Konsekwencja zamiast hipokryzji. Trzecie podejście do sprawy diet osiedlowych
Konsekwencja zamiast hipokryzji. Trzecie podejście do sprawy diet osiedlowych
Problem z dietami dla radnych osiedlowych nie dotyczy pieniędzy, lecz uczciwości debaty, konsekwencji w działaniu i realnego wsparcia dla lokalnej demokracji. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku radny Piotr Uhle zwrócił uwagę na hipokryzję koalicji w sprawie regulacji wysokości diet radnych osiedlowych.
Po raz trzeci Rada Miejska Wrocławia procedowała projekt uchwały regulujący wysokość diet radnych osiedlowych. Sprawa wraca regularnie – nie dlatego, że jest źle przygotowana, lecz dlatego, że zmieniają się polityczne stanowiska części radnych. Jak zaznaczył Piotr Uhle podczas swojego wystąpienia, „po raz trzeci ta rada będzie pochylała się nad bardzo podobnym projektem uchwały regulującym wysokość diet”.
Pierwsza inicjatywa wyszła bezpośrednio ze środowiska osiedlowego. Następnie – w wyniku zobowiązania podjętego m.in. przez Piotra Uhle – projekt został zgłoszony przez klub radnych, w identycznej treści jak pierwotna propozycja osiedlowców. Dziś Rada mierzy się z nim po raz trzeci. W międzyczasie minęły lata, zmieniły się realia ekonomiczne, wzrosły koszty życia, ale – jak zauważył radny – zmienił się również „punkt siedzenia” niektórych osób uczestniczących w debacie.
Punkt siedzenia wpływa na punkt widzenia
W swoim wystąpieniu Piotr Uhle zwrócił uwagę na niespójność argumentów przeciwników projektu. Wszyscy deklaratywnie zgadzają się, że system wymaga zmian. Jednak część radnych uzależnia dziś swoje poparcie od spełnienia dodatkowych warunków, które wcześniej nie były podnoszone.
Jak ironicznie zauważył, „bardzo ubawiłem się słuchając o tym, że reforma musi być przeprowadzona całościowo. Chwilę po tym, kiedy kolanem próbowano nam wepchnąć częściową, cząstkową reformę dotyczącą granic osiedli”. Wówczas – jak przypomniał – nie przeszkadzało nikomu etapowe wprowadzanie zmian. Dziś ten sam argument ma służyć blokowaniu regulacji.
Zdaniem radnego część wypowiedzi ma charakter racjonalizowania własnej zmiany stanowiska, a momentami ociera się o hipokryzję. Spór nie dotyczy bowiem samej potrzeby korekty – ta jest powszechnie uznawana – lecz politycznej gotowości do jej przeprowadzenia.
Dieta to zwrot kosztów, nie wynagrodzenie
Jednym z kluczowych wątków wystąpienia było uporządkowanie pojęć. W debacie padło stwierdzenie, że dieta nie jest wynagrodzeniem za pracę – i z tym Piotr Uhle się zgodził. Jak podkreślił, „dieta to nie jest wynagrodzenie za pracę i to nie jest tak, że płacimy za jakąś pracę. My zwracamy po prostu za koszty, które ktoś albo poniósł, bądź nie uzyskał w związku z tym, że poświęcał swój prywatny czas na działalność o charakterze społecznym”.
Radni osiedlowi to osoby działające społecznie. Reprezentują mieszkańców, interweniują w sprawach lokalnych, współpracują z jednostkami miejskimi, organizują konsultacje i inicjatywy oddolne. Nie są etatowymi politykami. Diety mają charakter rekompensaty kosztów – utraconego czasu, poniesionych wydatków, zaangażowania, które w warunkach rosnących cen staje się coraz trudniejsze.
W ostatnich latach znacząco zmieniły się realia ekonomiczne. Inflacja i wzrost kosztów życia są faktami, które dotykają wszystkich mieszkańców, także radnych osiedlowych. Utrzymywanie stawek na niezmienionym poziomie oznacza w praktyce ich realne obniżenie.
Spektakularne „pivoty” w debacie
Piotr Uhle zwrócił również uwagę na wyraźną zmianę stanowiska części radnych. Jak powiedział podczas sesji, „setnie ubawiłem się patrząc na to, jak niektórzy wykonali taki spektakularny pivot dotyczący tego, co obiecywali swoim wyborcom”. Osoby, które wcześniej były rzecznikami wzmacniania roli osiedli, dziś występują jako zdecydowani krytycy proponowanych rozwiązań.
W ocenie radnego problemem nie jest sama różnica zdań – ta jest naturalnym elementem demokracji – lecz brak konsekwencji. Trudno bowiem przekonywać mieszkańców o potrzebie silnych, sprawczych osiedli, jednocześnie odmawiając im minimalnych narzędzi organizacyjnych i finansowych.
Fundusz osiedlowy jako pierwszy postulat
W swoim wystąpieniu Piotr Uhle przypomniał, że środowisko osiedlowe nie rozpoczęło swoich działań od postulatu zwiększenia diet. Pierwszym krokiem był wniosek o utworzenie funduszu osiedlowego – mechanizmu wzmacniającego realną sprawczość rad osiedli. Dopiero później pojawiła się kwestia dostosowania diet do aktualnych warunków.
Jak podkreślił, „wnioskodawca nie przyszedł tutaj z wnioskiem jako pierwszym: dajcie nam kasy. Jako pierwszym był wniosek o fundusz osiedlowy”. W jego ocenie świadczy to o systemowym podejściu do wzmacniania samorządności, a nie o doraźnym zabieganiu o środki finansowe.
Radny zaznaczył również, że w idealnym modelu każda zmiana powinna być szeroko konsultowana. Jednak standardy te muszą być stosowane konsekwentnie wobec wszystkich decyzji finansowych podejmowanych przez Radę.
30 milionów bez konsultacji
Podczas tej samej sesji Rada Miejska miała głosować przekazanie 30 milionów złotych na rzecz klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław. Decyzja ta – jak wskazał Piotr Uhle – została wprowadzona bez szerokich konsultacji społecznych.
„My zaraz będziemy głosowali 30 baniek na Śląsk Wrocław. Zrobione wrzutką, bez najmniejszej konsultacji” – mówił podczas obrad. W jego ocenie zestawienie tych dwóch spraw pokazuje wyraźną nierówność standardów debaty. Przy wielomilionowych decyzjach nie pojawiają się argumenty o konieczności całościowej reformy czy wieloetapowych analiz. Przy relatywnie niewielkiej korekcie diet – już tak.
Nie chodzi o przeciwstawianie sobie różnych obszarów wydatków, lecz o proporcje i spójność argumentacji.
Spór o diety to spór o jakość demokracji
Zdaniem Piotra Uhle dyskusja o dietach radnych osiedlowych nie jest sporem o pieniądze, lecz o jakość lokalnej demokracji. Jeżeli miasto chce budować silne, kompetentne rady osiedli, musi stworzyć im minimalne warunki funkcjonowania. W przeciwnym razie działalność społeczna stanie się dostępna wyłącznie dla tych, których na nią stać.
Radny podkreślił, że nie chodzi o tworzenie przywilejów, lecz o elementarną uczciwość wobec osób, które poświęcają swój prywatny czas na rzecz wspólnot lokalnych. Konsekwencja, przejrzystość i równe standardy w podejmowaniu decyzji to fundament zaufania do samorządu.
Trzecie podejście do tej samej uchwały pokazuje, że problem nie leży w treści projektu. Leży w gotowości do podjęcia odpowiedzialnej decyzji. W ocenie Piotra Uhle Wrocław potrzebuje dziś nie politycznych uników, lecz konsekwentnego wzmacniania swoich lokalnych wspólnot – bo to one są podstawą silnego samorządu.
Śląsk nad przepaścią? Prawda, której wciąż nie poznaliśmy
Radni pod presją czasu, miliony bez planu i pytania bez odpowiedzi. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku jednym z najważniejszych tematów była sytuacja finansowa Śląska Wrocław. Klub – formalnie spółka komunalna – według przedstawionej narracji „stoi na skraju przepaści”, a jedyną alternatywą ma być natychmiastowe dokapitalizowanie kwotą 30 milionów złotych. Radny Piotr Uhle w swoim wystąpieniu zakwestionował jednak zarówno tryb procedowania uchwały, jak i brak rzetelnych informacji, które pozwoliłyby radnym podjąć odpowiedzialną decyzję. Jego wystąpienie było nie tylko krytyką konkretnej propozycji finansowej, lecz także diagnozą wieloletniego modelu zarządzania klubem.
„Doktryna szoku” zamiast rzetelnej debaty
Już na początku wystąpienia radny zwrócił uwagę na sposób wprowadzenia projektu uchwały do porządku obrad. – Ogłoszono nam, że Śląsk Wrocław, klub piłkarski stoi na skraju przepaści. Natomiast receptą, którą nam się tutaj proponuje, to energiczny krok naprzód – mówił. W jego ocenie sytuacja została przedstawiona w sposób skrajny: albo natychmiastowe przekazanie 30 milionów złotych, albo upadek klubu. Taki wybór – jak sugerował – może być fałszywą alternatywą. – Chodzi o postawienie nas wszystkich w sytuacji nagłej i pilnej potrzeby, w sytuacji kryzysowej, w sytuacji szoku – podkreślał.
Radny użył nawet określenia „doktryna szoku”, wskazując, że w takich warunkach łatwiej przeforsować decyzje, na które w spokojnej, merytorycznej debacie nie byłoby zgody. – Bo czy alternatywa, poprzeć trzydzieści milionów albo upadek już klubu jest prawdziwa? – pytał.
Pieniądze publiczne, ale ograniczony wgląd
W centrum argumentacji znalazła się kwestia przejrzystości finansowej. Śląsk Wrocław jest spółką komunalną, a więc – mimo że działa w obszarze profesjonalnego sportu – opiera się na publicznych środkach. – To nie jest tak, że te pieniądze, które przekazujemy z pieniędzy publicznych do spółki, której właścicielem jest podmiot publiczny, one nagle stają się prywatne. Powinniśmy mieć wgląd do tego, w jaki sposób te pieniądze są wydatkowane – podkreślał radny.
Z wystąpienia wyłania się obraz wieloletniego sporu o dostęp do dokumentów. Komisja rewizyjna – jak wskazywał – nie otrzymuje pełnych materiałów źródłowych. Wnioski radnych o udostępnienie dokumentów związanych z procesem prywatyzacji miały być przeciągane. – Czy spółka podejmuje grę na zwłokę w tym zakresie? – pytał retorycznie. Kluczowym problemem pozostaje brak opublikowanego audytu, który miał wyjaśnić realną sytuację finansową klubu. – Nie zostały opublikowane wyniki audytu, który był obiecywany. Nie dopuszczano nas do dokumentów. Dlaczego? – mówił.
170 milionów i „dzień świstaka”
W szerszym kontekście radny przypomniał, że w czasie rządów obecnych władz miasta do Śląska Wrocław trafiło około 170 milionów złotych. Mimo to klub ponownie znalazł się w kryzysie płynnościowym. – Mamy dzień świstaka. Po raz kolejny stałem przed decyzją, czy przekazać duże pieniądze – stwierdził. Przypomniał, że w sezonie zakończonym wicemistrzostwem łączne wsparcie miasta – wraz z pożyczkami – wyniosło 43 miliony złotych. Dziś mówimy o jeszcze większych kwotach. – Czy wiemy, na co te pieniądze zostaną przeznaczone? – pytał.
Prezentacja nowego prezesa – jak ocenił – miała charakter ogólny i nie odpowiadała na fundamentalne pytania o realny plan zwiększenia przychodów. – My nie wiemy, na czym polega ten plan naprawczy. My nie wiemy, na czym polega plan na zwiększenie przychodów – podkreślał.
Lekcja z Chorzowa
Radny odwołał się również do sytuacji w Chorzowie, gdzie finansowanie klubu przez miasto stało się przedmiotem postępowania prokuratorskiego. – Wiceprezydent musi chodzić na prokuraturę zeznawać, ponieważ pozostają postawione zarzuty dotyczące niegospodarności w związku z finansowaniem Ruchu Chorzów – mówił.
W jego ocenie kluczowym problemem w tamtej sprawie było podejmowanie decyzji bez pełnej wiedzy o sytuacji finansowej klubu. – Na czym polegała ta niegospodarność? Bo nie zapoznano się z realną sytuacją finansową klubu – podkreślał. To porównanie miało być ostrzeżeniem: radni, którzy głosują za przekazaniem kolejnych milionów, biorą na siebie osobistą odpowiedzialność.
Prywatyzacja – sprzedawać, gdy jest dobrze
Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia była metafora sprzedaży samochodu. Radny wskazał, że jeśli chce się uzyskać dobrą cenę, najpierw należy naprawić usterki i zadbać o przejrzystość. – Kiedy chcemy sprzedać samochód, to naprawiamy wszystkie usterki, polerujemy lakier, usuwamy wszystkie rysy i czyścimy brud z wnętrza – mówił. Tymczasem – jak sugerował – miasto próbowało sprzedawać klub dopiero wtedy, gdy sytuacja zaczęła się pogarszać. – Jak było dobrze, to było dobrze. Jak zaczęło się źle, no to wtedy sprzedajemy klub – podsumował.
W jego ocenie brak konsekwencji w procesie prywatyzacyjnym oraz niedostateczna transparentność odstraszają potencjalnych inwestorów.
Odpowiedzialność zamiast presji
Na zakończenie radny zaproponował inne podejście: najpierw dokładne określenie rzeczywistej luki płynnościowej, następnie czas na analizę dokumentów i dopiero potem decyzja o ewentualnym dokapitalizowaniu. – Chciałbym zaproponować, żebyśmy w tym momencie pochylili się jednak nad tym, ile realnie jest potrzebne pieniędzy, żeby utrzymać płynność. Z jakich przyczyn to wynika? – apelował.
Jego stanowisko było jednoznaczne. – W mojej opinii to, w jaki sposób to jest procedowane w tym momencie, nie gwarantuje nam tego, że mamy należytą wiedzę – podkreślił, ogłaszając negatywną opinię wobec projektu. Śląsk Wrocław jest dla wielu mieszkańców ważnym elementem tożsamości miasta. Jednak – jak wynika z wystąpienia – troska o klub nie może oznaczać rezygnacji z przejrzystości i odpowiedzialności. Bez pełnej wiedzy o finansach i realnego planu naprawczego każda kolejna decyzja o przekazaniu milionów złotych pozostanie decyzją podejmowaną w warunkach niepewności.

