Czy Europa kiedykolwiek uzyska militarną niezależność? Analiza po czterech latach wojny
Dyskusja ponad partyjnym sporem
Bezpieczeństwo państwa to temat, który w dzisiejszej Polsce budzi ogromne emocje i intensywną debatę publiczną. W czwartą rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę warto wrócić do kwestii naszego bezpieczeństwa. Ostatnia dyskusja po moim ostatnim tekście o relacjach transatlantyckich pokazała, jak łatwo rozmowa o strategicznych interesach może zostać sprowadzona do bieżącej wojny politycznej. Tymczasem kluczowe pytanie dotyczy nie o tego, kto ma rację w krajowym sporze, lecz jakie są realne zdolności po obu stronach oceanu i jakie wnioski powinniśmy z nich wyciągnąć.
Dziś, cztery lata po wybuchu realnej, pełnoskalowej wojny na Ukrainie warto więc na chwilę odsunąć emocje i przyjrzeć się faktom. Bezpieczeństwo nie jest deklaracją ani politycznym sloganem. Jest zdolnością do działania w określonym czasie, przy określonych zasobach, w warunkach presji i niepewności.
Przepaść transatlantycka
Różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą nie sprowadza się do samej wysokości budżetu obronnego, choć ten mówi wiele. Według corocznych raportów NATO Stany Zjednoczone odpowiadają za około 70 procent łącznych wydatków obronnych Sojuszu. Dane SIPRI pokazują, że amerykański budżet wojskowy przekracza 880 miliardów dolarów rocznie, podczas gdy wszystkie państwa Unii Europejskiej razem wydają około 300–350 miliardów dolarów.

Jednak jeszcze większa przepaść kryje się w strukturze tych wydatków. USA dysponują globalnym systemem projekcji siły, tysiącami samolotów bojowych, w tym setkami maszyn piątej generacji, oraz gęstą siecią satelitów wojskowych i systemów ISR umożliwiających prowadzenie operacji w czasie rzeczywistym na całym świecie. Do tego dochodzi flota tankowców powietrznych i strategiczny transport, bez których współczesne operacje lotnicze nie są w stanie utrzymać tempa. Pamiętajmy, że to są zdolności, które w czasie pokoju stawiają Amerykanów o kilka długości przed resztą świata. A USA pokazało, że gdy gospodarka przestawiona zostanie w tryb wojenny - staje się maszyną nie do zatrzymania.
Europa z kolei nadal jest ogromnym rynkiem zbytu i nadal posiada znaczący wolumen produkcji. Jednak systematycznie traci tę pozycję pod naporem gospodarki chińskiej i amerykańskiej. Europa nadal żyje przeszłością i przegrywa konkurencję na innowacyjność gospodarki. Europejskie zdolności wojskowe są rozproszone, przemysł zbrojeniowy fragmentaryczny, a decyzje o użyciu siły pozostają w gestii państw narodowych. Europejska Agencja Obrony wskazuje, że zaledwie około 20 procent zamówień obronnych realizowanych jest wspólnie. Reszta to projekty narodowe, często dublujące te same zdolności, a po wyprodukowaniu serii produktów – zamierające. Europa ma kilkanaście typów czołgów i bojowych wozów piechoty, podczas gdy USA opierają się na jednej głównej platformie w każdej z kategorii pojazdów, jednostek latających czy pływających. To różnica między systemem a zbiorem systemów. Nie wynika to ze złej woli tylko z różnic interesów i poziomu ryzyka ponoszonego przez poszczególne kraje UE. Ma to szereg konsekwencji strategicznych, o których więcej napiszę poniżej.
Raport Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych „Defending Europe Without the United States” z 2025 roku szacuje, że pełne uzupełnienie luki po USA mogłoby kosztować od 800 miliardów do 1 biliona dolarów w perspektywie dwóch dekad. To kwota większa niż Europejski Plan Odbudowy (NextGenerationEU) i tylko nieco mniejsza niż cały siedmioletni budżet UE w ramach wieloletnich ram finansowych, który przekracza 1,2 biliona euro.
Rozłożone na 20 lat oznaczałoby dodatkowy wysiłek rzędu 40–60 miliardów dolarów rocznie. W skali całej Unii to około 0,3 procent PKB rocznie. Ekonomicznie – wykonalne. Politycznie – znacznie trudniejsze. Zwłaszcza że pytanie nie brzmi wyłącznie „czy możemy zapłacić”, lecz „czy mamy czas”. Coraz częściej analitycy wskazują, że na przygotowania mamy lata, nie dekady. Jeżeli chcielibyśmy wprowadzić te zmiany na czas powinniśmy mówić co najmniej o podwojeniu europejskich nakładów na zbrojenia. Czy Stary Kontynent jest gotowy na takie wyrzeczenia?
Amerykańska strategia: mniej Europy, więcej elastyczności
Amerykańskie dokumenty strategiczne jasno wskazują na konieczność większej elastyczności sił i koncentracji na Indo-Pacyfiku. To logiczne, bo Europa przestała być pępkiem świata i gdzie indziej rozstrzygnie się konfrontacja, która zdecyduje o przyszłości świata. Zarówno administracja Donalda Trumpa, jak i Joe Bidena podkreślały potrzebę większego udziału europejskich sojuszników w finansowaniu i organizowaniu własnej obrony. Nie oznacza to jednak, że Stany Zjednoczone zamierzają wycofać się z Europy. Po 2014 roku, a szczególnie po 2022 roku, obecność wojskowa USA na wschodniej flance NATO wzrosła. Pisałem o tym w maju ubiegłego roku - USA i Europa są skazane na siebie jak bracia syjamscy. Europa bez USA jest skazana na marginalizację, USA bez Europy straci szansę na odzyskanie hegemonicznej pozycji na świecie.
Waszyngton nie chce porzucić Europy, wynika to wprost z wystąpienia podsekretarza obrony USA Elbridge’a Colby’ego dwa tygodnie temu w Brukseli. USA Chce w kontrolowany sposób uwolnić znaczną część swoich sił i rezerw konwencjonalnych, by móc skutecznie reagować globalnie. Sposób kontrolowany nie oznacza ewakuacji jak z Sajgonu czy Kabulu. To systematyczne przekazywanie odpowiedzialności, które zaczęło się dużo przed rządami obecnej administracji.
Należy dodać do tej zasady jeden wyjątek, wynikający ze strategii bezpieczeństwa USA, opublikowanej w grudniu. Modelowy sojusznik, jakim jawi się w tym dokumencie Polska może liczyć na zupełnie inną rolę. Jaką? Otóż w Polsce nie są likwidowane a powstają nowe amerykańskie bazy, magazyny sprzętu i lokalizowana jest nowoczesna technika obronna. To nie są inwestycje, które zostawia się z dnia na dzień. To budowanie zdolności na dekady.
Jednak strategia budowy NATO 3.0, w którym USA przekazują główny ciężar obrony konwencjonalnej po tej stronie oceanu na sojuszników jest logiczna z punktu widzenia państwa o globalnych zobowiązaniach. Jesteśmy tu gdzie jesteśmy głównie przez błędy popełnione przez cały Zachód, który dał uwieść się wizją globalnej gospodarki. Dla Europy oznacza to jednak konieczność odpowiedzi na pytanie, czy jest gotowa wziąć na siebie większą część odpowiedzialności
Czy Europa „dowozi”? Uczmy się z najnowszej historii

Autonomia to nie tylko zdolność do sfinansowania obrony i karmienia konfliktu paliwem, amunicją, rekrutem i nowym sprzętem zastępującym zużyty. To również zdolność do podejmowania decyzji w jednostce czasu.
W 2023 roku Unia Europejska ogłosiła plan dostarczenia jednego miliona pocisków kalibru 155 mm w ciągu roku. Tempo zużycia na froncie sięgało dziesiątek tysięcy sztuk tygodniowo. Tymczasem analizy branżowe, cytowane m.in. przez Reuters i Business Insider, wskazywały, że rzeczywiste moce produkcyjne były znacznie niższe od deklaracji politycznych. Polityczne prężenie muskułów i groźne miny strojone do obiektywów aparatów i kamer było na miejscu i na czas. Pieniądze się znalazły, przynajmniej na papierze. Europa była jak Polska w 1939 roku – silna, zwarta i gotowa. Rzeczywistość sprawdziła te deklaracje w najbrutalniejszy sposób. Przemysł nie nadążył. Ukraińcy zapłacili za to krwią.
Inny przykład? Polska miała w marcu 2022 sondować Niemcy w sprawie możliwości szybkiego dostarczenia kilkuset Leopardów 2, które służą już w naszym wojsku. Chcieliśmy przekazać duże ilości czołgów z rodziny T72 na Ukrainę i uzupełnić braki niemieckim sprzętem, do którego mieliśmy zbudowany system logistyki – napraw, produkcji części zamiennych i szkoleń. Niemcy zastanawiali się do lipca i poinformowali nas, że są w stanie dostarczyć… 20 czołgów. Wyciągnijmy wnioski, bo w następnym konflikcie popłynie inna krew niż ukraińska. I oby do niego nie doszło. Poniżej wypowiedź Rodericha Kiesewettera, deputowanego w Bundestagu z ramienia CDU/CSU.
💬 „Polska już w marcu poprosiła Republikę Federalną o wyprodukowanie kilkuset czołgów Leopard dla Polski - również z odpowiednim opóźnieniem czasowym - tak aby mogła bardzo szybko przekazać Ukrainie ponad sześćset czołgów T-72 starej sowieckiej konstrukcji. Odpowiedź niemiecka?… pic.twitter.com/dldPPwCGgS
— Jakub Rybak 🇵🇱 (@JRybak88) February 23, 2026
Przespaliśmy rentę pokoju. Jakie są tego konsekwencje?
Rosja, mimo wojny na Ukrainie, na nowo wypełnia etaty i zasoby sprzętowe w bazach wzdłuż granicy z Finlandią, a jej gospodarka raz przestawiona na tryb wojenny może nakarmić również kolejne konflikty.
Oczywiście, raz po raz słyszymy hurraoptymistyczne zapowiedzi o jej rychłym upadku, jednak staje się ona dziś funkcją woli Chin. Gdy okazało się, że Indie przestają zamawiać rosyjską ropę – niemalże natychmiast bardzo podobne zamówienie zostało skierowane ze strony państwa środka. Kontynentalni partnerzy są pod pewnymi względami jak puzzle, które idealnie uzupełniają swoje silne i słabe strony.
Dlatego nie wolno nam zaspać. Możliwość korzystania z renty pokoju skończyła się w okolicach 2008 roku, gdy Rosja dokonała agresji na Gruzję i podważyła jej NATOwskie ambicje. Woleliśmy tego nie widzieć – zamiast tego ograniczaliśmy siły zbrojne, prywatyzowaliśmy lub likwidowaliśmy zbrojeniówkę, traciliśmy zdolności produkcyjne. Po upadłości PZL Wola (2002 rok) straciliśmy zdolność do produkcji silników do pojazdów pancernych. Dziś na ich terenie mamy osiedla mieszkaniowe. Nie byliśmy wyjątkiem. Przykładowo Wielka Brytania i Francja całkiem straciły w tym czasie zdolność do produkowania nowych czołgów.
Nie otrzeźwił nas rok 2014, gdy Rosja podważyła europejskie i NATOwskie ambicje Ukrainy. Następne ogniska zapalne to Kaukaz, Mołdawia (której prezydent Maja Sandu jest zwolenniczką połączenia z Rumunią, czyli z UE i NATO) i państwa bałtyckie. A w przypadku tych ostatnich oczy świata w pierwszej kolejności zwrócą się na Polskę, która będzie postrzegana nie jako przedmiot gwarancji a dawca bezpieczeństwa.
To perspektywa szybsza niż 20-25 lat. A nasze zdolności do tego czasu mogą być dalece niewystarczające, głównie w zakresie lotnictwa, wywiadu satelitarnego oraz – oczywiście – potencjału nuklearnego. Nie mamy czasu, żeby czekać. Gdy pętla będzie się zaciskać – będziemy szukali pomocy. Kto realnie będzie w stanie jej udzielić?
Czy dziś jesteśmy gotowi, by zareagować na czas? Mimo planów ewentualnościowych wciąż brak wyspecjalizowanego dowództwa NATO dla wschodniej flanki. Jeżeli gdzieś zostanie skierowane ostrze agresji naszych wrogów to w państwa wschodniej flanki. Eksperci wskazują, że ze względu na różnice w stawce ryzyka trudno będzie o jednomyślność w przypadku ograniczonego konfliktu np. w Estonii, okolicach Suwałk czy litewskiego Mariampola. Czy Holendrzy albo Portugalczycy wyślą tam swoje czołgi? Czy Bundeswehra zdąży do czasu ewentualnej konfrontacji skompletować brygadę, którą zobowiązała się dyslokować na Litwę? Rosja z pewnością zrobi wszystko, by NATOwską solidarność rozbijać i jej zasoby trafią na podatny grunt – gotowość społeczeństw Europy zachodniej do służby na wojnie albo nawet zwiększania nakładów na zbrojenia jest daleka od tego na co chcielibyśmy liczyć.
Nowy blok: Przedmurze Wschodnie
Wspólna europejska armia to miraż. Różnice w interesach poszczególnych państw, skomplikowany proces decyzyjny i wątpliwa sprawczość mogą stanąć na drodze do osiągnięcia przez nią gotowości w perspektywie dekady. Złośliwi mogą wskazać, że może podzielić losy Strategii Lizbońskiej czy Zielonego Ładu - porzuconych, zapominanych, rozpadających się pod presją sprzecznych interesów. Polska ma inną stawkę ryzyka niż większość państw UE. Dla nas Rosja nie jest abstrakcją, lecz bezpośrednim zagrożeniem. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Dlatego obok współpracy z całym NATO powinniśmy wzmacniać regionalny filar bezpieczeństwa. Bukaresztańska Dziewiątka – państwa wschodniej flanki NATO od Estonii przez Polskę po Bułgarię – powinna stać się platformą realnej współpracy politycznej, gospodarczej i militarnej. Pełne zdolności mogłoby dać poszerzenie bloku o państwa skandynawskie oraz o Turcję, które wspólnie mogą utworzyć Przedmurze Wschodnie - nowy element regionalnego bezpieczeństwa z własnym, nowym regionalnym dowództwem w ramach struktur NATO i w pełnej współpracy z USA. Do tej pory Pakt mają w Europie dwa dowództwa, których struktura przestała być adekwatna do aktualnych wyzwań.
Taki blok mógłby osiągnąć zasadnicze zdolności nawet w ciągu 2-3 lat i posiadać zdolności nie tylko do blokowania rosyjskich imperialnych ambicji, ale do realnego odstraszania. Mówimy o bloku z populacją rzędu 220 mln ludzi przeciwko około 145 mln w Rosji. Państwa bloku wydają dziś od potencjalnego agresora tylko nieznacznie mniejsze pieniądze na zbrojenia (123.1 mld USD vs. 149 mld USD), posiadają trzykrotnie większą gospodarkę, podobny potencjał żołnierzy służby czynnej, przewagę w możliwych do powołania rezerwach oraz równowagę w potencjale lotniczym oraz pancernym. Rosja wydaje się mieć przewagę w obszarze praktyki realnego stosowania siły i wojskach dronowych, ale - zwróćmy uwagę - z państwami powstającego bloku z całą pewnością blisko współpracować mogłaby Ukraina, która posiada wiedzę i technologię równie sprawdzoną co rosyjska. Państwa bloku posiadają również stale rosnące zdolności do produkowania i uzupełniania sprzętu, budują zdolności rozpoznania satelitarnego, a położenie geograficzne daje kontrolę kluczowych obszarów globu dla potencjalnej konfrontacji - cieśninę Bosfor, równinę środkowoeuropejską, rosyjskie porty bałtyckie oraz Arktykę z morzem Barentsa. Z drugiej strony blok posiada nieograniczony dostęp do zaopatrywania drogą morską przez Atlantyk a Morze Bałtyckie jest praktycznie jego akwenem wewnętrznym. Dodatkowo dotyka miękkiego podbrzusza Rosji czyli Kaukazu. To silne atuty, z którymi potencjalny rywal musi się liczyć.

Poza wspólnym dowództwem, o którym pisałem wcześniej potrzebna jest infrastruktura umożliwiająca szybki przerzut sił wzdłuż flanki, wpięte we wspólną sieć logistyczną magazyny sprzętu, amunicji i paliw, zdolności ratowniczo-medyczne oraz realistyczne ćwiczenia wojskowe symulujące konflikt wysokiej intensywności. Gospodarki regionu powinny być przygotowane na funkcjonowanie w warunkach „czasu W”, z rezerwami strategicznymi i zapasową infrastrukturą energetyczną. Zamiast wyłącznie naciskać na zbrojenie Bundeswehry, powinniśmy zabiegać o to, by na naszym zapleczu powstawała infrastruktura wsparcia: centra serwisowe, magazyny paliw, węzły kolejowe i drogowe zdolne do obsługi ciężkiego sprzętu. Dodatkowo państwa położone na zachód od nowego Przedmurza Wschodniego, chronione silnym sojuszem regionalnym, powinny przeznaczać duże środki finansowe na zwiększanie zdolności tam, gdzie one mogą być realnie potrzebne. Możemy zbudować Przedmurze i dać Europie pokój, ale solidarność nakazuje, by wszyscy beneficjenci pokoju wzięli na siebie sprawiedliwą część kosztów. Dość jazdy na gapę i korzystania z renty pokoju na cudzy rachunek.
Ostatnim elementem, który uzupełni nasze zdolności to bliskie, możliwie najlepsze stosunki z USA, które choćbyśmy przeskoczyli samych siebie – przez dłuższy czas będą stanowiły jedyne realne zaplecze bezpieczeństwa Europy. Potrzebujemy żołnierzy USA na naszym terytorium. Jeżeli się da – na stałe. Z rodzinami, stałymi miejscami zamieszkania i wianuszkiem biznesu. Interesy USA w tej części Europy są jasne i zbieżne z naszymi. Warto, by potwierdzić je uwspólnieniem stawki ryzyka, które ponosimy wspólnie z naszym najważniejszym sojusznikiem od pierwszego dnia konfliktu. Dla takiego bloku powinny być wyznaczone szczególne gwarancje w USA, podobne i równoważne względem Ukrainy. To szczególnie istotne w czasie gdy zupełnie niepotrzebnie pogłębiane są podziały w samym NATO i gdy niektórzy myślą o zastąpieniu struktur Paktu armią europejską. W przypadku kryzysu i ewentualnego rozpadu sojuszu zostaniemy z własnym, regionalnym układem bezpieczeństwa, gwarantowanym przez potężnego sojusznika zza oceanu.
Między realizmem a naiwnością
Bezpieczeństwo nie jest produktem, który można kupić jednorazową inwestycją. To system, który trzeba budować latami, w czasie pokoju, zanim wybuchnie kryzys. W krótkiej i średniej perspektywie nie ma alternatywy dla strategicznej współpracy z USA. Amerykański parasol bezpieczeństwa pozostaje fundamentem odstraszania. W dłuższej perspektywie Europa może zwiększać samodzielność, ale wymaga to głębokiej reformy decyzyjnej, przemysłowej i politycznej. Koszty tej reformy mogą nie tylko być trudne do zaakceptowania, ale wręcz uniemożliwiające jej przeprowadzenie.
Wiara, że europejscy sojusznicy automatycznie zagwarantują nam bezpieczeństwo bez twardych struktur i przygotowań, byłaby naiwnością. Bezmyślne narażanie relacji transatlantyckich w imię zdobywania poklasku jest dyskwalifikujące dla polityków, którzy dopuszczają się takich gestów. Równie naiwne byłoby przekonanie, że wystarczy przeznaczyć bilion dolarów, by stworzyć system zdolny do działania pod presją. Bezpieczeństwa nie da się kupić. Można je tylko zbudować. Na to potrzeba czasu, którego nie mamy. Dlatego – czy nam się obecna administracja USA podoba czy nie – musimy zachować jak najbliższe relacje z Amerykanami.
Czy zamiast USA bezpieczeństwo da nam Europa?
Na początku tygodnia w RMF ukazał się sondaż, w którym 27 proc. respondentów wskazało na kraje Unii Europejskiej jako główne źródło pomocy w sytuacji kryzysowej, podczas gdy jedynie 15 proc. liczy na wsparcie Stanów Zjednoczonych. Choć sama cyfra może wydawać się zaskakująca – dużo niebezpieczniejsze jest to, co się za nią kryje.
Po pierwsze: przetrwać
Najważniejszą wartością dla każdego państwa i narodu jest bezpieczeństwo oraz gwarancja dalszego istnienia. Historia pokazuje, że nie jest to ani oczywistość, ani stan dany raz na zawsze. Wiele narodów zostało pozbawionych państwowości i przez pokolenia ponosiło konsekwencje życia bez własnego państwa. Do dziś istnieją narody o potencjale demograficznym porównywalnym z Polakami, które nie posiadają własnego państwa — jak choćby Kurdowie, mimo powszechnie uznawanej i zapisanej w prawie międzynarodowym zasady prawa narodów do samostanowienia.
Polska również przez długie dziesięciolecia doświadczała losu kraju zniewolonego i poddawanego procesom wynaradawiania. Byliśmy podporządkowani obcym interesom i używani jako przedmiot gry wielkich mocarstw. Sprawa polska wielokrotnie stawała się elementem politycznych kalkulacji innych państw.
Powstania: romantyczne zrywy czy realizacja zimnego interesu mocarstw?
Powstanie listopadowe wybuchło między innymi w kontekście rewolucji lipcowej we Francji, która absorbowała uwagę mocarstw. Polscy żołnierze mieli być wykorzystani wraz z siłami rosyjskimi do tłumienia rewolty we Francji i Belgii. Po wybuchu powstania listopadowego stało się to po prostu niemożliwe.
Powstanie styczniowe nastąpiło niedługo po wojnie krymskiej, gdy wydawało się, że osłabiona Rosja stworzy historyczne okno możliwości do zmian. Po jego wybuchu Powstanie stało się elementem gry dyplomatycznej mocarstw, której celem były ich strategiczne interesy - Francja chciała oprzeć granicę na Renie, Wielka Brytania próbowała rozbić ewentualne porozumienia mocarstw kontynentalnych a Austria szukała rekompensaty za straty poniesione w trakcie procesu jednoczenia Włoch. Interesy Polaków nigdy nie były traktowane przez mocarstwa poważnie, jednak górę wzięły emocje i myślenie życzeniowe. Zapłaciliśmy krwią i represjami.
Dopiero epoka pozytywizmu zamknęła okres romantycznych zrywów. Zakończyła intelektualne pułapki mesjanizmu i fałszywego myślenia o polityce. Zamiast emocji pojawiła się praca organiczna i myślenie strategiczne.
Wielka Wojna i wielka zmienna: USA wchodzą do gry
Realną szansę na odzyskanie niepodległości przyniosła dopiero Wielka Wojna, gdzie wreszcie przeciwko sobie zwrócili się nasi zaborcy. Pamiętajmy jednak, że żadne z walczących mocarstw nie planowało odbudowy Polski — obietnice autonomii czy niepodległości były podszyte przede wszystkim chęcią wcielenia do wojska polskiego rekruta. Jak ważny był to ważny czynnik? Po różnych stronach barykady Wielkiej Wojny walczyły łącznie około 3 miliony Polaków, a około pół miliona zapłaciło za to najwyższą cenę. Paradoksalnie.
Gdyby nie zwycięstwa Bolszewików w wojnie domowej oraz rozpad wojska carskiego - sprawa Polska po wojnie na nowo podzieliłaby sojuszników z Entanty. Bieg wydarzeń zadecydował inaczej. Po załamaniu się carskiej armii na froncie wschodnim aliantom w oczy zaświeciła porażka. Dlatego dużo większą wagę przyłożyli do zabiegów, by wciągnąć amerykanów do wojny. Włączenie się Wuja Sama miało jednak cenę, którą ostatecznie wyraził Woodrow WIlson w styczniu 1918 roku, gdy wygłosił w orędziu do Kongresu plan pokojowy, składający się z 14 punktów. Trzynasty dotyczył niepodległej Polski z nieograniczonym dostępem do morza. Państwa Ententy musiały zaakceptować ideę polskiej suwerenności, tym razem jednak od dotrzymanego słowa zależały ich żywotne interesy, a w szczególności zwycięstwo nad państwami centralnymi.
To właśnie stanowisko USA sprawiło, że kwestii polskiej nie dało się usunąć z porządku obrad tworzącego się ładu europejskiego. Wersal przyniósł Polsce niepodległość, lecz ani Niemcy, ani późniejszy Związek Sowiecki nigdy jej w pełni nie zaakceptowały. Wyłamani z Entanty sowieci tylko deklaratywnie uznawali prawo narodów wchodzących wcześniej w skład carskiej Rosji do samostanowienia. Rzeczywistość zweryfikowała tę postawę raptem kilka lat później.
Nasi europejscy sojusznicy to oportuniści
Oportunizm naszych europejskich sąsiadów mogliśmy zweryfikować w działaniu. Pierwsze sprawdzam nastąpiło w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, gdy sowieci ruszyli z ofensywą na wiosnę 1920 roku, a USA wybrało drogę izolacji. Zamiast wspierać Polskę, która stanowiła przedmurze wobec grożącej całej Europie rewolucji - byli gotowi zapłacić naszą ziemią za swój - krótkowzrocznie widziany spokój. To wówczas powstała nazwana na cześć brytyjskiego ministra spraw zagranicznych linia Curzona, dość podobna do dzisiejszych wschodnich granic Polski — rozwiązanie, które sprowadzałoby Polskę do państwa kadłubowego. Dopiero fiasko tych kalkulacji uświadomiło im skalę zagrożenia, bo bolszewicy nigdy nie byli zainteresowani takim porozumieniem. Ostatecznie Polska — jako ostatnia linia obrony — otrzymała wsparcie, a Bitwa Warszawska uratowała Europę kosztem polskiej krwi. Czy dostrzegasz, czytelniku podobne zdarzenia w najnowszej historii Europy?
Gdy rosło zagrożenie niemieckie w latach trzydziestych, pojawiły się nowe traktaty sojusznicze i porozumienia sztabowe pomiędzy Polską, Francją i Wielką Brytanią. Okazały się one jednak politycznym bluffem, a nie realnymi gwarancjami. Nasi europejscy sojusznicy znów używali polskiej krwi do realizacji własnych interesów. To wówczas do powszechnego obiegu weszło powiedzenie, że Brytyjczycy i francuzi są gotowi bić się do ostatniego Polaka.
Ład światowy działa tylko wtedy, gdy broni go potęga USA
Wobec braku realnego wsparcia przegraliśmy kampanię wrześniową, która nawet z pełnym zaangażowaniem sojuszników byłaby ekstremalnie trudna do wygrania. Polacy stanowili czwartą co do liczebności siłę militarną koalicji antyhitlerowskiej. Mimo to o powojennym świecie zdecydowano bez naszego udziału — w Teheranie i Jałcie. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę: utratę terytoriów, miliony istnień ludzkich i dekady spędzone w radzieckiej strefie wpływów.
Z perspektywy czasu widać jednak, że powojenny układ przyniósł także stabilność granic i powstanie spójnego etnicznie państwa. Narody Europy Środkowo-Wschodniej zapłaciły ogromną cenę za blisko osiemdziesiąt lat pokoju w Europie. Jałta była tragedią polityczną, ale równowaga sił — w szczególności gwarantowane potęgą Stanów Zjednoczonych — stała się fundamentem bezpieczeństwa świata zachodniego.
Nowy porządek bezpieczeństwa - czy wyciągniemy wnioski z własnych i cudzych błędów?
Dziś ponownie żyjemy w momencie przełomowym. Bezpieczeństwo i pokój znów stają się najważniejszymi sprawami narodów. Wojna na Ukrainie otwiera dyskusję o nowej architekturze bezpieczeństwa w Europie — i znamienne jest to, że Polska nie uczestniczy w najważniejszych rozmowach, choć ponosimy olbrzymie koszty wspierania naszego wschodniego sojusznika. Mowa nie tylko o wartym miliardy sprzęcie, pomocy finansowej i udostępnieniu terytorium dla wsparcia logistycznego wojny. Polska angażując cały aparat państwa we wsparcie wojny podnosi stawkę ryzyka związanego z ostatecznym wynikiem konfrontacji za naszą wschodnią granicą.
Konflikt ukraiński pokazał coś jeszcze: Europa nie posiada dziś zdolności do samodzielnego zapewnienia bezpieczeństwa ani Ukrainie, ani całemu kontynentowi. Mit europejskiej potęgi był już wielokrotnie podważany, na przykład w trakcie operacji lotniczej w Libii, gdy po kilku tygodniach nasi sojusznicy musieli prosić USA o uzupełnienie zapasu bomb i rakiet. Ostatecznie został zweryfikowany w ciągu ostatnich 4 lat. Najpierw gdy Rosja i Białoruś mogły bezkarnie podeptać porozumienia z Mińska. Późniejsza proza wojny ukazała nagą prawdę: gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy słabło, sytuacja na froncie niemal natychmiast się pogarszała.
Nieprzypadkowo Ukraina domaga się gwarancji bezpieczeństwa właśnie od USA a prezydent Żełeński w Davos pozwala sobie bezkarnie na poniżanie swoich europejskich sojuszników. On widzi gdzie jest realna siła, a gdzie tylko puszenie piórek bez pokrycia w rzeczywistości. To rodzi pytanie: czy Europa jest w stanie udzielić podobnych gwarancji i je wypełnić? Czy Polska ma ponownie stać się buforem bezpieczeństwa kontynentu i realizować cudze żywotne interesy?
Kto szkodzi relacjom polsko-amerykańskim nie powinien nas reprezentować na zewnątrz
Dziś nie istnieje realna alternatywa dla amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Każdy, kto chce je zastąpić innym systemem, powinien pokazać konkretne zdolności militarne, przemysłowe i polityczne. Być może Europa będzie je posiadać za dekadę — ale historia uczy, że ambitne strategie często kończą się jak strategia lizbońska: na deklaracjach i gorzkim żalu, który od półtora roku rozlewa się po salonach Europy po publikacji raportu Draghiego. I jakie wyciągnięto z niego wnioski? Zamiast zająć się przyczynami kryzysu powtarzamy błędy przeszłości szukając nowych rynków w Indiach i Ameryce Południowej.
W tym sensie rację ma Wołodymyr Żełeński, gdy mówi, że tylko Stany Zjednoczone mogą zapewnić realne gwarancje bezpieczeństwa. Polska historia pokazuje wyraźnie, czym kończy się opieranie bezpieczeństwa na iluzjach, ideologii i myśleniu życzeniowym.
Bezpieczeństwo państwa nie jest kwestią sympatii politycznych ani sporów ideologicznych. Jest kwestią przetrwania. Dlatego działania polityczne osłabiające strategiczne relacje bezpieczeństwa lub budujące atmosferę antyamerykańską należy uznać za sprzeczne z interesem państwa. Każdy polityk, a szczególnie ten sprawujący najwyższe funkcje publiczne w Polsce, powinien ponosić szczególną odpowiedzialność za swoje działania. Właśnie dziś, gdy waży się nasza przyszłość i stawka jest najwyższa.
Historia wielokrotnie pokazała, że narody przegrywają nie wtedy, gdy są po prostu słabsze — lecz wtedy, gdy mylą rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami. Polska nie może pozwolić sobie na taki błąd ponownie.
Co dalej ze Śląskiem Wrocław? „Chodziło o to, żeby radni klepnęli kolejne pieniądze”
W sobotniej rozmowie na antenie Echo 24 radny miejski Wrocławia Piotr Uhle (Klub Naprawmy Przyszłość) odniósł się do najgorętszego dziś tematu wrocławskiej debaty publicznej – sytuacji finansowej Śląska Wrocław i decyzji Rady Miejskiej o przekazaniu kolejnych 30 milionów złotych miejskiego wsparcia dla klubu. W sumie w ciągu kilku tygodni do spółki trafiło 45 milionów złotych. Jak podkreślił radny, problem nie sprowadza się wyłącznie do pieniędzy. „Nie chodziło o to, żeby poważnie porozmawiać o Śląsku. Chodziło o to, żeby radni klepnęli kolejne pieniądze bez zadawania zbędnych pytań” – powiedział wprost na antenie.
Polityczne tło i odpowiedzialność za decyzje
Rozmowa rozpoczęła się od pytania o sytuację w Koalicji Obywatelskiej we Wrocławiu, ale szybko zeszła na temat odpowiedzialności za decyzje finansowe dotyczące miejskich spółek. Piotr Uhle wskazywał, że wśród polityków pojawiają się nazwiska osób, które „żyrowały władzę skompromitowaną zarzutami” i wspierały kolejne decyzje o dofinansowaniu Śląska bez przedstawienia rzetelnego planu naprawczego.
Zdaniem radnego problemem jest systemowe rozmycie odpowiedzialności: -To nie jest tak, że jeżeli odpowiedzialność jest rozproszona, to znaczy, że nikt nie odpowiada. Uhle zwracał uwagę, że radni – podejmując decyzję o przekazaniu 30 milionów złotych – nie mieli dostępu do pełnych dokumentów źródłowych ani do szczegółowej analizy finansowej.
Raport o Śląsku – za późno i bez pełnej jawności
Kluczowym wątkiem rozmowy był opublikowany raport dotyczący sytuacji finansowej Śląska Wrocław. Dokument liczy ponad 80 stron i powstał na bazie audytu. Radny podkreślił jednak, że raport powinien być dostępny w Biuletynie Informacji Publicznej, a nie „objawiać się” za pośrednictwem mediów czy pojedynczych radnych. - Radni decyzję o przyznaniu kolejnych trzydziestu milionów złotych podejmowali bez możliwości zapoznania się z nim. Zdaniem Uhlego publikacja raportu przed głosowaniem mogłaby nie zmienić wyniku politycznego, ale zmieniłaby jakość debaty publicznej. Mieszkańcy mieliby możliwość ocenić, czy przedstawiony plan rzeczywiście nosi znamiona programu naprawczego.
Klub na „miejskiej kroplówce”
W ciągu ostatnich tygodni do klubu trafiło 45 milionów złotych. W latach 2021–2024 – jak przypomniał radny – niemal 100 milionów złotych z budżetu miasta i miejskich spółek zasiliło Śląsk Wrocław.
Uhle nie kwestionuje potrzeby ratowania klubu w sytuacji kryzysowej, ale podkreśla, że właściciel – w tym przypadku miasto – powinien wymagać konkretów - analizy źródeł problemów finansowych, planu restrukturyzacji kosztów, prognoz przychodów (sponsoring, merchandising, sprzedaż biletów) i jasnych scenariuszy na wypadek braku awansu. - Jeżeli prezes spółki przychodzi do właściciela prywatnego z prośbą o kasę, to czy ta kasa będzie dana na ładne oczy? Czy właściciel oczekuje analizy? - dodał radny.
Koszty administracyjne i nadzór właścicielski
Jednym z najbardziej niepokojących wątków – zdaniem radnego – są proporcje wydatków. W kluczowych momentach koszty wynagrodzeń sięgały 135% przychodów spółki. Rosły koszty administracyjne, podczas gdy wydatki stricte sportowe nie rosły proporcjonalnie. Uhle wskazał również na kwestię nadzoru właścicielskiego – roli rady nadzorczej i urzędników odpowiedzialnych za kontrolę spółki. - Jeżeli nie wyczyścimy tego do spodu, nie dość, że nie uzdrowimy sytuacji w klubie, to pożegnamy się z jakimikolwiek marzeniami o prywatyzacji. Radny przypomniał, że wcześniej wnioskował o powołanie specjalnej komisji do zbadania sytuacji w klubie, jednak wniosek został odrzucony.
Szantaż emocjonalny wobec radnych?
W trakcie rozmowy padło pytanie: co by się stało, gdyby radni nie przegłosowali 30 milionów złotych? Uhle przyznał, że klub mógłby znaleźć się w sytuacji upadłościowej, ale jednocześnie wskazał, że radni zostali postawieni pod ścianą. - Czy to jest wina radnych, że traktuje się ich jak osoby, które można poddać szantażowi emocjonalnemu i w ciemno, w dniu głosowania, wrzutką, każe im się decydować? Zdaniem radnego należało wyodrębnić kwotę niezbędną „na już” – np. 2–3 miliony złotych – a następnie w ciągu tygodnia przeprowadzić pełną debatę z dokumentami źródłowymi.
Finansowanie przez miejskie spółki
Śląsk Wrocław był finansowany przez miejskie spółki, m.in. Port Lotniczy, MPWiK, Stadion Wrocław, Aquapark czy Zoo. Uhle przyznał, że analizował umowę pomiędzy Zoo a klubem i ma wątpliwości, czy świadczenia reklamowe były warte przekazywanych środków. - Jeżeli sobie porównamy ilość osób, które przychodzi na mecze Śląska, i ilość gości zoo, to zastanówmy się, kto kogo realnie promuje. Radny podkreślił, że nie prowadzono systematycznej ewaluacji efektywności tych umów – nie analizowano realnej ekspozycji marki ani wartości reklamowej.
Dzień świstaka czy plan odbudowy?
Na pytanie „co dalej?” Piotr Uhle zaproponował rozwiązanie wykraczające poza bieżącą walkę polityczną – pakt na rzecz odbudowy i prywatyzacji Śląska Wrocław.
Zakładałby on:
-
wyjęcie klubu z bieżącej „młócki politycznej”,
-
przyjęcie mierzalnego programu naprawczego,
-
regularną ocenę efektów (koszty, przychody, sprzedaż, sponsoring),
-
przygotowanie do realnej prywatyzacji w perspektywie 2–4 lat.
Radny przypomniał, że w czasach mistrzostwa Polski administracja klubu liczyła 15 osób, podczas gdy w momencie spadku do I ligi – 44 osoby. - Musimy odpowiedzieć sobie, czy to jest odpowiednia proporcja - dodał samorządowiec.
Kluczowa rola kontroli i raportu NIK
Na koniec rozmowy Uhle wskazał na oczekiwany raport Najwyższej Izby Kontroli, który ma objąć również miejskie spółki finansujące klub. Jego zdaniem dopiero pełna kontrola i ujawnienie dokumentów źródłowych pozwolą dojść do rzeczywistych przyczyn kryzysu. - Jeżeli nie dojdziemy do źródeł tych problemów, będziemy mieli kolejny i kolejny dzień świstaka - dodał Uhle.
Odpowiedzialność przed mieszkańcami
Decyzja o przekazaniu 45 milionów złotych w niecałe dwa miesiące już zapadła. Jak podkreślił Piotr Uhle, odpowiedzialność radnych ma przede wszystkim charakter polityczny – ale nie można wykluczyć również innych konsekwencji, jeśli okaże się, że decyzje zapadały bez rzetelnej analizy finansowej. Kluczowe pozostają jawność, dokumenty źródłowe i uczciwa debata. Bez tego Wrocław może wracać do tego samego problemu w kolejnych sezonach.
Raport Grant Thornton obnaża finanse Śląska Wrocław. Cztery lata życia na kredyt z pieniędzy publicznych
Analiza finansowa przygotowana przez Grant Thornton pokazuje, że w latach 2021–2024 Śląsk Wrocław funkcjonował w modelu systemowego deficytu, w którym koszty – zwłaszcza osobowe – przekraczały możliwości generowania przychodów, a stabilność klubu była uzależniona od regularnych dopłat miasta i spółek komunalnych. Dane są jednoznaczne: w szczytowym momencie wydatki na wynagrodzenia sięgnęły 135 proc. przychodów, a łączne wsparcie publiczne w cztery lata zbliżyło się do 100 milionów złotych.
Raport, który nie powinien zaskakiwać
Dokument przygotowany przez Grant Thornton to finansowe due diligence obejmujące lata 2021–2024. Nie jest to publicystyczna ocena, lecz analiza oparta na sprawozdaniach finansowych, strukturze przychodów, kosztów oraz transakcjach z podmiotami powiązanymi. Wnioski są jednak na tyle poważne, że trudno przejść obok nich obojętnie. Z raportu wynika, że model funkcjonowania klubu był strukturalnie nierentowny, a jego kontynuacja wymagała stałego zasilania kapitałowego przez właściciela – Gminę Wrocław – oraz miejskie spółki. To nie był pojedynczy kryzysowy sezon, lecz utrwalony sposób działania.
Koszty personelu wyższe niż przychody
Najbardziej alarmującym wskaźnikiem jest relacja kosztów personelu do przychodów ze sprzedaży. W 2021 roku wynosiła ona 90 proc., w 2022 roku wzrosła do 135 proc., w 2023 roku wyniosła 124 proc., by w 2024 roku spaść do 82 proc. Oznacza to, że w latach 2022–2023 przychody klubu nie pokrywały nawet kosztów zatrudnienia. Innymi słowy, zanim zapłacono za stadion, logistykę, administrację czy inne zobowiązania, budżet był już pod kreską. Taka sytuacja nie jest efektem jednorazowego potknięcia, lecz dowodem na brak dostosowania struktury kosztowej do realnych możliwości przychodowych. Jeśli koszty wynagrodzeń przekraczają 100 proc. przychodów, mamy do czynienia z problemem systemowym, a nie sezonowym.
Administracja i brak pełnych danych
Raport zwraca uwagę na wzrost kosztów innych umów niż zawodnicze. Jednocześnie spółka nie udostępniła szczegółowych danych dotyczących struktury zatrudnienia w analizowanym okresie, co uniemożliwiło jednoznaczne ustalenie, czy wzrost kosztów wynikał z większej liczby etatów, czy z podwyżek wynagrodzeń. Wiadomo jedynie, że na koniec 2024 roku zatrudnienie wynosiło 44 osoby, czyli o trzy więcej niż rok wcześniej. Brak przejrzystości w tej części utrudnia pełną ocenę, czy proporcje między wydatkami administracyjnymi a bezpośrednimi kosztami drużyny były racjonalne. Jeśli koszty administracyjne rosną szybciej niż przychody i jednocześnie nie idą za tym wyraźne sukcesy sportowe, pojawia się pytanie o efektywność zarządzania.
Miliony z miejskiej kasy
W latach 2021–2024 Miasto Wrocław dokapitalizowało klub kwotami: 13 mln zł w 2021 roku, 13 mln zł w 2022 roku, 17 mln zł w 2023 roku oraz 32,5 mln zł w 2024 roku. Łącznie daje to 75,5 mln zł podwyższenia kapitału. To jednak nie wszystko. Oprócz tego miejskie spółki kupowały od klubu usługi reklamowe i sponsoringowe. W całym analizowanym okresie przyniosło to łącznie 21 mln zł przychodów. W praktyce oznacza to, że w ciągu czterech lat do klubu trafiło blisko 100 mln zł środków publicznych. Największymi kontrahentami w tej grupie były m.in. Port Lotniczy Wrocław, MPWiK, Stadion Wrocław, Wrocławski Park Wodny oraz Zoo Wrocław. Skala wsparcia pokazuje, że bez udziału miejskich podmiotów model finansowy klubu nie byłby w stanie się utrzymać.
System powiązań finansowych
Raport identyfikuje rozbudowaną sieć transakcji z podmiotami powiązanymi z samorządem. Po stronie przychodów były to głównie usługi reklamowe i sponsoringowe kupowane przez spółki miejskie. Po stronie kosztów klub ponosił wydatki związane z najmem stadionu oraz obiektów treningowych należących do podmiotów komunalnych. Taki układ oznacza, że Śląsk funkcjonował w systemie wzajemnych zależności finansowych z miastem. Nie jest to sytuacja wyjątkowa w polskim futbolu, jednak skala zaangażowania publicznych środków w połączeniu z chroniczną nierentownością rodzi pytania o efektywność nadzoru właścicielskiego.
Decyzje bez pełnej informacji
Szczególnie kontrowersyjny jest fakt, że radni podejmowali decyzję o przekazaniu kolejnych 30 mln zł bez możliwości zapoznania się z pełnym opracowaniem finansowym. O ile można zakładać, że decyzja polityczna byłaby podobna, o tyle jakość debaty publicznej mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Mieszkańcy mieliby szansę ocenić, czy przedstawiany plan naprawczy rzeczywiście odpowiada na zidentyfikowane problemy, czy też jest jedynie deklaracją poprawy. W normalnych warunkach właściciel prywatny, zanim przekaże wielomilionowe wsparcie, oczekuje precyzyjnej analizy przyczyn deficytu i szczegółowego planu jego redukcji, z jasno określonymi wskaźnikami i scenariuszami alternatywnymi.
Nadzór i odpowiedzialność
Jeżeli w kluczowych momentach koszty wynagrodzeń wynosiły 135 proc. przychodów, trudno uznać, że był to wyłącznie błąd jednego zarządu. Taki poziom dysproporcji musiał być widoczny w dokumentach finansowych przedstawianych radzie nadzorczej i właścicielowi. Pojawia się więc pytanie o skuteczność nadzoru właścicielskiego i o to, czy zalecano działania naprawcze w odpowiednim czasie. Bez wyjaśnienia mechanizmów decyzyjnych trudno będzie odbudować zaufanie potencjalnych inwestorów i realnie myśleć o prywatyzacji klubu. Inwestor prywatny będzie oczekiwał jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego przez kilka lat akceptowano model, w którym koszty systematycznie przekraczały przychody.
Światełko w tunelu czy korekta księgowa
Rok 2024 przyniósł poprawę wskaźnika kosztów personelu do poziomu 82 proc. przychodów. Zarząd informuje także o redukcjach zatrudnienia wprowadzonych od 2025 roku, które – według deklaracji – nie wpłynęły istotnie na jakość funkcjonowania klubu. To sygnał, że podjęto próbę dostosowania kosztów do realnych możliwości finansowych. Pytanie jednak, czy jest to trwała zmiana modelu, czy jedynie korekta wymuszona rosnącą presją opinii publicznej i kontrolą instytucji zewnętrznych.
Co dalej ze Śląskiem
Nowy prezes stoi przed zadaniem znacznie wykraczającym poza bieżące zarządzanie drużyną. Konieczne będzie uporządkowanie relacji finansowych z miastem, zwiększenie przychodów komercyjnych, poprawa rentowności merchandisingu i sponsoringu oraz racjonalizacja kosztów stadionowych. Bez realnego programu naprawczego, opartego na dokumentach źródłowych i twardych wskaźnikach, każda kolejna transza publicznych środków będzie jedynie odraczaniem problemu. Raport Grant Thornton pokazuje, że w latach 2021–2024 Śląsk Wrocław funkcjonował w modelu, który trudno uznać za zrównoważony. Odpowiedź na pytanie, czy był to etap przejściowy, czy utrwalony system, zdecyduje o przyszłości klubu i o tym, czy wrocławianie nadal będą finansować jego działalność na dotychczasową skalę.
Konsekwencja zamiast hipokryzji. Trzecie podejście do sprawy diet osiedlowych
Konsekwencja zamiast hipokryzji. Trzecie podejście do sprawy diet osiedlowych
Problem z dietami dla radnych osiedlowych nie dotyczy pieniędzy, lecz uczciwości debaty, konsekwencji w działaniu i realnego wsparcia dla lokalnej demokracji. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku radny Piotr Uhle zwrócił uwagę na hipokryzję koalicji w sprawie regulacji wysokości diet radnych osiedlowych.
Po raz trzeci Rada Miejska Wrocławia procedowała projekt uchwały regulujący wysokość diet radnych osiedlowych. Sprawa wraca regularnie – nie dlatego, że jest źle przygotowana, lecz dlatego, że zmieniają się polityczne stanowiska części radnych. Jak zaznaczył Piotr Uhle podczas swojego wystąpienia, „po raz trzeci ta rada będzie pochylała się nad bardzo podobnym projektem uchwały regulującym wysokość diet”.
Pierwsza inicjatywa wyszła bezpośrednio ze środowiska osiedlowego. Następnie – w wyniku zobowiązania podjętego m.in. przez Piotra Uhle – projekt został zgłoszony przez klub radnych, w identycznej treści jak pierwotna propozycja osiedlowców. Dziś Rada mierzy się z nim po raz trzeci. W międzyczasie minęły lata, zmieniły się realia ekonomiczne, wzrosły koszty życia, ale – jak zauważył radny – zmienił się również „punkt siedzenia” niektórych osób uczestniczących w debacie.
Punkt siedzenia wpływa na punkt widzenia
W swoim wystąpieniu Piotr Uhle zwrócił uwagę na niespójność argumentów przeciwników projektu. Wszyscy deklaratywnie zgadzają się, że system wymaga zmian. Jednak część radnych uzależnia dziś swoje poparcie od spełnienia dodatkowych warunków, które wcześniej nie były podnoszone.
Jak ironicznie zauważył, „bardzo ubawiłem się słuchając o tym, że reforma musi być przeprowadzona całościowo. Chwilę po tym, kiedy kolanem próbowano nam wepchnąć częściową, cząstkową reformę dotyczącą granic osiedli”. Wówczas – jak przypomniał – nie przeszkadzało nikomu etapowe wprowadzanie zmian. Dziś ten sam argument ma służyć blokowaniu regulacji.
Zdaniem radnego część wypowiedzi ma charakter racjonalizowania własnej zmiany stanowiska, a momentami ociera się o hipokryzję. Spór nie dotyczy bowiem samej potrzeby korekty – ta jest powszechnie uznawana – lecz politycznej gotowości do jej przeprowadzenia.
Dieta to zwrot kosztów, nie wynagrodzenie
Jednym z kluczowych wątków wystąpienia było uporządkowanie pojęć. W debacie padło stwierdzenie, że dieta nie jest wynagrodzeniem za pracę – i z tym Piotr Uhle się zgodził. Jak podkreślił, „dieta to nie jest wynagrodzenie za pracę i to nie jest tak, że płacimy za jakąś pracę. My zwracamy po prostu za koszty, które ktoś albo poniósł, bądź nie uzyskał w związku z tym, że poświęcał swój prywatny czas na działalność o charakterze społecznym”.
Radni osiedlowi to osoby działające społecznie. Reprezentują mieszkańców, interweniują w sprawach lokalnych, współpracują z jednostkami miejskimi, organizują konsultacje i inicjatywy oddolne. Nie są etatowymi politykami. Diety mają charakter rekompensaty kosztów – utraconego czasu, poniesionych wydatków, zaangażowania, które w warunkach rosnących cen staje się coraz trudniejsze.
W ostatnich latach znacząco zmieniły się realia ekonomiczne. Inflacja i wzrost kosztów życia są faktami, które dotykają wszystkich mieszkańców, także radnych osiedlowych. Utrzymywanie stawek na niezmienionym poziomie oznacza w praktyce ich realne obniżenie.
Spektakularne „pivoty” w debacie
Piotr Uhle zwrócił również uwagę na wyraźną zmianę stanowiska części radnych. Jak powiedział podczas sesji, „setnie ubawiłem się patrząc na to, jak niektórzy wykonali taki spektakularny pivot dotyczący tego, co obiecywali swoim wyborcom”. Osoby, które wcześniej były rzecznikami wzmacniania roli osiedli, dziś występują jako zdecydowani krytycy proponowanych rozwiązań.
W ocenie radnego problemem nie jest sama różnica zdań – ta jest naturalnym elementem demokracji – lecz brak konsekwencji. Trudno bowiem przekonywać mieszkańców o potrzebie silnych, sprawczych osiedli, jednocześnie odmawiając im minimalnych narzędzi organizacyjnych i finansowych.
Fundusz osiedlowy jako pierwszy postulat
W swoim wystąpieniu Piotr Uhle przypomniał, że środowisko osiedlowe nie rozpoczęło swoich działań od postulatu zwiększenia diet. Pierwszym krokiem był wniosek o utworzenie funduszu osiedlowego – mechanizmu wzmacniającego realną sprawczość rad osiedli. Dopiero później pojawiła się kwestia dostosowania diet do aktualnych warunków.
Jak podkreślił, „wnioskodawca nie przyszedł tutaj z wnioskiem jako pierwszym: dajcie nam kasy. Jako pierwszym był wniosek o fundusz osiedlowy”. W jego ocenie świadczy to o systemowym podejściu do wzmacniania samorządności, a nie o doraźnym zabieganiu o środki finansowe.
Radny zaznaczył również, że w idealnym modelu każda zmiana powinna być szeroko konsultowana. Jednak standardy te muszą być stosowane konsekwentnie wobec wszystkich decyzji finansowych podejmowanych przez Radę.
30 milionów bez konsultacji
Podczas tej samej sesji Rada Miejska miała głosować przekazanie 30 milionów złotych na rzecz klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław. Decyzja ta – jak wskazał Piotr Uhle – została wprowadzona bez szerokich konsultacji społecznych.
„My zaraz będziemy głosowali 30 baniek na Śląsk Wrocław. Zrobione wrzutką, bez najmniejszej konsultacji” – mówił podczas obrad. W jego ocenie zestawienie tych dwóch spraw pokazuje wyraźną nierówność standardów debaty. Przy wielomilionowych decyzjach nie pojawiają się argumenty o konieczności całościowej reformy czy wieloetapowych analiz. Przy relatywnie niewielkiej korekcie diet – już tak.
Nie chodzi o przeciwstawianie sobie różnych obszarów wydatków, lecz o proporcje i spójność argumentacji.
Spór o diety to spór o jakość demokracji
Zdaniem Piotra Uhle dyskusja o dietach radnych osiedlowych nie jest sporem o pieniądze, lecz o jakość lokalnej demokracji. Jeżeli miasto chce budować silne, kompetentne rady osiedli, musi stworzyć im minimalne warunki funkcjonowania. W przeciwnym razie działalność społeczna stanie się dostępna wyłącznie dla tych, których na nią stać.
Radny podkreślił, że nie chodzi o tworzenie przywilejów, lecz o elementarną uczciwość wobec osób, które poświęcają swój prywatny czas na rzecz wspólnot lokalnych. Konsekwencja, przejrzystość i równe standardy w podejmowaniu decyzji to fundament zaufania do samorządu.
Trzecie podejście do tej samej uchwały pokazuje, że problem nie leży w treści projektu. Leży w gotowości do podjęcia odpowiedzialnej decyzji. W ocenie Piotra Uhle Wrocław potrzebuje dziś nie politycznych uników, lecz konsekwentnego wzmacniania swoich lokalnych wspólnot – bo to one są podstawą silnego samorządu.
Śląsk nad przepaścią? Prawda, której wciąż nie poznaliśmy
Radni pod presją czasu, miliony bez planu i pytania bez odpowiedzi. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku jednym z najważniejszych tematów była sytuacja finansowa Śląska Wrocław. Klub – formalnie spółka komunalna – według przedstawionej narracji „stoi na skraju przepaści”, a jedyną alternatywą ma być natychmiastowe dokapitalizowanie kwotą 30 milionów złotych. Radny Piotr Uhle w swoim wystąpieniu zakwestionował jednak zarówno tryb procedowania uchwały, jak i brak rzetelnych informacji, które pozwoliłyby radnym podjąć odpowiedzialną decyzję. Jego wystąpienie było nie tylko krytyką konkretnej propozycji finansowej, lecz także diagnozą wieloletniego modelu zarządzania klubem.
„Doktryna szoku” zamiast rzetelnej debaty
Już na początku wystąpienia radny zwrócił uwagę na sposób wprowadzenia projektu uchwały do porządku obrad. – Ogłoszono nam, że Śląsk Wrocław, klub piłkarski stoi na skraju przepaści. Natomiast receptą, którą nam się tutaj proponuje, to energiczny krok naprzód – mówił. W jego ocenie sytuacja została przedstawiona w sposób skrajny: albo natychmiastowe przekazanie 30 milionów złotych, albo upadek klubu. Taki wybór – jak sugerował – może być fałszywą alternatywą. – Chodzi o postawienie nas wszystkich w sytuacji nagłej i pilnej potrzeby, w sytuacji kryzysowej, w sytuacji szoku – podkreślał.
Radny użył nawet określenia „doktryna szoku”, wskazując, że w takich warunkach łatwiej przeforsować decyzje, na które w spokojnej, merytorycznej debacie nie byłoby zgody. – Bo czy alternatywa, poprzeć trzydzieści milionów albo upadek już klubu jest prawdziwa? – pytał.
Pieniądze publiczne, ale ograniczony wgląd
W centrum argumentacji znalazła się kwestia przejrzystości finansowej. Śląsk Wrocław jest spółką komunalną, a więc – mimo że działa w obszarze profesjonalnego sportu – opiera się na publicznych środkach. – To nie jest tak, że te pieniądze, które przekazujemy z pieniędzy publicznych do spółki, której właścicielem jest podmiot publiczny, one nagle stają się prywatne. Powinniśmy mieć wgląd do tego, w jaki sposób te pieniądze są wydatkowane – podkreślał radny.
Z wystąpienia wyłania się obraz wieloletniego sporu o dostęp do dokumentów. Komisja rewizyjna – jak wskazywał – nie otrzymuje pełnych materiałów źródłowych. Wnioski radnych o udostępnienie dokumentów związanych z procesem prywatyzacji miały być przeciągane. – Czy spółka podejmuje grę na zwłokę w tym zakresie? – pytał retorycznie. Kluczowym problemem pozostaje brak opublikowanego audytu, który miał wyjaśnić realną sytuację finansową klubu. – Nie zostały opublikowane wyniki audytu, który był obiecywany. Nie dopuszczano nas do dokumentów. Dlaczego? – mówił.
170 milionów i „dzień świstaka”
W szerszym kontekście radny przypomniał, że w czasie rządów obecnych władz miasta do Śląska Wrocław trafiło około 170 milionów złotych. Mimo to klub ponownie znalazł się w kryzysie płynnościowym. – Mamy dzień świstaka. Po raz kolejny stałem przed decyzją, czy przekazać duże pieniądze – stwierdził. Przypomniał, że w sezonie zakończonym wicemistrzostwem łączne wsparcie miasta – wraz z pożyczkami – wyniosło 43 miliony złotych. Dziś mówimy o jeszcze większych kwotach. – Czy wiemy, na co te pieniądze zostaną przeznaczone? – pytał.
Prezentacja nowego prezesa – jak ocenił – miała charakter ogólny i nie odpowiadała na fundamentalne pytania o realny plan zwiększenia przychodów. – My nie wiemy, na czym polega ten plan naprawczy. My nie wiemy, na czym polega plan na zwiększenie przychodów – podkreślał.
Lekcja z Chorzowa
Radny odwołał się również do sytuacji w Chorzowie, gdzie finansowanie klubu przez miasto stało się przedmiotem postępowania prokuratorskiego. – Wiceprezydent musi chodzić na prokuraturę zeznawać, ponieważ pozostają postawione zarzuty dotyczące niegospodarności w związku z finansowaniem Ruchu Chorzów – mówił.
W jego ocenie kluczowym problemem w tamtej sprawie było podejmowanie decyzji bez pełnej wiedzy o sytuacji finansowej klubu. – Na czym polegała ta niegospodarność? Bo nie zapoznano się z realną sytuacją finansową klubu – podkreślał. To porównanie miało być ostrzeżeniem: radni, którzy głosują za przekazaniem kolejnych milionów, biorą na siebie osobistą odpowiedzialność.
Prywatyzacja – sprzedawać, gdy jest dobrze
Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia była metafora sprzedaży samochodu. Radny wskazał, że jeśli chce się uzyskać dobrą cenę, najpierw należy naprawić usterki i zadbać o przejrzystość. – Kiedy chcemy sprzedać samochód, to naprawiamy wszystkie usterki, polerujemy lakier, usuwamy wszystkie rysy i czyścimy brud z wnętrza – mówił. Tymczasem – jak sugerował – miasto próbowało sprzedawać klub dopiero wtedy, gdy sytuacja zaczęła się pogarszać. – Jak było dobrze, to było dobrze. Jak zaczęło się źle, no to wtedy sprzedajemy klub – podsumował.
W jego ocenie brak konsekwencji w procesie prywatyzacyjnym oraz niedostateczna transparentność odstraszają potencjalnych inwestorów.
Odpowiedzialność zamiast presji
Na zakończenie radny zaproponował inne podejście: najpierw dokładne określenie rzeczywistej luki płynnościowej, następnie czas na analizę dokumentów i dopiero potem decyzja o ewentualnym dokapitalizowaniu. – Chciałbym zaproponować, żebyśmy w tym momencie pochylili się jednak nad tym, ile realnie jest potrzebne pieniędzy, żeby utrzymać płynność. Z jakich przyczyn to wynika? – apelował.
Jego stanowisko było jednoznaczne. – W mojej opinii to, w jaki sposób to jest procedowane w tym momencie, nie gwarantuje nam tego, że mamy należytą wiedzę – podkreślił, ogłaszając negatywną opinię wobec projektu. Śląsk Wrocław jest dla wielu mieszkańców ważnym elementem tożsamości miasta. Jednak – jak wynika z wystąpienia – troska o klub nie może oznaczać rezygnacji z przejrzystości i odpowiedzialności. Bez pełnej wiedzy o finansach i realnego planu naprawczego każda kolejna decyzja o przekazaniu milionów złotych pozostanie decyzją podejmowaną w warunkach niepewności.
Co śmierdzi w śmieciowym przetargu za miliard?
Radny Piotr Uhle podczas październikowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia połączył pozornie techniczne przesunięcie budżetowe z jedną z najpoważniejszych finansowych porażek miasta ostatnich lat. W jego ocenie 400 tysięcy złotych na edukację dotyczącą segregacji odpadów to nie wydatek marginalny, lecz symbol wieloletnich zaniedbań, które mogą kosztować wrocławian nawet 100 milionów złotych.
Wystąpienie radnego było jednym z najbardziej emocjonalnych punktów sesji z 20 października 2025 roku. Formalnie chodziło o zmianę w budżecie miasta – przesunięcie 400 tysięcy złotych na działania edukacyjne związane z sortowaniem odpadów. W praktyce debata przerodziła się w szeroką diagnozę kryzysu w miejskiej polityce odpadowej.
400 tysięcy, które waży 100 milionów
Uhle rozpoczął od podkreślenia, że sprawa nie jest błaha, choć na pierwszy rzut oka może się tak wydawać. – Czterysta tysięcy złotych ma być przeznaczonych na edukację dotyczącą sortowania odpadów. Dlaczego to jest ważne? (…) Od tego, w jakiej jakości będzie przeprowadzona ta edukacja, zależą bardzo, bardzo duże pieniądze. Te „bardzo duże pieniądze” to – jak wyjaśnił – konsekwencja przegranych przez gminę Wrocław, reprezentowaną przez spółkę Ekosystem, spraw sądowych dotyczących systemu gospodarowania odpadami. Według radnego miasto do końca kadencji może stracić nawet 100 milionów złotych.
– Sto milionów złotych zostało przegrane, ponieważ nie będziemy w stanie spełnić norm segregacji odpadów. (…) Kary za te przekroczenia pokryje wrocławski podatnik. W jego ocenie nie chodzi wyłącznie o opłaty śmieciowe, lecz o realne obciążenie budżetu miasta, a więc wszystkich mieszkańców.
Kompromitacja, o której mówiła cała Polska
Radny odniósł się także do pytania, które – jak relacjonował – padło wcześniej ze strony prezesa spółki Ekosystem: skąd wiedział o skali problemu. Odpowiedź była jednoznaczna. – Ponieważ cała Polska o tym mówiła.
Jak dodał, sprawa była szeroko komentowana w całym kraju, a Wrocław stał się przykładem nieudolnie prowadzonego sporu. – Skala kompromitacji, którą Wrocław przeżył, była tak duża. Zdaniem Uhle sąd nie zakwestionował samej zasady odpowiedzialności za kary, lecz sposób, w jaki miasto przygotowało odwołania. – Sąd wypowiedział się w sprawie tego, jak żenująco źle przygotowane były wnioski Miasta Wrocławia. W jego ocenie to nie przepisy były problemem, lecz brak profesjonalizmu i właściwej strategii procesowej.
Stracone trzy lata
Wystąpienie miało również wymiar rozliczeniowy. Uhle przypomniał, że już około trzech lat temu rada procedowała projekt uchwały, który – jego zdaniem – mógł pomóc miastu osiągnąć wymagane poziomy recyklingu. – Niestety Rada odrzuciła ten program. (…) Nie wykorzystaliśmy tego czasu, aby po prostu do tego dojść.
Przypomniał, że wymogi dotyczące poziomu recyklingu były znane od 2020 roku i rosły z roku na rok – od 20 procent do 55 procent w 2025 roku. – Wrocław w ubiegłym roku już stracił możliwość osiągania tych progów segregacji odpadów i każdego roku od 2025 będzie nas to kosztowało przeciętnie trzydzieści milionów złotych, jeżeli chodzi o kary.
Ekosystem pod lupą
Centralnym punktem krytyki stała się miejska spółka odpowiedzialna za system gospodarowania odpadami – Ekosystem. Uhle wskazywał na zmiany zarządu w atmosferze skandalu oraz – jego zdaniem – brak realnych działań wzmacniających kompetencje miasta w obszarze przetwarzania odpadów. – Jedyne, co byliśmy w stanie zrobić, to powiększenie objętości naszej kompostowni o kilka procent. Radny wrócił także do kwestii przetargu na odbiór odpadów. Przypomniał wcześniejsze zapewnienia o konieczności szybkiego ogłoszenia postępowania, aby zapewnić jak największą konkurencyjność. Tymczasem – według niego – działania władz miasta prowadziły do opóźnień. – Efektem tego może być to, że konkurencyjność przetargu się zmniejszy. (…) Jeżeli przetarg jest mniej konkurencyjny, to czy cena będzie wyższa czy niższa?
Zarzuty o brak transparentności
W trakcie wystąpienia Uhle kilkukrotnie wchodził w spór proceduralny z przewodniczącą rady, która wzywała go do powrotu do meritum uchwały budżetowej. Radny przekonywał jednak, że jego argumenty pozostają w bezpośrednim związku z przesunięciem środków na edukację. – Czy Pani sobie życzy, żebym co trzydzieści sekund przypominał, że sprawa dotyczy przesunięcia budżetowego na edukację? (…) Ten związek jest bardzo ścisły.
Podniósł także wątek odmowy udostępnienia audytu dokumentacji przetargowej. – Ja wielokrotnie prosiłem o udostępnienie audytu dokumentacji przetargowej. Pan prezes odmawiał takiej informacji. W jego ocenie taki model działania podważa transparentność zarządzania publicznymi środkami.
Kto skorzystał na opóźnieniach?
Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia było pytanie o to, kto skorzystał na opóźnieniach przetargu. – Wszyscy musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, kto na tym opóźnieniu przetargu skorzystał? A skorzystały na tym firmy śmieciowe, które w tym momencie już Wrocław obsługują.
Radny zasugerował także istnienie potencjalnych konfliktów interesów, wskazując na powiązania sponsoringowe i personalne w otoczeniu władz miasta. Nie formułował jednoznacznych oskarżeń, lecz podkreślał, że sprawa wymaga wyjaśnienia i przejrzystości.
Wniosek do prokuratury
Kulminacją wystąpienia było wezwanie do podjęcia formalnych kroków prawnych. Uhle powołał się na przesłanki niegospodarności i zaapelował do przewodniczącej rady o złożenie zawiadomienia do prokuratury. – Bardzo serdecznie chciałbym prosić Panią Przewodniczącą Rady Miejskiej Wrocławia o to, aby w imieniu całej Rady zawiadomiła o możliwym popełnieniu przestępstwa w zakresie niegospodarności prokuraturę.
Na zakończenie jednoznacznie zadeklarował swoje stanowisko wobec projektu. – Opinia do projektu uchwały jest negatywna.
Edukacja jako ostatnia linia obrony
Choć wystąpienie miało ostry, momentami konfrontacyjny charakter, jego oś pozostawała niezmienna: 400 tysięcy złotych na edukację ekologiczną to dziś próba ratowania sytuacji, która – zdaniem radnego – wymknęła się spod kontroli. W jego ujęciu przesunięcie budżetowe nie jest techniczną korektą, lecz spóźnioną reakcją na wieloletnie zaniechania. Jeśli edukacja nie przyniesie realnej poprawy poziomów segregacji, miasto będzie zmuszone pokrywać kolejne kary z budżetu – kosztem szkół, dróg czy kultury. Debata o sortowaniu odpadów stała się więc debatą o standardach zarządzania miastem, odpowiedzialności politycznej i transparentności działań władz. A 400 tysięcy złotych zapisane w budżecie na 2025 rok – symbolem znacznie poważniejszego problemu.
Dwukadencyjność czy feudalizm? Wrocław zajął stanowisko
Czy ograniczenie liczby kadencji w samorządzie to zamach na demokrację, czy przeciwnie – jej wzmocnienie? Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 11 września 2025 roku radny Piotr Uhle przekonywał, że dwukadencyjność to nie ograniczenie wolności, lecz bezpiecznik chroniący wspólnotę przed koncentracją władzy. W jego wystąpieniu wybrzmiało ostrzeżenie przed personalizacją przywództwa i apelem o obronę obywatelskiego charakteru samorządów.
Debata dotyczyła stanowiska wobec projektu ustawy zmieniającej obowiązujące przepisy o dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Uhle nie krył zaskoczenia samą inicjatywą legislacyjną i od początku jasno określił swoją pozycję.
Wynik konsultacji jest zerojedynkowy
Radny przypomniał, że aktywnie zachęcał mieszkańców do udziału w konsultacjach społecznych. Jak podkreślił, rezultat był jednoznaczny.
– Byłem bardzo zaskoczony, kiedy zobaczyłem, że taki projekt ustawy został przygotowany. Uczestniczyłem i zachęcałem aktywnie mieszkańców do udziału w konsultacjach społecznych. Wynik tych konsultacji społecznych jest zerojedynkowy i bardzo wyraźny.
W jego ocenie obywatele nie chcą powrotu do modelu, w którym lokalna władza skupiona jest w rękach jednej osoby przez długie lata.
– Polki, Polacy nie chcą, żeby samorządy zmieniały się w stronę feudalizmu, tylko chcą, żeby zmieniały się w stronę obywatelskości.
To zestawienie – feudalizm kontra obywatelskość – stało się osią całego wystąpienia. Uhle przekonywał, że debata o kadencjach nie jest techniczną dyskusją o przepisach, lecz fundamentalnym sporem o model sprawowania władzy.
Dwukadencyjność to nie dożywotni zakaz
Jednym z głównych argumentów radnego było sprostowanie – jego zdaniem – błędnego przekonania, że obecne przepisy eliminują samorządowców z życia publicznego po dwóch kadencjach.
– To nie jest zakaz sprawowania funkcji z wyboru po dwóch kadencjach do śmierci. To jest zakaz sprawowania dłużej niż dwa razy z rzędu danej funkcji.
Podkreślił, że po pięcioletniej przerwie dana osoba może ponownie ubiegać się o stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. Wskazywał przy tym na opinie konstytucjonalistów, według których rozwiązanie to nie narusza istoty praw obywatelskich.
– Wszystkich dotyczy to w sposób równy, nikogo nie dyskryminuje, a niesie za sobą dużo pozytywnych skutków.
W jego ocenie ograniczenie liczby następujących po sobie kadencji jest minimalną ingerencją w wolność kandydowania, a zarazem istotnym zabezpieczeniem systemowym.
Duch Konstytucji i ryzyko koncentracji władzy
Radny odwołał się do Konstytucji RP i analogicznego ograniczenia w przypadku głowy państwa.
– Duch Konstytucji Rzeczypospolitej wskazuje na podobny zapis przy funkcji prezydenta Rzeczypospolitej.
Według Uhle takie rozwiązania nie są przypadkowe. Mają chronić wspólnotę przed nadmierną koncentracją władzy i związanymi z nią pokusami.
– Wszystkie narzędzia i instytucje kontrolowane przez jedną osobę niosą za sobą pokusę, aby władzę demokratyczną zawłaszczać w sposób budzący wątpliwości, nawet dążący do autorytaryzmu.
W swoim wystąpieniu radny wskazał, że w Europie istnieją przykłady państw, które zaczynały jako demokracje, lecz w wyniku osłabienia mechanizmów kontrolnych przekształcały się w systemy autorytarne.
– Raz utraconego demokratycznego systemu władzy można już potem po prostu nie odzyskać.
Kult jednostki i lokalne koterie
Uhle przeniósł następnie ciężar argumentacji na poziom samorządowy. Jego zdaniem w wielu gminach w Polsce można zaobserwować zjawiska personalizacji władzy i budowania lokalnych układów.
– Podobne procesy budowania swoistego kultu jednostki, otaczania się różnego rodzaju koteriami, środowiskami, grupami wpływu obserwujemy w bardzo licznych samorządach w Polsce.
Przypomniał, że w czerwcu w Zabrzu odbyła się konferencja „Odzyskajmy nasze miasta”, na której spotkały się ruchy obywatelskie z różnych części kraju – m.in. z Gdyni, Rzeszowa, Łodzi i Krakowa. W jego ocenie problemy, o których tam mówiono, mają charakter uniwersalny.
– Te procesy nie są wyjątkowe w poszczególnych gminach. Różnią się konkretnym nazwiskiem, ale ich wspólny mianownik jest ten sam.
System instytucjonalny czy przywództwo personalne?
Centralnym pytaniem wystąpienia stało się to, jak powinno wyglądać przywództwo w samorządzie.
– Albo mamy silny system obywatelski, który funkcjonuje wtedy, kiedy mamy dobre instytucje i jesteśmy gotowi prowadzić dialog, albo opieramy się o przywództwo bardziej personalne.
Zdaniem Uhle uzależnianie jakości funkcjonowania gminy od jednej popularnej osoby jest dowodem słabości instytucji.
– Jeżeli od obecności jednego przywódcy zależy to, czy gmina będzie funkcjonowała lepiej albo gorzej, to znaczy, że nie zdaliśmy egzaminu jako klasa polityczna i jako klasa samorządowa.
W jego ocenie to nie jednostki powinny być fundamentem stabilności samorządu, lecz sprawne procedury, transparentność i zdolność do dialogu.
Odpowiedzialność za przygotowanie następcy
Radny sformułował także tezę o odpowiedzialności wieloletnich włodarzy za budowanie zaplecza i przygotowanie następców.
– Każdy wójt, burmistrz, prezydent miasta nie zdaje egzaminu na przywództwo polityczne, jeżeli w ciągu dziesięciu lat nie przygotuje potencjalnego następcy.
Według niego brak takiego przygotowania świadczy o koncentracji władzy i braku myślenia o ciągłości instytucjonalnej.
W tym kontekście dwukadencyjność jawi się jako mechanizm wymuszający naturalną rotację i rozwój nowych liderów, a nie jako kara dla dotychczasowych włodarzy.
Apel do parlamentarzystów
Na zakończenie Uhle zwrócił się do parlamentarzystów, którzy wkrótce mieli procedować projekt ustawy w Sejmie.
– Liczę na to, że nasi posłowie dolnośląscy i wrocławscy zagłosują za obywatelskimi samorządami, a nie za powrotem do czasów czy w kierunku feudalnym.
Wyraził przekonanie, że stanowiska podejmowane przez Radę Miejską Wrocławia są czytane i analizowane na szczeblu krajowym.
– Bardzo wierzę, że nasi parlamentarzyści uważnie czytają to, co wydaje w świat Rada Miejska Wrocławia.
Spór o model samorządu
Wystąpienie Piotra Uhle nie było jedynie głosem w bieżącej debacie legislacyjnej. Stało się szerszym komentarzem do kondycji polskiego samorządu i napięcia między stabilnością przywództwa a potrzebą rotacji.
W jego narracji dwukadencyjność to element systemu zabezpieczeń, który ma chronić wspólnotę przed nadmiernym skupieniem władzy i utratą obywatelskiego charakteru lokalnej polityki. Przeciwnicy widzą w niej ograniczenie wyboru i osłabienie skutecznych liderów.
Spór o liczbę kadencji okazał się więc sporem o to, czy samorząd ma być przede wszystkim przestrzenią silnych instytucji i dialogu, czy też opierać się na długotrwałym, personalnym przywództwie. W tej debacie radny Uhle jednoznacznie opowiedział się po stronie pierwszego rozwiązania, ostrzegając, że od jakości tych decyzji zależy przyszłość lokalnej demokracji.
Nowy porządek świata. Europa stanie po stronie USA czy Chin?
Teorie o końcu historii czy nadzieje na trwałą rezygnację z użycia siły w realizacji interesów międzynarodowych okazały się iluzją. Współczesny świat staje się na nowo dwubiegunowy, z nowymi biegunami: Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Europa, choć w niektórych głowach nadal trwają sny o potędze, znajduje się na rozdrożu.
W tej sytuacji Polska musi dokonać strategicznego wyboru, który określi jej miejsce w tej nowej rzeczywistości. Dokonanie tego wyboru oraz zdolność do dotrzymania zobowiązań, które z niego wynikają to test na dojrzałość naszej klasy politycznej oraz siły naszej państwowości jako takiej.
Jakie są przyczyny obecnej sytuacji? Jakie wnioski należy wyciągać z porozumienia surowcowego między USA a Ukrainą? Czy zbudujemy w północno-wschodniej części Europy wał broniący zachód przed groźbami ze wschodu? Czy porozumienie militarne krajów nowej Europy przełożyć się może na pogłębienie przymierza politycznego, również wewnątrz Unii Europejskiej? Czy wystarczy nam siły, by przekształcić politykę NATO w tej części kontynentu?
Na te pytania ostatecznych odpowiedzi udzieli czas, jednak jestem głęboko przekonany, że naszym obowiązkiem jest próba udzielenia ich dziś, by zarysować nadchodzące zmiany i wykorzystać je dla interesu Polski oraz Europy.
Co zrobiłaby Europa gdyby USA upadły?
Wykonajmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie sobie scenariusz – w jakim miejscu znalazła by się Unia Europejska i Polska w szczególności gdyby USA nawet nie upadły ale ich siła została zredukowana do poziomu mocarstwa regionalnego?
Raport Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS) „Defending Europe Without the United States: Costs and Consequences” z maja 2025 roku analizuje koszty obrony przed przyszłym zagrożeniem ze strony Rosji bez wsparcia Stanów Zjednoczonych. I tak, Europa mogłaby funkcjonować bez wojskowego wsparcia Ameryki, ale zastąpienie jej potencjału zajęłoby ćwierć wieku i pochłonęłoby w tym okresie nawet 1 bilion dolarów.
Czy stać nas na takie wydatki? Czy mamy te 25 lat na uzupełnienie luki po wielkim sojuszniku? Czy to jedyne koszty, które musielibyśmy ponieść? Czy mamy zdolność do podjęcia decyzji i jej wyegzekwowania? Każdy może ocenić samodzielnie, najlepiej biorąc pod uwagę skuteczność wdrażania Strategii Lizbońskiej czy nowego Zielonego Ładu. Na sam koniec – czy społeczeństwa stojące przed wyborem czy przeznaczać 4 lub 5% PKB na zbrojenia będą gotowe na podobne wyrzeczenia, czy też zmiotą swoich liderów z jakże wygodnych stołków?
Skostniała Europa potrzebuje przecież pieniędzy na odbudowę zapóźnionej gospodarki. Jak znaleźć jednocześnie pieniądze na obronność i rozbudzenie lekko zatartej maszyny gospodarczej? Gdzie jest granica zadłużania się Europy? Bo jedynym źródłem jego spłaty jest wzrost gospodarczy, a tego w sposób trwały nie wygenerują nowe czołgi, które po wyprodukowaniu czekają w garażach i magazynach. Do części elit europejskich ta sytuacja zaczyna docierać, jednak wydaje się, że nadal zbyt wolno.
A z drugiej strony zastanówmy się – czym byłaby potęga USA po upadku Europy? W każdym z wypadków drugą stronę czeka marginalizacja. W przypadku Europy powolna, bo rosnące potęgi azjatyckie i afrykańskie z chęcią wycisnęłyby europejskie zasoby niczym cytrynę. W przypadku USA miałaby inny charakter ze względu na potęgę militarną i szczególne położenie geograficzne. Z pewnością jednak byłoby związane ze zmniejszeniem skali oddziaływania i koniecznością podzielenia się władzą nad sposobem urządzenia świata z nowymi, azjatyckimi potęgami.
Jestem bardzo mocno przekonany, że tylko odbudowa i pogłębienie relacji transatlantyckich da realną szansę na rozwój, zachowanie europejskiego stylu życia oraz wzmocnienie roli Polski. Jesteśmy na siebie skazani. Ze względu na głęboką sieć powiązań gospodarczych, kulturowych, militarnych i politycznych. Najlepszy czas na to, by to zrozumieć i przełożyć na szeroko zakrojony plan polityczny był 20 lat temu. Drugi najlepszy moment, by zacząć działać jest dzisiaj.
Czy USA jest w stanie obronić hegemonię?
Nie da się kontynuować globalnej gospodarki w dzisiejszym modelu. Nie można w dłuższej perspektywie utrzymać równowagi w sytuacji gdy jedni stają się potęgą produkcyjną a drudzy – potęgą konsumpcyjną. Nie jest możliwy dalszy transfer bogactwa ze strony krajów rozwiniętych do tych, którzy śmieją się z zasad i systemu wartości, który pozwala im się bogacić.
Te zagrożenia znakomicie definiuje administracja Trumpa i podejmuje zdecydowane działania. To być może ostatni moment, choć możliwe, że jest już za późno. Mam świadomość, że sposób komunikacji prezydenta USA jest barwny i dla skostniałych europejskich elit – trudny do przyjęcia. Szczególnie dla tych, którzy od dłuższego czasu obrażali Trumpa, bo nie wpisywał się w ich oczekiwania. Dziś muszą łykać własne języki, bo nadszedł czas weryfikacji prawdziwej siły i potencjału.
Wiele osób, szczególnie konsumujących rozemocjonowane przekazy polityczne, łapie się za głowę i załamuje ręce nad niezrozumiałymi decyzjami administracji w Waszyngtonie. Ideologicznie nacechowane komentarze zamiast skupiać się na treści realizowanej polityki nadają jej plemienną ocenę. To droga na skróty. Donald Trump wrócił do Białego Domu dużo lepiej przygotowany i otoczony wianuszkiem doświadczonych współpracowników z szufladami pełnymi nowych rozwiązań.
USA już jakiś czas temu zrozumiały, że nie sposób grać według ustalonych reguł z Chinami, które tych reguł ewidentnie nie przestrzegają i wykorzystują słabości systemu światowej gospodarki. Przywłaszczanie własności intelektualnej, przejmowanie całych sektorów gospodarki światowej, agresywne subsydiowanie eksportu to tylko elementy systematycznego podkopywania obecnego status quo. Oczywiście kosztem hegemonicznej pozycji USA.
Ameryka szarpie cugle przez Atlantyk, by odzyskać kontrolę nad światem
Komunistyczna Partia Chin wyznaczyła rok 2049 jako datę „odrodzenia narodu”, co przez większość analityków interpretowane jest jako termin, w którym Chiny zamierzają siłowo odzyskać kontrolę nad Tajwanem. Przynajmniej do tego czasu konfrontacja między USA a Chinami nie przybierze formy tradycyjnych konfliktów militarnych. Będzie rozgrywać się na płaszczyznach gospodarczej, finansowej i politycznej. Gwarancje wzajemnego zniszczenia ograniczają ryzyko eskalacji militarnej, ale nie eliminują napięć.
Dziś siła militarna i gospodarcza USA nadal dominuje nad potencjałem chińskim, jednak nożyce wykresów się zacieśniają i w Stanach zapadły decyzje o mocniejszym szarpnięciu cugli – w innym przypadku w nadchodzącej konfrontacji mogłyby być skazana na porażkę.
I to tak należy czytać zdecydowaną politykę administracji amerykańskiej. Pomijając polityczne emocje i ozdobniki – zmniejszenie ilości teatrów konfrontacji, zabezpieczenie kontroli mórz i handlu, wymuszenie zwiększenia zaangażowania i solidarności sojuszników, redefinicja zasad funkcjonowania rynków finansowych – to logiczne ruchy, które przypominają przegląd zbrojowni przed nadchodzącą bitwą. Nie należy się na to obrażać, trzeba się zastanawiać co te przygotowania oznaczają dla nas – dla Polski i Europy. A – gdy dobrze się temu przyjrzeć – sukces Ameryki może – i powinien – stać się sukcesem starego kontynentu.
Skansen Europa: nostalgiczny cień dawnej potęgi
Świat dwubiegunowy, zdominowany przez USA i Chiny, nie pozostawia miejsca na trzecią drogę. Europa, mimo historycznej roli, zmierza ku marginalizacji. Brak wspólnej strategii i zdolności do jej „dowożenia”, wewnętrzne podziały i uzależnienie od zewnętrznych aktorów sprawiają, że staje się przedmiotem gry mocarstw, a nie jej aktywnym uczestnikiem.
Teoretycznie Unia Europejska stanowi olbrzymi potencjał. PKB na poziomie porównywalnym z Chinami, wysoki poziom życia 450 mln mieszkańców czy ponad dwukrotnie wyższe nakłady na wojsko powinny sprawiać, że Europa samodzielnie mogłaby stanowić o przyszłości tej części świata. Mogłaby, ale nie jest zdolna.
Instytucje polityczne Unii Europejskiej nie są bowiem przystosowane do coraz dynamiczniej zmieniającego się świata. Podziały i narodowe egoizmy w kluczowych momentach biorą górę a państwa, które od lat dzierżyły nieformalny ster przywództwa nie zdały egzaminu. Zagubieni w poczuciu wyższości, pyszni i bujający w obłokach marzeń o mocarstwowości trwonią potencjał starego kontynentu.
Na naszych oczach rozpadł się mit świetnie zorganizowanych i wolnych od politycznych interwencji gospodarki i finansów Niemiec, co znakomicie opisał w książce o znamiennym tytule „Kaput” Wolfgang Münchau, jeden z założycieli Financial Times Deutschland. To właśnie upolitycznienie sektora finansów i przemysłu doprowadziło do braku elastyczności gospodarki, zapóźnienia technologicznego, administracyjnego imposybilizmu i dotkliwego braku sprawczości.
Europa jest świetna w tworzeniu wielkich wizji, jednak fatalna w ich wcielaniu w życie. Gdzie jest dziś strategia wspomniana Lizbońska? Dokument przyjęty dwie i pół dekady temu zakładał wzrost wydatków na badania i rozwój do 3% PKB do 2010 roku. Wg. Eurostatu te wydatki dziś to… 2,11% PKB. Dla porównania biedne Chiny wydają na ten cel 2,56% własnego produktu, USA – 3,59%.
Mieliśmy być technologicznym mocarstwem. Mieliśmy być liderem świata innowacji. Wydano pieniądze, zadrukowano tysiące stron strategii i… nic. Nic dziwnego, że świat Europie uciekł. Nic dziwnego, że w relacjach z USA staliśmy się junior partnerem. Bez radykalnych zmian czeka nas agonia. Z początku powolna, z czasem tylko przyspieszająca.
Siedzenie okrakiem szkodzi
Jednocześnie syta, tłusta i mało ruchliwa Europa na własne życzenie znalazła się w systemie współzależności gospodarczych z Chinami. Kraje Unii są największym partnerem handlowym państwa środka, z deficytem handlowym na poziomie 300 miliardów euro rocznie. W sposób szczególny ta zależność dotyczy Niemiec, w mniejszym stopniu Francji, Włoch, Holandii czy… Czech. Europa, która pozwoliła sobie na deindustrializację i zwiększenie zależności od partnerów nie wyznających tego samego systemu wartości, znajduje się dziś w ciemnym miejscu. Obnażył to najpierw Covid-19, później wojna na Ukrainie. Zerwanie globalnych sieci dostaw i oderwanie od realnych środków produkcji pokazało: europejski cesarz jest nagi.
Europejskie elity po opublikowaniu raportu Draghiego już nie mogą otwarcie udawać, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. Niestety głównie w obszarze deklaracji. Potrzeba szybkiego dostosowania się do zmieniającej się rzeczywistości obnażyła największą słabość Unii – podziały, konserwatyzm decydentów i pycha przemieszana z mocarstwowym zestawem idei i postaw.
Rosnąca presja ze strony USA, by kraje Unia Europejskiej aktywnie dołączyły do budowy bloku wokół amerykanów wynika z faktu, że gotowość amerykanów do pełnienia roli dawcy bezpieczeństwa przez lata poddawana była turbulencjom i testom. Europejczycy szukali swojej drogi. Począwszy od opuszczenia przez Francję de Gaulle’a struktur wojskowych NATO poprzez budowane na typowo europejskim poczuciu wyższości separowanie się od przywództwa amerykańskiego – niszczono więź transatlantycką. Szukano sposobów, by pokazać, że potrafimy sobie poradzić bez Wuja Sama.
Jak w Europie Wuja Sama zastępował smok i niedźwiedź
Przewagi konkurencyjnej szukano zatem w innych partnerach – w Rosji oferującej tanią energię i wzmacniającej Niemcom gospodarczą i polityczną kontrolę nad mitteleuropą oraz w taniej sile roboczej Chin. Pokojowa renta naiwności się właśnie kończy i nadszedł czas, by zapłacić za sielskie dekady komfortowej konsumpcji.
Nawet po obnażeniu wszelkich słabości Unia próbuje własnej drogi. Zamiast „decouplingu” w relacjach z Chinami wybiera „derisking”. Nie wychodzi z zapowietrzonego pokoju, woli zostawić nogę w drzwiach – w razie czego. Jeżeli szukamy wyjścia z chińskiej współzależności to tam, gdzie się to opłaca zapóźnionym technologicznie Niemcom – ustalając wysokie cła na chińskie auta elektryczne. Zamiast grać wspólnie z USA, by doprowadzić do trwałego pokoju na Ukrainie opartego o twarde gwarancje – angażuje się w przepychanki i pozwala rozgrywać interesom wielkiego biznesu trzymającego pakiet kontrolny nad rządami w Kijowie. Jesteśmy tacy mądrzy a jednocześnie tacy ślepi i bezsilni. Wiemy wszystko ale jednocześnie nic z tym nie robimy.
Zamiast tego my, Europejczycy, chcemy grać mocarstwową grę. Niestety – parafrazując pewne niesławne spotkanie w Gabinecie Owalnym – brak nam kart, by skutecznie uczestniczyć w tej rozgrywce. A siedzenie okrakiem pomiędzy mocarstwami może nas – jak to mówi młodzież – zmieść z tej planszy. Doprowadzenie sytuacji do tego momentu jest niewybaczalnym obciążeniem dla europejskich i narodowych elit wszystkich krajów Unii Europejskiej oraz kładzie się cieniem nad ich legitymacją i realną zdolnością do wprowadzania niezbędnych zmian. Czy stać nas, by ponosić takie ryzyko?
Nadchodzi konfrontacja i zderzenie cywilizacji. Zachodniej i państwa środka, które szuka odbudowywane dominującej pozycji. Konfrontacja militarna, gospodarcza, polityczna i kulturowa. Nie pozwoli na pozostawanie z boku, nie wybaczy obojętności. Wszyscy, którzy wejdą pomiędzy jej tryby mogą zostać boleśnie zgnieceni i dopasowani siłą.
Co o naszej roli mówi ukraińsko-amerykańska umowa surowcowa?
Stany Zjednoczone prowadzą politykę weryfikacji sojuszników, zmuszając ich do opowiedzenia się po jednej ze stron. Kluczowym przykładem jest Ukraina, która poprzez umowę surowcową znalazła się pod olbrzymim wpływem USA. Umowa ta, ma polityczne znaczenie daleko wykraczająca poza kwestie surowcowe, może zmienić układ sił w regionie. Wszyscy pamiętamy spotkanie na szczycie między Wołodymirem Żełeńskim i Donaldem Trumpem w Białym Domu, które wywrócił premier Ukrainy. Wszyscy pamiętamy jak chwilę później Wierchowna Rada Ukrainy w nietransparentny sposób odrzuciła treść porozumienia. Wiele wskazuje na to, że po tych wydarzeniach amerykański biznes porozumiał się z ukraińskimi elitami gospodarczymi, marginalizując udział Europy w tym procesie.
Brak jest bezpośrednich dowodów, że to interesy ukraińskich oligarchów doprowadziły do zablokowania przyjęcia pierwotnej wersji umowy surowcowej. Nie odbyło się imienne głosowanie, które pozwoliłoby określić które stronnictwo było najbardziej aktywne. Jednak nie jest tajemnicą, że to interesy panów Kołomojskiego i Achmetowa były w tej sytuacji najbardziej zagrożone. Wierchowna Rada Ukrainy zwana przez złośliwych największym biznesowym klubem Europy upomniała się o interesy swoich mocodawców. Media zależne od Kołomojskiego zaangażowały się w krytykę umowy, wspierać mieli je politycy związani z Achmetowem.
Ostatecznie kryzys został zażegnany a umowa została w maju jednogłośnie ratyfikowana, co przypieczętowało „dogawor” między światem ukraińskiej gospodarki a Amerykanami oraz jednoznacznie wskazało miejsce w „kolejności dziobania” partnerów europejskich. Dowodzi to, że ukraińskie środowisko gospodarcze zaakceptowało wiodącą rolę USA w dyktowaniu warunków pokoju, życia i śmierci na Ukrainie. Amerykanie jako jedyni spośród krajów wspierających wysiłek militarny naszych wschodnich sąsiadów zmusili ich do zabezpieczenia własnych interesów gospodarczych. Nie uznali za wystarczająco wiarygodne nadzieje pokładane w dobre intencje i wdzięczność ukraińskich partnerów.
Więc jak nam idzie mocarstwowa polityka na własnym kontynencie? Niestety ale analizując przykład rozstrzygnięć wokół umowy surowcowej cenzurka pisze się sama. Jesteśmy poza grą. Dostaniemy tylko to, na co Wujek Sam pozwoli. A pozwoli na to, co będzie mu się opłacało. Bo może. Bo sami postawiliśmy się w pozycji słabości.
To dobra lekcja dla nas. Bo pomimo olbrzymiego wsparcia otrzymywanego z polskiej strony, premier Ukrainy nie zawahał się, gdy w 2023 roku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ nazwał decyzję o zakazie wwożenia ukraińskiego zboża do Polski „wpisywaniem się w politykę Rosji”. Polityka oparta o nadzieję na wdzięczność to frajerstwo. W chwili gdy zakończyło się realne zagrożenie dla państwowości Ukrainy powinny zakończyć się również sentymenty. I piszę to jako człowiek, który uważa niepodległą i silną militarnie Ukrainę jako polską rację stanu.
Czas na opowiedzenie się. Idziemy pod rękę z Amerykanami czy Chińczykami?
Polska, podobnie jak Europa, stoi przed koniecznością wyboru sojusznika. Stany Zjednoczone aktywnie budują bloki gospodarczo-militarne, wspierając je działaniami politycznymi. Alternatywą jest zbliżenie z Chinami, co jednak niesie ryzyko utraty suwerenności i popadnięcie w głęboką zależność, z której trudno będzie się wydobyć. Polska musi jasno określić swoich sojuszników i oponentów, dostosowując się do globalnych porządków. Brak zdecydowania może skutkować osłabieniem pozycji na arenie międzynarodowej.
Bezpośrednio za naszą wschodnią granicą Stany Zjednoczone dążą do przekształcenia Ukrainy w państwo frontowe, na wzór Korei Południowej, poprzez inwestycje gospodarcze, transfer technologii i wpływ polityczny. Proces ten wymaga jednak zaangażowania sąsiednich krajów, w tym Polski, Słowacji, Rumunii, Finlandii, Szwecji, Norwegii oraz potencjalnie państw bałtyckich. Sukces tej strategii może osłabić Rosję, ukazując kontrast między gospodarką putinowską a modelem zachodnim, zwiększającym zamożność społeczeństwa Ukrainy. Jednak realizacja tego planu oznacza ograniczenie wpływów Francji i Niemiec w Europie Wschodniej, co budzi zrozumiały opór europejskich potęg. I stawia zaangażowanie tych krajów w sprawy Ukrainy w zupełnie innym świetle niż to znane z najpopularniejszych mediów.
Rola Europy Wschodniej w nowym ładzie
Stany Zjednoczone konsekwentnie realizują strategię budowania bipolarnego świata, w którym kontrolują sojuszników i osłabiają przeciwników. Ich polityka wobec Ukrainy, oparta na inwestycjach i kontroli gospodarczej, ma na celu stworzenie silnego państwa frontowego. USA będą wymagać lojalności od sojuszników, w tym Polski, co może oznaczać konieczność redefinicji relacji z Europą Zachodnią.
Polityka USA względem Europy środkowej i wschodniej jest od mniej-więcej 2014 roku niezmienna. Amerykanie szukają przeciwwagi dla hegemonicznej a jednocześnie mocno egoistycznej przywódczej roli Niemiec i Francji w Unii Europejskiej. Inicjatywy Trójmorza czy budowy Bukaresztańskiej siódemki to przykłady tego zaangażowania. Te inicjatywy, gdyby wyszły poza poziom politycznych deklaracji i zostały wypełnione gospodarczą treścią – mogłyby zakończyć się znaczącym sukcesem. Ubolewam nad tym, że do dziś tak się nie stało. Nie wystawia to dobrej cenzury naszym politykom.
Przedmurze Wschodnie – przeciwwaga dla krótkowzrocznej polityki Europy Zachodniej
Tymczasem USA, aby mieć zabezpieczoną północno-wschodnią flankę – potrzebuje dociążonej i wylewarowanej Polski i krajów wspomnianego bloku – nazwijmy go Przedmurzem Wschodnim. Niezbędne jest wzmocnienie bloku poprzez działania charakterze po pierwsze gospodarczym, po drugie militarnym i po trzecie - politycznym.
Po pierwsze działania gospodarcze, by pełen zakres zaplecza ewentualnego konfliktu mógł być obsługiwany na miejscu i w miarę możliwości nie zależał od wielotygodniowych transportów poprzez ocean. Do tego potrzebne jest zaplecze przemysłowe i technologiczne, kompetencje oraz zasoby informacyjne. Słowem: potrzebne są zagraniczne oraz krajowe inwestycje w produkcję militarną i podwójnego zastosowania w Polsce, szczególnie w regionach stanowiących naturalną głębię strategiczną Polski – na Dolnym Śląsku, Opolszczyźnie Śląsku, Lubuskiem i w Wielkopolsce.
Po drugie działania militarne, by to do krajów Przedmurza Wschodniego, z Polską na czele przeniosły się z Niemiec bazy wojskowe USA. Wał broniący Europy przed wschodnim zagrożeniem będzie ciągnął się od Arktyki po Morze Czarne i zasługiwał na zupełnie nowe struktury, organizację i finansowanie. I to nie miejsce na to, byśmy jak bezbronne dzieci opierali się na finansowaniu tych działań przez USA. Kraje bloku własną piersią osłaniać będą Europę Zachodnią od zagrożenia. To ogromny wysiłek i odpowiedzialność, która w krytycznym momencie może zostać okupiona krwią polskiego żołnierza. Logiczne zatem byłoby, by kraje Europy Zachodniej w znaczącym wymiarze dokładały się do kosztów utrzymania i wyposażania rozbudowanych ponad standardowe potrzeby sił zbrojnych.
Blok Przedmurza Wschodniego powinien otrzymać należną wagę w strukturach militarnych NATO. W Polsce, a konkretnej: na Dolnym Sląsku powinno mieć swoją siedzibę nowe dowództwo połączonych sił NATO na teatrze północno-wschodniej Europy – dowództwo bloku Przedmurza Wschodniego. To nasz interes narodowy.
Po trzecie działania polityczne, by wspólnota interesów przemówiła wspólną sprawczością względem krajów starej Unii Europejskiej z jednej strony – i względem Rosji z drugiej. Zapewnienie odpowiedniego finansowania, budowa infrastruktury technicznej oraz gospodarczej oraz utrzymanie właściwych sił na naszym teatrze – to wszystko będzie wymuszało współdziałanie, w trakcie którego pogłębi się wzajemne zaufanie, uwspólnione zostaną strategiczne cele. To szansa na zrównoważenie sprawujących obecnie przywództwo Niemiec i Francji, które rozwiązania bezpieczeństwa w nowym światowym ładzie najchętniej ułożyłyby pod swoje interesy. A częścią tych interesów jest gospodarcza i polityczna kontrola nad blokiem krajów Europy centralnej i wschodniej.
Amerykańskie szarpnięcie cuglami to dla nas olbrzymia szansa na wyrwanie się z tego układu i wytworzenie nowej dynamiki w Unii Europejskiej. Uczynienie z Ukrainy nowej Korei Południowej nie może się odbyć bez udziału Polski i znacznej części państw bloku Przedmurza. Jesteśmy do tego niezbędni z przyczyn geograficznych, militarnych, gospodarczych i politycznych. To jest nasz moment, by realnie zacząć pełnić rolę, do której nasza klasa polityczna aspirowała od lat. Do budowania czegoś więcej niż Giedroyciowa doktryna ULB, bo nasza pozycja w Europie środkowej i wschodniej może być odpowiedzią nie tylko na problemy naszego regionu ale także drogą do uzdrowienia pogrążonej w niemocy Unii Europejskiej jako całości.
Potrzebne nowe idee, nowe instytucje i nowe elity
Niestety – w Europie cierpimy na kryzys realnego przywództwa. Większość obecnie rządzących elit jest skompromitowana indolencją, pychą, doraźnością albo zwykłą ludzką chciwością. Ci ludzie są w stanie zagwarantować tylko jedno: powolną agonię. To dlatego przez Europę już od lat przetacza się fala niezadowolenia. Rosną ruchy protestu, inicjatywy określane przez dotychczasowy establishment „antysystemowymi”. Ten gniew to reakcja na ideową pustkę, instytucjonalny absurd i powszechny brak wiarygodności elit.
W lipcu ubiegłego w Radio Wrocław roku wskazywałem, że polskie służby zagraniczne winne są utrzymywać kontakty zarówno ze sztabem demokratów jak i GOP, bo wszelkie dostępne przesłanki zapowiadają prawdopodobne zwycięstwo Donalda Trumpa. Wiele osób pukało się w głowę. Pytali czy przeszedłem na stronę zła.
To przejaw postawy, która od lat zatruwa nasz dyskurs. Poczucia wyższości. Wyższej racji, która pozwala nam wskazywać innym co mają wybierać, bo nam się wydaje, że wiemy lepiej. To ideologiczne zaślepienie, zacietrzewienie i zejście do intelektualnych okopów jest zagrożeniem i niesie za sobą ryzyko większe niż tylko to, że pokłócimy się przy świątecznym stole.
Jest zagrożeniem, dla trzeźwej oceny sytuacji i naszej egzystencji jako narodu i kręgu kulturowego. Bo stosunek naszych elit do Amerykanów jest produktem salonu. Wiernopoddanczy albo buńczuczno-brukselski. Nie mam nic przeciwko elitom jako takim, nie mam nic przeciwko Europie, przeciwnie, jestem jej wielkim entuzjastą i miłośnikiem. I dlatego właśnie nakłuwanie bańki tych szkodliwych poglądów jest obowiązkiem wszystkich świadomych obywateli na poziomie lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Bo szkodzą.
Ale jest płomyczek nadziei – w inicjatywach oddolnych, w społecznym zaangażowaniu, w nowych odsłonach ruchów politycznych – zastygła skorupa dotychczasowych elit rozszczelnia się i pęka.
Tylko od nas zależy czy uda się ją skruszyć. A od naszych zdolności i determinacji zależeć będzie przyszła rola Polski w nowym ładzie układanym przez mocarstwa. W sytuacji, w której swoją rolę odegramy jak należy – odciśniemy na nowym ładzie piętno, które sprawi, że będzie szyty nieco bardziej na naszą miarę i lepiej służył przyszłym pokoleniom.
Stawka jest więc wysoka. Czy polskie społeczeństwo obywatelskie podniesie rzuconą mu przez historię rękawicę? Zapraszam do dyskusji.
Dlaczego Jacek Sutryk nie zasługuje na nasze zaufanie
Alienacja władzy, targowisko interesów i ostrzeżenie na przyszłość
Podczas sesji absolutoryjnej Rady Miejskiej Wrocławia 22 maja 2025 r. radny Piotr Uhle przedstawił obszerne i krytyczne stanowisko wobec raportu o stanie gminy oraz wniosku o udzielenie prezydentowi wotum zaufania. Jego ocena była jednoznaczna – negatywna. Wystąpienie nie dotyczyło wyłącznie jednego dokumentu. Było diagnozą kierunku, w jakim – zdaniem radnego – zmierza Wrocław jako wspólnota samorządowa.
Już na początku swojego wystąpienia Uhle przywołał słowa Bertolta Brechta: „Czy nie byłoby wszak prościej, gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał inny?” Cytat ten – jak podkreślił – miał szczególne znaczenie w kontekście relacji władzy z mieszkańcami.
Szacunek wobec mieszkańców jako test demokracji
Radny odniósł się do sytuacji, która miała miejsce na sali obrad jeszcze przed rozpoczęciem właściwej debaty. Wspomniał o słowach jednego z dyrektorów magistratu, który miał nazwać mieszkańców „bandą pajacych”. Uhle zaapelował publicznie o odwagę i odpowiedzialność. – Mam nadzieję, że będzie pan miał odwagę wyjść tutaj i powiedzieć to samo do kamery i do protokołu albo przeprosić tych wszystkich ludzi, którzy przyszli tutaj wypowiedzieć się w ważnych sprawach .
W jego ocenie stosunek do mieszkańców jest papierkiem lakmusowym jakości lokalnej demokracji.
Co nie znalazło się w raporcie
Odnosząc się do samego raportu o stanie gminy, Uhle zwrócił uwagę, że równie istotne jak to, co zostało w nim opisane, jest to, czego w nim brakuje. – To zwykle jest esencja, nie to, co urząd chce w oficjalnych komunikatach powiedzieć, tylko to, czego unika .
Zdaniem radnego w ostatnich latach Wrocław coraz częściej funkcjonuje jako „targowisko interesów”. Miasto – w jego ocenie – staje się narzędziem realizacji ambicji politycznych i elementem ogólnopolskich układanek partyjnych. – Wrocław staje się targowiskiem interesów, który doprowadza do tego, żeby konserwować swoją władzę .
„Partia dyrektorów, prezesów i rzeczników”
Jednym z najmocniejszych wątków wystąpienia była krytyka rosnącej roli administracyjno-politycznego zaplecza magistratu. Uhle mówił o zjawisku, które określił jako „partię dyrektorów, prezesów i rzeczników”. – Partia dyrektorów razem z partią prezesów i partią rzeczników dominuje nasze życie, zamienia się tak naprawdę w partię polityczną jako instytucja publiczna i doprowadza do pogłębiających się patologii .
W jego ocenie w tak skonstruowanym systemie premiowana jest lojalność wobec układu władzy, a nie kompetencje. Miał to być jeden z powodów pogłębiającej się alienacji władzy od mieszkańców.
Transparentność i dostęp do informacji
Radny zwrócił uwagę na problemy z dostępem do dokumentów w ramach działań kontrolnych Rady Miejskiej. – Problem z transparentnością jest tutaj poważny – mówił, wskazując na utrudnienia w pracach komisji rewizyjnej czy w dostępie do dokumentów dotyczących spółek miejskich.
W jego ocenie brak przejrzystości prowadzi do erozji zaufania i osłabienia mechanizmów kontroli.
Bierność kosztuje
W dalszej części wystąpienia Uhle odniósł się do konkretnych obszarów polityki miejskiej. Wskazywał m.in. na kwestie inwestycyjne, politykę śmieciową oraz opóźnienia przetargowe, które – jak argumentował – generują realne koszty dla mieszkańców.
– Bierność po prostu kosztuje – podsumował, odnosząc się do dodatkowych wydatków związanych z koniecznością zawierania umów z wolnej ręki w gospodarce odpadami.
Zwrócił także uwagę, że wzrost wynagrodzeń we Wrocławiu jest wolniejszy niż średnio w Polsce, co może świadczyć o słabnącej pozycji miasta w przyciąganiu inwestycji o wysokiej wartości dodanej.
Jakość demokracji to ochrona mniejszości
W końcowej części wystąpienia radny podjął temat jakości lokalnej demokracji. – Jakość demokracji nie jest mierzona tym, co może zrobić większość z mniejszością, tylko jak bronione są prawa mniejszości przed dyktaturą większości – podkreślił.
Krytykował m.in. sposób reprezentacji klubów radnych w tworzonych gremiach oraz utrzymywanie finansowanego z publicznych środków biuletynu informacyjnego.
Negatywna ocena i ostrzeżenie
Na zakończenie Piotr Uhle jednoznacznie zapowiedział głosowanie przeciwko wotum zaufania. – Moja opinia do raportu o stanie gminy jest negatywna i będę głosował przeciwko wotum zaufania .
W jego ocenie procesy zachodzące we Wrocławiu będą miały konsekwencje wykraczające poza jedną kadencję. – Z kadencji na kadencję Wrocław jako instytucja samorządowa traci na jakości, traci na wartości i przez to tracimy my wszyscy .
Wystąpienie było ostrzeżeniem: obecne decyzje i standardy zarządzania miastem mogą przynieść skutki odczuwalne dopiero za kilka lat. I właśnie dlatego – jak argumentował radny – nie mógł udzielić wotum zaufania
fot. https://www.flickr.com/photos/lulek/










