem salonu. Wiernopoddanczy albo buńczuczno-brukselski. Nie mam nic przeciwko elitom jako takim, nie mam nic przeciwko Europie, przeciwnie, jestem jej wielkim entuzjastą i miłośnikiem. I dlatego właśnie nakłuwanie bańki tych szkodliwych poglądów jest obowiązkiem wszystkich świadomych obywateli na poziomie lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Bo szkodzą.

Ale jest płomyczek nadziei – w inicjatywach oddolnych, w społecznym zaangażowaniu, w nowych odsłonach ruchów politycznych – zastygła skorupa dotychczasowych elit rozszczelnia się i pęka.

Tylko od nas zależy czy uda się ją skruszyć. A od naszych zdolności i determinacji zależeć będzie przyszła rola Polski w nowym ładzie układanym przez mocarstwa. W sytuacji, w której swoją rolę odegramy jak należy – odciśniemy na nowym ładzie piętno, które sprawi, że będzie szyty nieco bardziej na naszą miarę i lepiej służył przyszłym pokoleniom.

Stawka jest więc wysoka. Czy polskie społeczeństwo obywatelskie podniesie rzuconą mu przez historię rękawicę? Zapraszam do dyskusji.


Privacy Preference Center