Na początku tygodnia w RMF ukazał się sondaż, w którym 27 proc. respondentów wskazało na kraje Unii Europejskiej jako główne źródło pomocy w sytuacji kryzysowej, podczas gdy jedynie 15 proc. liczy na wsparcie Stanów Zjednoczonych. Choć sama cyfra może wydawać się zaskakująca – dużo niebezpieczniejsze jest to, co się za nią kryje.

Po pierwsze: przetrwać

Najważniejszą wartością dla każdego państwa i narodu jest bezpieczeństwo oraz gwarancja dalszego istnienia. Historia pokazuje, że nie jest to ani oczywistość, ani stan dany raz na zawsze. Wiele narodów zostało pozbawionych państwowości i przez pokolenia ponosiło konsekwencje życia bez własnego państwa. Do dziś istnieją narody o potencjale demograficznym porównywalnym z Polakami, które nie posiadają własnego państwa — jak choćby Kurdowie, mimo powszechnie uznawanej i zapisanej w prawie międzynarodowym zasady prawa narodów do samostanowienia.

Polska również przez długie dziesięciolecia doświadczała losu kraju zniewolonego i poddawanego procesom wynaradawiania. Byliśmy podporządkowani obcym interesom i używani jako przedmiot gry wielkich mocarstw. Sprawa polska wielokrotnie stawała się elementem politycznych kalkulacji innych państw.

Powstania: romantyczne zrywy czy realizacja zimnego interesu mocarstw?

Powstanie listopadowe wybuchło między innymi w kontekście rewolucji lipcowej we Francji, która absorbowała uwagę mocarstw. Polscy żołnierze mieli być wykorzystani wraz z siłami rosyjskimi do tłumienia rewolty we Francji i Belgii. Po wybuchu powstania listopadowego stało się to po prostu niemożliwe.

Powstanie styczniowe nastąpiło niedługo po wojnie krymskiej, gdy wydawało się, że osłabiona Rosja stworzy historyczne okno możliwości do zmian. Po jego wybuchu Powstanie stało się elementem gry dyplomatycznej mocarstw, której celem były ich strategiczne interesy – Francja chciała oprzeć granicę na Renie, Wielka Brytania próbowała rozbić ewentualne porozumienia mocarstw kontynentalnych a Austria szukała rekompensaty za straty poniesione w trakcie procesu jednoczenia Włoch. Interesy Polaków nigdy nie były traktowane przez mocarstwa poważnie, jednak górę wzięły emocje i myślenie życzeniowe. Zapłaciliśmy krwią i represjami.

Dopiero epoka pozytywizmu zamknęła okres romantycznych zrywów. Zakończyła intelektualne pułapki mesjanizmu i fałszywego myślenia o polityce. Zamiast emocji pojawiła się praca organiczna i myślenie strategiczne.

Wielka Wojna i wielka zmienna: USA wchodzą do gry

Realną szansę na odzyskanie niepodległości przyniosła dopiero Wielka Wojna, gdzie wreszcie przeciwko sobie zwrócili się nasi zaborcy. Pamiętajmy jednak, że żadne z walczących mocarstw nie planowało odbudowy Polski — obietnice autonomii czy niepodległości były podszyte przede wszystkim chęcią wcielenia do wojska polskiego rekruta. Jak ważny był to ważny czynnik? Po różnych stronach barykady Wielkiej Wojny walczyły łącznie około 3 miliony Polaków, a około pół miliona zapłaciło za to najwyższą cenę. Paradoksalnie.

Gdyby nie zwycięstwa Bolszewików w wojnie domowej oraz rozpad wojska carskiego – sprawa Polska po wojnie na nowo podzieliłaby sojuszników z Entanty. Bieg wydarzeń zadecydował inaczej. Po załamaniu się carskiej armii na froncie wschodnim aliantom w oczy zaświeciła porażka. Dlatego dużo większą wagę przyłożyli do zabiegów, by wciągnąć amerykanów do wojny. Włączenie się Wuja Sama miało jednak cenę, którą ostatecznie wyraził Woodrow WIlson w styczniu 1918 roku, gdy wygłosił w orędziu do Kongresu plan pokojowy, składający się z 14 punktów. Trzynasty dotyczył niepodległej Polski z nieograniczonym dostępem do morza. Państwa Ententy musiały zaakceptować ideę polskiej suwerenności, tym razem jednak od dotrzymanego słowa zależały ich żywotne interesy, a w szczególności zwycięstwo nad państwami centralnymi.

To właśnie stanowisko USA sprawiło, że kwestii polskiej nie dało się usunąć z porządku obrad tworzącego się ładu europejskiego. Wersal przyniósł Polsce niepodległość, lecz ani Niemcy, ani późniejszy Związek Sowiecki nigdy jej w pełni nie zaakceptowały. Wyłamani z Entanty sowieci tylko deklaratywnie uznawali prawo narodów wchodzących wcześniej w skład carskiej Rosji do samostanowienia. Rzeczywistość zweryfikowała tę postawę raptem kilka lat później.

Nasi europejscy sojusznicy to oportuniści

Oportunizm naszych europejskich sąsiadów mogliśmy zweryfikować w działaniu. Pierwsze sprawdzam nastąpiło w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, gdy sowieci ruszyli z ofensywą na wiosnę 1920 roku, a USA wybrało drogę izolacji. Zamiast wspierać Polskę, która stanowiła przedmurze wobec grożącej całej Europie rewolucji – byli gotowi zapłacić naszą ziemią za swój – krótkowzrocznie widziany spokój. To wówczas powstała nazwana na cześć brytyjskiego ministra spraw zagranicznych linia Curzona, dość podobna do dzisiejszych wschodnich granic Polski — rozwiązanie, które sprowadzałoby Polskę do państwa kadłubowego. Dopiero fiasko tych kalkulacji uświadomiło im skalę zagrożenia, bo bolszewicy nigdy nie byli zainteresowani takim porozumieniem. Ostatecznie Polska — jako ostatnia linia obrony — otrzymała wsparcie, a Bitwa Warszawska uratowała Europę kosztem polskiej krwi. Czy dostrzegasz, czytelniku podobne zdarzenia w najnowszej historii Europy?

Gdy rosło zagrożenie niemieckie w latach trzydziestych, pojawiły się nowe traktaty sojusznicze i porozumienia sztabowe pomiędzy Polską, Francją i Wielką Brytanią. Okazały się one jednak politycznym bluffem, a nie realnymi gwarancjami. Nasi europejscy sojusznicy znów używali polskiej krwi do realizacji własnych interesów. To wówczas do powszechnego obiegu weszło powiedzenie, że Brytyjczycy i francuzi są gotowi bić się do ostatniego Polaka.

Ład światowy działa tylko wtedy, gdy broni go potęga USA

Wobec braku realnego wsparcia przegraliśmy kampanię wrześniową, która nawet z pełnym zaangażowaniem sojuszników byłaby ekstremalnie trudna do wygrania. Polacy stanowili czwartą co do liczebności siłę militarną koalicji antyhitlerowskiej. Mimo to o powojennym świecie zdecydowano bez naszego udziału — w Teheranie i Jałcie. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę: utratę terytoriów, miliony istnień ludzkich i dekady spędzone w radzieckiej strefie wpływów.

Z perspektywy czasu widać jednak, że powojenny układ przyniósł także stabilność granic i powstanie spójnego etnicznie państwa. Narody Europy Środkowo-Wschodniej zapłaciły ogromną cenę za blisko osiemdziesiąt lat pokoju w Europie. Jałta była tragedią polityczną, ale równowaga sił — w szczególności gwarantowane potęgą Stanów Zjednoczonych — stała się fundamentem bezpieczeństwa świata zachodniego.

Nowy porządek bezpieczeństwa – czy wyciągniemy wnioski z własnych i cudzych błędów?

Dziś ponownie żyjemy w momencie przełomowym. Bezpieczeństwo i pokój znów stają się najważniejszymi sprawami narodów. Wojna na Ukrainie otwiera dyskusję o nowej architekturze bezpieczeństwa w Europie — i znamienne jest to, że Polska nie uczestniczy w najważniejszych rozmowach, choć ponosimy olbrzymie koszty wspierania naszego wschodniego sojusznika. Mowa nie tylko o wartym miliardy sprzęcie, pomocy finansowej i udostępnieniu terytorium dla wsparcia logistycznego wojny. Polska angażując cały aparat państwa we wsparcie wojny podnosi stawkę ryzyka związanego z ostatecznym wynikiem konfrontacji za naszą wschodnią granicą.

Konflikt ukraiński pokazał coś jeszcze: Europa nie posiada dziś zdolności do samodzielnego zapewnienia bezpieczeństwa ani Ukrainie, ani całemu kontynentowi. Mit europejskiej potęgi był już wielokrotnie podważany, na przykład w trakcie operacji lotniczej w Libii, gdy po kilku tygodniach nasi sojusznicy musieli prosić USA o uzupełnienie zapasu bomb i rakiet. Ostatecznie został zweryfikowany w ciągu ostatnich 4 lat. Najpierw gdy Rosja i Białoruś mogły bezkarnie podeptać porozumienia z Mińska. Późniejsza proza wojny ukazała nagą prawdę: gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy słabło, sytuacja na froncie niemal natychmiast się pogarszała.

Nieprzypadkowo Ukraina domaga się gwarancji bezpieczeństwa właśnie od USA a prezydent Żełeński w Davos pozwala sobie bezkarnie na poniżanie swoich europejskich sojuszników. On widzi gdzie jest realna siła, a gdzie tylko puszenie piórek bez pokrycia w rzeczywistości. To rodzi pytanie: czy Europa jest w stanie udzielić podobnych gwarancji i je wypełnić? Czy Polska ma ponownie stać się buforem bezpieczeństwa kontynentu i realizować cudze żywotne interesy?

Kto szkodzi relacjom polsko-amerykańskim nie powinien nas reprezentować na zewnątrz

Dziś nie istnieje realna alternatywa dla amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Każdy, kto chce je zastąpić innym systemem, powinien pokazać konkretne zdolności militarne, przemysłowe i polityczne. Być może Europa będzie je posiadać za dekadę — ale historia uczy, że ambitne strategie często kończą się jak strategia lizbońska: na deklaracjach i gorzkim żalu, który od półtora roku rozlewa się po salonach Europy po publikacji raportu Draghiego. I jakie wyciągnięto z niego wnioski? Zamiast zająć się przyczynami kryzysu powtarzamy błędy przeszłości szukając nowych rynków w Indiach i Ameryce Południowej.

W tym sensie rację ma Wołodymyr Żełeński, gdy mówi, że tylko Stany Zjednoczone mogą zapewnić realne gwarancje bezpieczeństwa. Polska historia pokazuje wyraźnie, czym kończy się opieranie bezpieczeństwa na iluzjach, ideologii i myśleniu życzeniowym.

Bezpieczeństwo państwa nie jest kwestią sympatii politycznych ani sporów ideologicznych. Jest kwestią przetrwania. Dlatego działania polityczne osłabiające strategiczne relacje bezpieczeństwa lub budujące atmosferę antyamerykańską należy uznać za sprzeczne z interesem państwa. Każdy polityk, a szczególnie ten sprawujący najwyższe funkcje publiczne w Polsce, powinien ponosić szczególną odpowiedzialność za swoje działania. Właśnie dziś, gdy waży się nasza przyszłość i stawka jest najwyższa.

Historia wielokrotnie pokazała, że narody przegrywają nie wtedy, gdy są po prostu słabsze — lecz wtedy, gdy mylą rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami. Polska nie może pozwolić sobie na taki błąd ponownie.

Privacy Preference Center