Radni pod presją czasu, miliony bez planu i pytania bez odpowiedzi. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku jednym z najważniejszych tematów była sytuacja finansowa Śląska Wrocław. Klub – formalnie spółka komunalna – według przedstawionej narracji „stoi na skraju przepaści”, a jedyną alternatywą ma być natychmiastowe dokapitalizowanie kwotą 30 milionów złotych. Radny Piotr Uhle w swoim wystąpieniu zakwestionował jednak zarówno tryb procedowania uchwały, jak i brak rzetelnych informacji, które pozwoliłyby radnym podjąć odpowiedzialną decyzję. Jego wystąpienie było nie tylko krytyką konkretnej propozycji finansowej, lecz także diagnozą wieloletniego modelu zarządzania klubem.

„Doktryna szoku” zamiast rzetelnej debaty

Już na początku wystąpienia radny zwrócił uwagę na sposób wprowadzenia projektu uchwały do porządku obrad. – Ogłoszono nam, że Śląsk Wrocław, klub piłkarski stoi na skraju przepaści. Natomiast receptą, którą nam się tutaj proponuje, to energiczny krok naprzód – mówił. W jego ocenie sytuacja została przedstawiona w sposób skrajny: albo natychmiastowe przekazanie 30 milionów złotych, albo upadek klubu. Taki wybór – jak sugerował – może być fałszywą alternatywą. – Chodzi o postawienie nas wszystkich w sytuacji nagłej i pilnej potrzeby, w sytuacji kryzysowej, w sytuacji szoku – podkreślał.

Radny użył nawet określenia „doktryna szoku”, wskazując, że w takich warunkach łatwiej przeforsować decyzje, na które w spokojnej, merytorycznej debacie nie byłoby zgody. – Bo czy alternatywa, poprzeć trzydzieści milionów albo upadek już klubu jest prawdziwa? – pytał.

Pieniądze publiczne, ale ograniczony wgląd

W centrum argumentacji znalazła się kwestia przejrzystości finansowej. Śląsk Wrocław jest spółką komunalną, a więc – mimo że działa w obszarze profesjonalnego sportu – opiera się na publicznych środkach. – To nie jest tak, że te pieniądze, które przekazujemy z pieniędzy publicznych do spółki, której właścicielem jest podmiot publiczny, one nagle stają się prywatne. Powinniśmy mieć wgląd do tego, w jaki sposób te pieniądze są wydatkowane – podkreślał radny.

Z wystąpienia wyłania się obraz wieloletniego sporu o dostęp do dokumentów. Komisja rewizyjna – jak wskazywał – nie otrzymuje pełnych materiałów źródłowych. Wnioski radnych o udostępnienie dokumentów związanych z procesem prywatyzacji miały być przeciągane. – Czy spółka podejmuje grę na zwłokę w tym zakresie? – pytał retorycznie. Kluczowym problemem pozostaje brak opublikowanego audytu, który miał wyjaśnić realną sytuację finansową klubu. – Nie zostały opublikowane wyniki audytu, który był obiecywany. Nie dopuszczano nas do dokumentów. Dlaczego? – mówił.

170 milionów i „dzień świstaka”

W szerszym kontekście radny przypomniał, że w czasie rządów obecnych władz miasta do Śląska Wrocław trafiło około 170 milionów złotych. Mimo to klub ponownie znalazł się w kryzysie płynnościowym. – Mamy dzień świstaka. Po raz kolejny stałem przed decyzją, czy przekazać duże pieniądze – stwierdził. Przypomniał, że w sezonie zakończonym wicemistrzostwem łączne wsparcie miasta – wraz z pożyczkami – wyniosło 43 miliony złotych. Dziś mówimy o jeszcze większych kwotach. – Czy wiemy, na co te pieniądze zostaną przeznaczone? – pytał.

Prezentacja nowego prezesa – jak ocenił – miała charakter ogólny i nie odpowiadała na fundamentalne pytania o realny plan zwiększenia przychodów. – My nie wiemy, na czym polega ten plan naprawczy. My nie wiemy, na czym polega plan na zwiększenie przychodów – podkreślał.

Lekcja z Chorzowa

Radny odwołał się również do sytuacji w Chorzowie, gdzie finansowanie klubu przez miasto stało się przedmiotem postępowania prokuratorskiego. – Wiceprezydent musi chodzić na prokuraturę zeznawać, ponieważ pozostają postawione zarzuty dotyczące niegospodarności w związku z finansowaniem Ruchu Chorzów – mówił.

W jego ocenie kluczowym problemem w tamtej sprawie było podejmowanie decyzji bez pełnej wiedzy o sytuacji finansowej klubu. – Na czym polegała ta niegospodarność? Bo nie zapoznano się z realną sytuacją finansową klubu – podkreślał. To porównanie miało być ostrzeżeniem: radni, którzy głosują za przekazaniem kolejnych milionów, biorą na siebie osobistą odpowiedzialność.

Prywatyzacja – sprzedawać, gdy jest dobrze

Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia była metafora sprzedaży samochodu. Radny wskazał, że jeśli chce się uzyskać dobrą cenę, najpierw należy naprawić usterki i zadbać o przejrzystość. – Kiedy chcemy sprzedać samochód, to naprawiamy wszystkie usterki, polerujemy lakier, usuwamy wszystkie rysy i czyścimy brud z wnętrza – mówił. Tymczasem – jak sugerował – miasto próbowało sprzedawać klub dopiero wtedy, gdy sytuacja zaczęła się pogarszać. – Jak było dobrze, to było dobrze. Jak zaczęło się źle, no to wtedy sprzedajemy klub – podsumował.

W jego ocenie brak konsekwencji w procesie prywatyzacyjnym oraz niedostateczna transparentność odstraszają potencjalnych inwestorów.

Odpowiedzialność zamiast presji

Na zakończenie radny zaproponował inne podejście: najpierw dokładne określenie rzeczywistej luki płynnościowej, następnie czas na analizę dokumentów i dopiero potem decyzja o ewentualnym dokapitalizowaniu. – Chciałbym zaproponować, żebyśmy w tym momencie pochylili się jednak nad tym, ile realnie jest potrzebne pieniędzy, żeby utrzymać płynność. Z jakich przyczyn to wynika? – apelował.

Jego stanowisko było jednoznaczne. – W mojej opinii to, w jaki sposób to jest procedowane w tym momencie, nie gwarantuje nam tego, że mamy należytą wiedzę – podkreślił, ogłaszając negatywną opinię wobec projektu. Śląsk Wrocław jest dla wielu mieszkańców ważnym elementem tożsamości miasta. Jednak – jak wynika z wystąpienia – troska o klub nie może oznaczać rezygnacji z przejrzystości i odpowiedzialności. Bez pełnej wiedzy o finansach i realnego planu naprawczego każda kolejna decyzja o przekazaniu milionów złotych pozostanie decyzją podejmowaną w warunkach niepewności.

Privacy Preference Center