Obietnice KO bez pokrycia. Osiedla zostały same

Obietnice KO bez pokrycia. Osiedla zostały same

Rada Miejska Wrocławia odrzuciła w drugim czytaniu projekt uchwały wprowadzającej Fundusz Infrastruktury Osiedlowej. Za przyjęciem zagłosowało dziewięcioro radnych, przeciw – siedemnaścioro. Wśród głosujących „przeciw" znaleźli się ci, którzy jeszcze rok temu deklarowali poparcie dla idei wzmocnienia osiedli, a Koalicja Obywatelska – mimo wyborczych obietnic z 2024 roku – pogrzebała własny postulat.

Druk numer 299/25 był prosty. Trzy paragrafy, pół strony tekstu, jedno zdanie istotne: corocznie, począwszy od 2026 roku, Prezydent Wrocławia ma zapewnić osiedlom środki w wysokości nie mniejszej niż 0,5% wydatków budżetu miasta na doraźne, bieżące naprawy podstawowych elementów infrastruktury – chodników, lokalnych dróg, placów zabaw, ławek. Rzecz, o której wrocławscy aktywiści osiedlowi mówią od lat. Rzecz, którą Koalicja Obywatelska wpisała w swoją kampanię wyborczą w 2024 roku.

Stało się inaczej. 23 kwietnia 2026 roku, podczas głosowania numer 12, projekt uchwały został odrzucony stosunkiem głosów 9 do 17, przy 6 wstrzymujących się i 5 obecnych niegłosujących.

Co obiecywała Koalicja Obywatelska

Warto cofnąć się do kampanii samorządowej 2024. Kandydaci Koalicji Obywatelskiej zorganizowali wówczas konferencję prasową poświęconą wzmocnieniu rad osiedli. Jednym z kluczowych postulatów było „utworzenie funduszu, który zapewniłby pieniądze na drobne inwestycje, na przykład punktowe remonty chodników". Padła konkretna deklaracja: „Wzmocnimy fundusz osiedlowy, sprawimy, że będzie on realizowany na bieżąco" oraz „przeznaczymy na jego realizację pół procenta budżetu każdego roku".

Pół procenta. Dokładnie tyle, ile zapisano w odrzuconej właśnie uchwale 299/25.

Kandydaci mówili wtedy także, że osiedla „mają być wysłuchane", że nie wystarczy informować rad osiedli „post factum", że należy zwiększyć ich wpływ na decyzje. Mówili o reformie jednostek pomocniczych, o parlamentarnym zespole, o systemowych zmianach. Mówili dużo i pięknie.

Półtora roku później, mając okazję spełnić obietnicę jednym podniesieniem ręki, większość Koalicji Obywatelskiej zagłosowała przeciw.

Siedem minut Sławomira Czerwińskiego

Najbardziej spektakularnym elementem sesji było siedmiominutowe wystąpienie radnego Sławomira Czerwińskiego, który w imieniu klubu uzasadniał negatywną opinię. Wystąpienie, które – ujmując rzecz najłagodniej – nie zawierało merytorycznego argumentu uzasadniającego odrzucenie pomysłu, lecz raczej rozbudowaną listę powodów, dla których tego pomysłu na razie zrealizować się nie da.

Czerwiński mówił o „silniku, który byłby w stanie ten program partycypacyjny obsłużyć", tłumaczył, że „brakuje po prostu kadr", przywoływał trudności lokalowe ZDiUM-u: „lokalizacja, jeżeli chodzi o siedzibę ZDiUM-u, wymaga zmiany". Ostrzegał przed „dublowaniem istniejących kompetencji" i „rozproszeniem zarządzania infrastrukturą". Zapewniał, że „trwają prace odnośnie kompleksowej reformy rad osiedli". I konkludował: „warto poczekać na zaprezentowanie koncepcji całościowej reformy".

Warto poczekać. Ulubione słowa polityka, który nie chce powiedzieć „nie", ale na pewno nie powie „tak".

Problem polega na tym, że ten sam radny rok wcześniej, na XV sesji Rady Miejskiej Wrocławia 20 marca 2025 roku, składał zupełnie inne deklaracje. „Deklaruję to, że będziemy co kwartał pytać się Departamentu Spraw Społecznych, jak wygląda przygotowanie i czy trwają prace nad niniejszą inicjatywą" – mówił wtedy. Mówił także, że dyskusja z osiedlami ma być „otwarta i oparta na dialogu i pełnej odpowiedzialności". Rok później pełna odpowiedzialność wyglądała tak, że nie powstała żadna rekomendacja, żadna poprawka, żadna alternatywna propozycja. Tylko siedem minut o tym, dlaczego się nie da.

Lista nazwisk

Warto je wymienić, bo demokracja lokalna polega także na pamięci. Przeciw uchwale, która miała zrealizować ich własne deklaracje, zagłosowali między innymi: Izabela Duchnowska, Sławomir Czerwiński, Robert Suligowski, Robert Leszczyński, Sebastian Lorenc.

Izabela Duchnowska rok wcześniej tłumaczyła odesłanie projektu do drugiego czytania jako akt dobrej woli: „odesłanie do drugiego czytania tej inicjatywy jest właśnie otwarciem do rozmowy. Jest czasem na dobre przygotowanie tej uchwały. (...) jest uratowaniem tej inicjatywy". Rok mijał, a drugie czytanie okazało się nie ratunkiem, lecz egzekucją.

Trzy komisje – Osiedli, Partycypacji, Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego; Budżetu, Finansów i Inwestycji; Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej – wydały opinie negatywne. Mechanizm został uruchomiony konsekwentnie.

Wystąpienie Piotra Uhle

Najmocniejszą reakcję na sesji wygłosił radny Piotr Uhle. Jego wystąpienie nie było długie, ale celne. Uhle nie mówił o paragrafach ani o ZDiUM-ie. Mówił o wartościach, o wiarygodności i o czymś, co w polityce lokalnej znaczy więcej niż pojedyncze głosowanie – o słowie.

„Przez ostatnich wiele lat, przez najważniejsze czynniki w tym mieście, przez najważniejsze organizacje społeczne w tym mieście i przede wszystkim przez największe organizacje polityczne w tym mieście obiecywane było zwiększenie kompetencji również w zakresie funduszu na inwestycje osiedlowe" – zaczął.

Następnie odniósł się wprost do siedmiu minut Czerwińskiego: „Moje głębokie rozczarowanie budzi fakt, że osoby, które wprost w cały proces powinny być zaangażowane przez siedem minut, miały do powiedzenia dokładnie nic. Właściwie tylko i wyłącznie nawijanie makaronu na uszy zamiast odniesienia się do rzeczywistości".

Sednem wystąpienia była jednak diagnoza dotycząca samej Rady jako instytucji. Uhle wskazał, że problemem nie jest pojedyncze odrzucenie projektu, lecz sposób, w jaki większość traktuje własne deklaracje: „Większość, która podejmuje decyzje z konkretną intencją, podejmuje decyzję o tym, że potrzebujemy trochę więcej czasu na analizy, na dyskusje i która potem nie dotrzymuje tego słowa, jest większością, która traci swoją wiarygodność. Jest większością, z którą nikt potem nie będzie chciał w ogóle rozmawiać, bo będzie wiedział, że spełnia swoje obietnice tylko wtedy, kiedy to się opłaca".

I apel końcowy: „Jeżeli nie byliśmy w stanie jako rada, szczególnie osoby, które miały prowadzić te sprawy, poświęcić czasu na to, żeby przygotować jakieś rekomendacje, zmiany, poprawki, opinie, cokolwiek, to pokażmy, że mamy ten cień odpowiedzialności".

Cień odpowiedzialności nie został pokazany.

Co dalej

Wrocławskie Forum Osiedlowe, które od miesięcy konsekwentnie monitorowało losy projektu, podsumowało sesję krótko: „Kiedy słowo nic nie znaczy". Aktywiści przypominali wcześniejsze deklaracje radnych, zapraszali na komisje, dokumentowali kolejne etapy. Wynik głosowania 9 do 17 jest dla nich nie tylko porażką jednej uchwały, lecz dowodem, że obietnice składane podczas kampanii i zapewnienia powtarzane na sesjach mają się do realnych decyzji tak, jak teoria do praktyki.

Reforma rad osiedli ma być – jak zapewniał Czerwiński – „kompleksowa" i „całościowa". Na razie jest przede wszystkim odległa. A osiedla, które miały otrzymać narzędzie do drobnych, codziennych napraw chodników i ławek, otrzymały coś innego: lekcję, ile w polityce lokalnej kosztuje uwierzenie politykom na słowo.


Konsekwencja zamiast hipokryzji. Trzecie podejście do sprawy diet osiedlowych

Konsekwencja zamiast hipokryzji. Trzecie podejście do sprawy diet osiedlowych

Problem z dietami dla radnych osiedlowych nie dotyczy pieniędzy, lecz uczciwości debaty, konsekwencji w działaniu i realnego wsparcia dla lokalnej demokracji. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku radny Piotr Uhle zwrócił uwagę na hipokryzję koalicji w sprawie regulacji wysokości diet radnych osiedlowych.

Po raz trzeci Rada Miejska Wrocławia procedowała projekt uchwały regulujący wysokość diet radnych osiedlowych. Sprawa wraca regularnie – nie dlatego, że jest źle przygotowana, lecz dlatego, że zmieniają się polityczne stanowiska części radnych. Jak zaznaczył Piotr Uhle podczas swojego wystąpienia, „po raz trzeci ta rada będzie pochylała się nad bardzo podobnym projektem uchwały regulującym wysokość diet”.

Pierwsza inicjatywa wyszła bezpośrednio ze środowiska osiedlowego. Następnie – w wyniku zobowiązania podjętego m.in. przez Piotra Uhle – projekt został zgłoszony przez klub radnych, w identycznej treści jak pierwotna propozycja osiedlowców. Dziś Rada mierzy się z nim po raz trzeci. W międzyczasie minęły lata, zmieniły się realia ekonomiczne, wzrosły koszty życia, ale – jak zauważył radny – zmienił się również „punkt siedzenia” niektórych osób uczestniczących w debacie.

Punkt siedzenia wpływa na punkt widzenia

W swoim wystąpieniu Piotr Uhle zwrócił uwagę na niespójność argumentów przeciwników projektu. Wszyscy deklaratywnie zgadzają się, że system wymaga zmian. Jednak część radnych uzależnia dziś swoje poparcie od spełnienia dodatkowych warunków, które wcześniej nie były podnoszone.

Jak ironicznie zauważył, „bardzo ubawiłem się słuchając o tym, że reforma musi być przeprowadzona całościowo. Chwilę po tym, kiedy kolanem próbowano nam wepchnąć częściową, cząstkową reformę dotyczącą granic osiedli”. Wówczas – jak przypomniał – nie przeszkadzało nikomu etapowe wprowadzanie zmian. Dziś ten sam argument ma służyć blokowaniu regulacji.

Zdaniem radnego część wypowiedzi ma charakter racjonalizowania własnej zmiany stanowiska, a momentami ociera się o hipokryzję. Spór nie dotyczy bowiem samej potrzeby korekty – ta jest powszechnie uznawana – lecz politycznej gotowości do jej przeprowadzenia.

Dieta to zwrot kosztów, nie wynagrodzenie

Jednym z kluczowych wątków wystąpienia było uporządkowanie pojęć. W debacie padło stwierdzenie, że dieta nie jest wynagrodzeniem za pracę – i z tym Piotr Uhle się zgodził. Jak podkreślił, „dieta to nie jest wynagrodzenie za pracę i to nie jest tak, że płacimy za jakąś pracę. My zwracamy po prostu za koszty, które ktoś albo poniósł, bądź nie uzyskał w związku z tym, że poświęcał swój prywatny czas na działalność o charakterze społecznym”.

Radni osiedlowi to osoby działające społecznie. Reprezentują mieszkańców, interweniują w sprawach lokalnych, współpracują z jednostkami miejskimi, organizują konsultacje i inicjatywy oddolne. Nie są etatowymi politykami. Diety mają charakter rekompensaty kosztów – utraconego czasu, poniesionych wydatków, zaangażowania, które w warunkach rosnących cen staje się coraz trudniejsze.

W ostatnich latach znacząco zmieniły się realia ekonomiczne. Inflacja i wzrost kosztów życia są faktami, które dotykają wszystkich mieszkańców, także radnych osiedlowych. Utrzymywanie stawek na niezmienionym poziomie oznacza w praktyce ich realne obniżenie.

Spektakularne „pivoty” w debacie

Piotr Uhle zwrócił również uwagę na wyraźną zmianę stanowiska części radnych. Jak powiedział podczas sesji, „setnie ubawiłem się patrząc na to, jak niektórzy wykonali taki spektakularny pivot dotyczący tego, co obiecywali swoim wyborcom”. Osoby, które wcześniej były rzecznikami wzmacniania roli osiedli, dziś występują jako zdecydowani krytycy proponowanych rozwiązań.

W ocenie radnego problemem nie jest sama różnica zdań – ta jest naturalnym elementem demokracji – lecz brak konsekwencji. Trudno bowiem przekonywać mieszkańców o potrzebie silnych, sprawczych osiedli, jednocześnie odmawiając im minimalnych narzędzi organizacyjnych i finansowych.

Fundusz osiedlowy jako pierwszy postulat

W swoim wystąpieniu Piotr Uhle przypomniał, że środowisko osiedlowe nie rozpoczęło swoich działań od postulatu zwiększenia diet. Pierwszym krokiem był wniosek o utworzenie funduszu osiedlowego – mechanizmu wzmacniającego realną sprawczość rad osiedli. Dopiero później pojawiła się kwestia dostosowania diet do aktualnych warunków.

Jak podkreślił, „wnioskodawca nie przyszedł tutaj z wnioskiem jako pierwszym: dajcie nam kasy. Jako pierwszym był wniosek o fundusz osiedlowy”. W jego ocenie świadczy to o systemowym podejściu do wzmacniania samorządności, a nie o doraźnym zabieganiu o środki finansowe.

Radny zaznaczył również, że w idealnym modelu każda zmiana powinna być szeroko konsultowana. Jednak standardy te muszą być stosowane konsekwentnie wobec wszystkich decyzji finansowych podejmowanych przez Radę.

30 milionów bez konsultacji

Podczas tej samej sesji Rada Miejska miała głosować przekazanie 30 milionów złotych na rzecz klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław. Decyzja ta – jak wskazał Piotr Uhle – została wprowadzona bez szerokich konsultacji społecznych.

„My zaraz będziemy głosowali 30 baniek na Śląsk Wrocław. Zrobione wrzutką, bez najmniejszej konsultacji” – mówił podczas obrad. W jego ocenie zestawienie tych dwóch spraw pokazuje wyraźną nierówność standardów debaty. Przy wielomilionowych decyzjach nie pojawiają się argumenty o konieczności całościowej reformy czy wieloetapowych analiz. Przy relatywnie niewielkiej korekcie diet – już tak.

Nie chodzi o przeciwstawianie sobie różnych obszarów wydatków, lecz o proporcje i spójność argumentacji.

Spór o diety to spór o jakość demokracji

Zdaniem Piotra Uhle dyskusja o dietach radnych osiedlowych nie jest sporem o pieniądze, lecz o jakość lokalnej demokracji. Jeżeli miasto chce budować silne, kompetentne rady osiedli, musi stworzyć im minimalne warunki funkcjonowania. W przeciwnym razie działalność społeczna stanie się dostępna wyłącznie dla tych, których na nią stać.

Radny podkreślił, że nie chodzi o tworzenie przywilejów, lecz o elementarną uczciwość wobec osób, które poświęcają swój prywatny czas na rzecz wspólnot lokalnych. Konsekwencja, przejrzystość i równe standardy w podejmowaniu decyzji to fundament zaufania do samorządu.

Trzecie podejście do tej samej uchwały pokazuje, że problem nie leży w treści projektu. Leży w gotowości do podjęcia odpowiedzialnej decyzji. W ocenie Piotra Uhle Wrocław potrzebuje dziś nie politycznych uników, lecz konsekwentnego wzmacniania swoich lokalnych wspólnot – bo to one są podstawą silnego samorządu.


Śląsk nad przepaścią? Prawda, której wciąż nie poznaliśmy

Radni pod presją czasu, miliony bez planu i pytania bez odpowiedzi. Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 22 stycznia 2026 roku jednym z najważniejszych tematów była sytuacja finansowa Śląska Wrocław. Klub – formalnie spółka komunalna – według przedstawionej narracji „stoi na skraju przepaści”, a jedyną alternatywą ma być natychmiastowe dokapitalizowanie kwotą 30 milionów złotych. Radny Piotr Uhle w swoim wystąpieniu zakwestionował jednak zarówno tryb procedowania uchwały, jak i brak rzetelnych informacji, które pozwoliłyby radnym podjąć odpowiedzialną decyzję. Jego wystąpienie było nie tylko krytyką konkretnej propozycji finansowej, lecz także diagnozą wieloletniego modelu zarządzania klubem.

„Doktryna szoku” zamiast rzetelnej debaty

Już na początku wystąpienia radny zwrócił uwagę na sposób wprowadzenia projektu uchwały do porządku obrad. – Ogłoszono nam, że Śląsk Wrocław, klub piłkarski stoi na skraju przepaści. Natomiast receptą, którą nam się tutaj proponuje, to energiczny krok naprzód – mówił. W jego ocenie sytuacja została przedstawiona w sposób skrajny: albo natychmiastowe przekazanie 30 milionów złotych, albo upadek klubu. Taki wybór – jak sugerował – może być fałszywą alternatywą. – Chodzi o postawienie nas wszystkich w sytuacji nagłej i pilnej potrzeby, w sytuacji kryzysowej, w sytuacji szoku – podkreślał.

Radny użył nawet określenia „doktryna szoku”, wskazując, że w takich warunkach łatwiej przeforsować decyzje, na które w spokojnej, merytorycznej debacie nie byłoby zgody. – Bo czy alternatywa, poprzeć trzydzieści milionów albo upadek już klubu jest prawdziwa? – pytał.

Pieniądze publiczne, ale ograniczony wgląd

W centrum argumentacji znalazła się kwestia przejrzystości finansowej. Śląsk Wrocław jest spółką komunalną, a więc – mimo że działa w obszarze profesjonalnego sportu – opiera się na publicznych środkach. – To nie jest tak, że te pieniądze, które przekazujemy z pieniędzy publicznych do spółki, której właścicielem jest podmiot publiczny, one nagle stają się prywatne. Powinniśmy mieć wgląd do tego, w jaki sposób te pieniądze są wydatkowane – podkreślał radny.

Z wystąpienia wyłania się obraz wieloletniego sporu o dostęp do dokumentów. Komisja rewizyjna – jak wskazywał – nie otrzymuje pełnych materiałów źródłowych. Wnioski radnych o udostępnienie dokumentów związanych z procesem prywatyzacji miały być przeciągane. – Czy spółka podejmuje grę na zwłokę w tym zakresie? – pytał retorycznie. Kluczowym problemem pozostaje brak opublikowanego audytu, który miał wyjaśnić realną sytuację finansową klubu. – Nie zostały opublikowane wyniki audytu, który był obiecywany. Nie dopuszczano nas do dokumentów. Dlaczego? – mówił.

170 milionów i „dzień świstaka”

W szerszym kontekście radny przypomniał, że w czasie rządów obecnych władz miasta do Śląska Wrocław trafiło około 170 milionów złotych. Mimo to klub ponownie znalazł się w kryzysie płynnościowym. – Mamy dzień świstaka. Po raz kolejny stałem przed decyzją, czy przekazać duże pieniądze – stwierdził. Przypomniał, że w sezonie zakończonym wicemistrzostwem łączne wsparcie miasta – wraz z pożyczkami – wyniosło 43 miliony złotych. Dziś mówimy o jeszcze większych kwotach. – Czy wiemy, na co te pieniądze zostaną przeznaczone? – pytał.

Prezentacja nowego prezesa – jak ocenił – miała charakter ogólny i nie odpowiadała na fundamentalne pytania o realny plan zwiększenia przychodów. – My nie wiemy, na czym polega ten plan naprawczy. My nie wiemy, na czym polega plan na zwiększenie przychodów – podkreślał.

Lekcja z Chorzowa

Radny odwołał się również do sytuacji w Chorzowie, gdzie finansowanie klubu przez miasto stało się przedmiotem postępowania prokuratorskiego. – Wiceprezydent musi chodzić na prokuraturę zeznawać, ponieważ pozostają postawione zarzuty dotyczące niegospodarności w związku z finansowaniem Ruchu Chorzów – mówił.

W jego ocenie kluczowym problemem w tamtej sprawie było podejmowanie decyzji bez pełnej wiedzy o sytuacji finansowej klubu. – Na czym polegała ta niegospodarność? Bo nie zapoznano się z realną sytuacją finansową klubu – podkreślał. To porównanie miało być ostrzeżeniem: radni, którzy głosują za przekazaniem kolejnych milionów, biorą na siebie osobistą odpowiedzialność.

Prywatyzacja – sprzedawać, gdy jest dobrze

Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia była metafora sprzedaży samochodu. Radny wskazał, że jeśli chce się uzyskać dobrą cenę, najpierw należy naprawić usterki i zadbać o przejrzystość. – Kiedy chcemy sprzedać samochód, to naprawiamy wszystkie usterki, polerujemy lakier, usuwamy wszystkie rysy i czyścimy brud z wnętrza – mówił. Tymczasem – jak sugerował – miasto próbowało sprzedawać klub dopiero wtedy, gdy sytuacja zaczęła się pogarszać. – Jak było dobrze, to było dobrze. Jak zaczęło się źle, no to wtedy sprzedajemy klub – podsumował.

W jego ocenie brak konsekwencji w procesie prywatyzacyjnym oraz niedostateczna transparentność odstraszają potencjalnych inwestorów.

Odpowiedzialność zamiast presji

Na zakończenie radny zaproponował inne podejście: najpierw dokładne określenie rzeczywistej luki płynnościowej, następnie czas na analizę dokumentów i dopiero potem decyzja o ewentualnym dokapitalizowaniu. – Chciałbym zaproponować, żebyśmy w tym momencie pochylili się jednak nad tym, ile realnie jest potrzebne pieniędzy, żeby utrzymać płynność. Z jakich przyczyn to wynika? – apelował.

Jego stanowisko było jednoznaczne. – W mojej opinii to, w jaki sposób to jest procedowane w tym momencie, nie gwarantuje nam tego, że mamy należytą wiedzę – podkreślił, ogłaszając negatywną opinię wobec projektu. Śląsk Wrocław jest dla wielu mieszkańców ważnym elementem tożsamości miasta. Jednak – jak wynika z wystąpienia – troska o klub nie może oznaczać rezygnacji z przejrzystości i odpowiedzialności. Bez pełnej wiedzy o finansach i realnego planu naprawczego każda kolejna decyzja o przekazaniu milionów złotych pozostanie decyzją podejmowaną w warunkach niepewności.


Co śmierdzi w śmieciowym przetargu za miliard?

Radny Piotr Uhle podczas październikowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia połączył pozornie techniczne przesunięcie budżetowe z jedną z najpoważniejszych finansowych porażek miasta ostatnich lat. W jego ocenie 400 tysięcy złotych na edukację dotyczącą segregacji odpadów to nie wydatek marginalny, lecz symbol wieloletnich zaniedbań, które mogą kosztować wrocławian nawet 100 milionów złotych.

Wystąpienie radnego było jednym z najbardziej emocjonalnych punktów sesji z 20 października 2025 roku. Formalnie chodziło o zmianę w budżecie miasta – przesunięcie 400 tysięcy złotych na działania edukacyjne związane z sortowaniem odpadów. W praktyce debata przerodziła się w szeroką diagnozę kryzysu w miejskiej polityce odpadowej.

400 tysięcy, które waży 100 milionów

Uhle rozpoczął od podkreślenia, że sprawa nie jest błaha, choć na pierwszy rzut oka może się tak wydawać. – Czterysta tysięcy złotych ma być przeznaczonych na edukację dotyczącą sortowania odpadów. Dlaczego to jest ważne? (…) Od tego, w jakiej jakości będzie przeprowadzona ta edukacja, zależą bardzo, bardzo duże pieniądze. Te „bardzo duże pieniądze” to – jak wyjaśnił – konsekwencja przegranych przez gminę Wrocław, reprezentowaną przez spółkę Ekosystem, spraw sądowych dotyczących systemu gospodarowania odpadami. Według radnego miasto do końca kadencji może stracić nawet 100 milionów złotych.

– Sto milionów złotych zostało przegrane, ponieważ nie będziemy w stanie spełnić norm segregacji odpadów. (…) Kary za te przekroczenia pokryje wrocławski podatnik. W jego ocenie nie chodzi wyłącznie o opłaty śmieciowe, lecz o realne obciążenie budżetu miasta, a więc wszystkich mieszkańców.

Kompromitacja, o której mówiła cała Polska

Radny odniósł się także do pytania, które – jak relacjonował – padło wcześniej ze strony prezesa spółki Ekosystem: skąd wiedział o skali problemu. Odpowiedź była jednoznaczna. – Ponieważ cała Polska o tym mówiła.

Jak dodał, sprawa była szeroko komentowana w całym kraju, a Wrocław stał się przykładem nieudolnie prowadzonego sporu. – Skala kompromitacji, którą Wrocław przeżył, była tak duża. Zdaniem Uhle sąd nie zakwestionował samej zasady odpowiedzialności za kary, lecz sposób, w jaki miasto przygotowało odwołania. – Sąd wypowiedział się w sprawie tego, jak żenująco źle przygotowane były wnioski Miasta Wrocławia. W jego ocenie to nie przepisy były problemem, lecz brak profesjonalizmu i właściwej strategii procesowej.

Stracone trzy lata

Wystąpienie miało również wymiar rozliczeniowy. Uhle przypomniał, że już około trzech lat temu rada procedowała projekt uchwały, który – jego zdaniem – mógł pomóc miastu osiągnąć wymagane poziomy recyklingu. – Niestety Rada odrzuciła ten program. (…) Nie wykorzystaliśmy tego czasu, aby po prostu do tego dojść.

Przypomniał, że wymogi dotyczące poziomu recyklingu były znane od 2020 roku i rosły z roku na rok – od 20 procent do 55 procent w 2025 roku. – Wrocław w ubiegłym roku już stracił możliwość osiągania tych progów segregacji odpadów i każdego roku od 2025 będzie nas to kosztowało przeciętnie trzydzieści milionów złotych, jeżeli chodzi o kary.

Ekosystem pod lupą

Centralnym punktem krytyki stała się miejska spółka odpowiedzialna za system gospodarowania odpadami – Ekosystem. Uhle wskazywał na zmiany zarządu w atmosferze skandalu oraz – jego zdaniem – brak realnych działań wzmacniających kompetencje miasta w obszarze przetwarzania odpadów. – Jedyne, co byliśmy w stanie zrobić, to powiększenie objętości naszej kompostowni o kilka procent. Radny wrócił także do kwestii przetargu na odbiór odpadów. Przypomniał wcześniejsze zapewnienia o konieczności szybkiego ogłoszenia postępowania, aby zapewnić jak największą konkurencyjność. Tymczasem – według niego – działania władz miasta prowadziły do opóźnień. – Efektem tego może być to, że konkurencyjność przetargu się zmniejszy. (…) Jeżeli przetarg jest mniej konkurencyjny, to czy cena będzie wyższa czy niższa?

Zarzuty o brak transparentności

W trakcie wystąpienia Uhle kilkukrotnie wchodził w spór proceduralny z przewodniczącą rady, która wzywała go do powrotu do meritum uchwały budżetowej. Radny przekonywał jednak, że jego argumenty pozostają w bezpośrednim związku z przesunięciem środków na edukację. – Czy Pani sobie życzy, żebym co trzydzieści sekund przypominał, że sprawa dotyczy przesunięcia budżetowego na edukację? (…) Ten związek jest bardzo ścisły.

Podniósł także wątek odmowy udostępnienia audytu dokumentacji przetargowej. – Ja wielokrotnie prosiłem o udostępnienie audytu dokumentacji przetargowej. Pan prezes odmawiał takiej informacji. W jego ocenie taki model działania podważa transparentność zarządzania publicznymi środkami.

Kto skorzystał na opóźnieniach?

Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia było pytanie o to, kto skorzystał na opóźnieniach przetargu. – Wszyscy musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, kto na tym opóźnieniu przetargu skorzystał? A skorzystały na tym firmy śmieciowe, które w tym momencie już Wrocław obsługują.

Radny zasugerował także istnienie potencjalnych konfliktów interesów, wskazując na powiązania sponsoringowe i personalne w otoczeniu władz miasta. Nie formułował jednoznacznych oskarżeń, lecz podkreślał, że sprawa wymaga wyjaśnienia i przejrzystości.

Wniosek do prokuratury

Kulminacją wystąpienia było wezwanie do podjęcia formalnych kroków prawnych. Uhle powołał się na przesłanki niegospodarności i zaapelował do przewodniczącej rady o złożenie zawiadomienia do prokuratury. – Bardzo serdecznie chciałbym prosić Panią Przewodniczącą Rady Miejskiej Wrocławia o to, aby w imieniu całej Rady zawiadomiła o możliwym popełnieniu przestępstwa w zakresie niegospodarności prokuraturę.

Na zakończenie jednoznacznie zadeklarował swoje stanowisko wobec projektu. – Opinia do projektu uchwały jest negatywna.

Edukacja jako ostatnia linia obrony

Choć wystąpienie miało ostry, momentami konfrontacyjny charakter, jego oś pozostawała niezmienna: 400 tysięcy złotych na edukację ekologiczną to dziś próba ratowania sytuacji, która – zdaniem radnego – wymknęła się spod kontroli. W jego ujęciu przesunięcie budżetowe nie jest techniczną korektą, lecz spóźnioną reakcją na wieloletnie zaniechania. Jeśli edukacja nie przyniesie realnej poprawy poziomów segregacji, miasto będzie zmuszone pokrywać kolejne kary z budżetu – kosztem szkół, dróg czy kultury. Debata o sortowaniu odpadów stała się więc debatą o standardach zarządzania miastem, odpowiedzialności politycznej i transparentności działań władz. A 400 tysięcy złotych zapisane w budżecie na 2025 rok – symbolem znacznie poważniejszego problemu.


Dwukadencyjność czy feudalizm? Wrocław zajął stanowisko

Czy ograniczenie liczby kadencji w samorządzie to zamach na demokrację, czy przeciwnie – jej wzmocnienie? Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 11 września 2025 roku radny Piotr Uhle przekonywał, że dwukadencyjność to nie ograniczenie wolności, lecz bezpiecznik chroniący wspólnotę przed koncentracją władzy. W jego wystąpieniu wybrzmiało ostrzeżenie przed personalizacją przywództwa i apelem o obronę obywatelskiego charakteru samorządów.

Debata dotyczyła stanowiska wobec projektu ustawy zmieniającej obowiązujące przepisy o dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Uhle nie krył zaskoczenia samą inicjatywą legislacyjną i od początku jasno określił swoją pozycję.

Wynik konsultacji jest zerojedynkowy

Radny przypomniał, że aktywnie zachęcał mieszkańców do udziału w konsultacjach społecznych. Jak podkreślił, rezultat był jednoznaczny.

– Byłem bardzo zaskoczony, kiedy zobaczyłem, że taki projekt ustawy został przygotowany. Uczestniczyłem i zachęcałem aktywnie mieszkańców do udziału w konsultacjach społecznych. Wynik tych konsultacji społecznych jest zerojedynkowy i bardzo wyraźny.

W jego ocenie obywatele nie chcą powrotu do modelu, w którym lokalna władza skupiona jest w rękach jednej osoby przez długie lata.

– Polki, Polacy nie chcą, żeby samorządy zmieniały się w stronę feudalizmu, tylko chcą, żeby zmieniały się w stronę obywatelskości.

To zestawienie – feudalizm kontra obywatelskość – stało się osią całego wystąpienia. Uhle przekonywał, że debata o kadencjach nie jest techniczną dyskusją o przepisach, lecz fundamentalnym sporem o model sprawowania władzy.

Dwukadencyjność to nie dożywotni zakaz

Jednym z głównych argumentów radnego było sprostowanie – jego zdaniem – błędnego przekonania, że obecne przepisy eliminują samorządowców z życia publicznego po dwóch kadencjach.

– To nie jest zakaz sprawowania funkcji z wyboru po dwóch kadencjach do śmierci. To jest zakaz sprawowania dłużej niż dwa razy z rzędu danej funkcji.

Podkreślił, że po pięcioletniej przerwie dana osoba może ponownie ubiegać się o stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. Wskazywał przy tym na opinie konstytucjonalistów, według których rozwiązanie to nie narusza istoty praw obywatelskich.

– Wszystkich dotyczy to w sposób równy, nikogo nie dyskryminuje, a niesie za sobą dużo pozytywnych skutków.

W jego ocenie ograniczenie liczby następujących po sobie kadencji jest minimalną ingerencją w wolność kandydowania, a zarazem istotnym zabezpieczeniem systemowym.

Duch Konstytucji i ryzyko koncentracji władzy

Radny odwołał się do Konstytucji RP i analogicznego ograniczenia w przypadku głowy państwa.

– Duch Konstytucji Rzeczypospolitej wskazuje na podobny zapis przy funkcji prezydenta Rzeczypospolitej.

Według Uhle takie rozwiązania nie są przypadkowe. Mają chronić wspólnotę przed nadmierną koncentracją władzy i związanymi z nią pokusami.

– Wszystkie narzędzia i instytucje kontrolowane przez jedną osobę niosą za sobą pokusę, aby władzę demokratyczną zawłaszczać w sposób budzący wątpliwości, nawet dążący do autorytaryzmu.

W swoim wystąpieniu radny wskazał, że w Europie istnieją przykłady państw, które zaczynały jako demokracje, lecz w wyniku osłabienia mechanizmów kontrolnych przekształcały się w systemy autorytarne.

– Raz utraconego demokratycznego systemu władzy można już potem po prostu nie odzyskać.

Kult jednostki i lokalne koterie

Uhle przeniósł następnie ciężar argumentacji na poziom samorządowy. Jego zdaniem w wielu gminach w Polsce można zaobserwować zjawiska personalizacji władzy i budowania lokalnych układów.

– Podobne procesy budowania swoistego kultu jednostki, otaczania się różnego rodzaju koteriami, środowiskami, grupami wpływu obserwujemy w bardzo licznych samorządach w Polsce.

Przypomniał, że w czerwcu w Zabrzu odbyła się konferencja „Odzyskajmy nasze miasta”, na której spotkały się ruchy obywatelskie z różnych części kraju – m.in. z Gdyni, Rzeszowa, Łodzi i Krakowa. W jego ocenie problemy, o których tam mówiono, mają charakter uniwersalny.

– Te procesy nie są wyjątkowe w poszczególnych gminach. Różnią się konkretnym nazwiskiem, ale ich wspólny mianownik jest ten sam.

System instytucjonalny czy przywództwo personalne?

Centralnym pytaniem wystąpienia stało się to, jak powinno wyglądać przywództwo w samorządzie.

– Albo mamy silny system obywatelski, który funkcjonuje wtedy, kiedy mamy dobre instytucje i jesteśmy gotowi prowadzić dialog, albo opieramy się o przywództwo bardziej personalne.

Zdaniem Uhle uzależnianie jakości funkcjonowania gminy od jednej popularnej osoby jest dowodem słabości instytucji.

– Jeżeli od obecności jednego przywódcy zależy to, czy gmina będzie funkcjonowała lepiej albo gorzej, to znaczy, że nie zdaliśmy egzaminu jako klasa polityczna i jako klasa samorządowa.

W jego ocenie to nie jednostki powinny być fundamentem stabilności samorządu, lecz sprawne procedury, transparentność i zdolność do dialogu.

Odpowiedzialność za przygotowanie następcy

Radny sformułował także tezę o odpowiedzialności wieloletnich włodarzy za budowanie zaplecza i przygotowanie następców.

– Każdy wójt, burmistrz, prezydent miasta nie zdaje egzaminu na przywództwo polityczne, jeżeli w ciągu dziesięciu lat nie przygotuje potencjalnego następcy.

Według niego brak takiego przygotowania świadczy o koncentracji władzy i braku myślenia o ciągłości instytucjonalnej.

W tym kontekście dwukadencyjność jawi się jako mechanizm wymuszający naturalną rotację i rozwój nowych liderów, a nie jako kara dla dotychczasowych włodarzy.

Apel do parlamentarzystów

Na zakończenie Uhle zwrócił się do parlamentarzystów, którzy wkrótce mieli procedować projekt ustawy w Sejmie.

– Liczę na to, że nasi posłowie dolnośląscy i wrocławscy zagłosują za obywatelskimi samorządami, a nie za powrotem do czasów czy w kierunku feudalnym.

Wyraził przekonanie, że stanowiska podejmowane przez Radę Miejską Wrocławia są czytane i analizowane na szczeblu krajowym.

– Bardzo wierzę, że nasi parlamentarzyści uważnie czytają to, co wydaje w świat Rada Miejska Wrocławia.

Spór o model samorządu

Wystąpienie Piotra Uhle nie było jedynie głosem w bieżącej debacie legislacyjnej. Stało się szerszym komentarzem do kondycji polskiego samorządu i napięcia między stabilnością przywództwa a potrzebą rotacji.

W jego narracji dwukadencyjność to element systemu zabezpieczeń, który ma chronić wspólnotę przed nadmiernym skupieniem władzy i utratą obywatelskiego charakteru lokalnej polityki. Przeciwnicy widzą w niej ograniczenie wyboru i osłabienie skutecznych liderów.

Spór o liczbę kadencji okazał się więc sporem o to, czy samorząd ma być przede wszystkim przestrzenią silnych instytucji i dialogu, czy też opierać się na długotrwałym, personalnym przywództwie. W tej debacie radny Uhle jednoznacznie opowiedział się po stronie pierwszego rozwiązania, ostrzegając, że od jakości tych decyzji zależy przyszłość lokalnej demokracji.


Dlaczego Jacek Sutryk nie zasługuje na nasze zaufanie

Alienacja władzy, targowisko interesów i ostrzeżenie na przyszłość

Podczas sesji absolutoryjnej Rady Miejskiej Wrocławia 22 maja 2025 r. radny Piotr Uhle przedstawił obszerne i krytyczne stanowisko wobec raportu o stanie gminy oraz wniosku o udzielenie prezydentowi wotum zaufania. Jego ocena była jednoznaczna – negatywna. Wystąpienie nie dotyczyło wyłącznie jednego dokumentu. Było diagnozą kierunku, w jakim – zdaniem radnego – zmierza Wrocław jako wspólnota samorządowa.

Już na początku swojego wystąpienia Uhle przywołał słowa Bertolta Brechta: „Czy nie byłoby wszak prościej, gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał inny?” Cytat ten – jak podkreślił – miał szczególne znaczenie w kontekście relacji władzy z mieszkańcami.

Szacunek wobec mieszkańców jako test demokracji

Radny odniósł się do sytuacji, która miała miejsce na sali obrad jeszcze przed rozpoczęciem właściwej debaty. Wspomniał o słowach jednego z dyrektorów magistratu, który miał nazwać mieszkańców „bandą pajacych”. Uhle zaapelował publicznie o odwagę i odpowiedzialność. – Mam nadzieję, że będzie pan miał odwagę wyjść tutaj i powiedzieć to samo do kamery i do protokołu albo przeprosić tych wszystkich ludzi, którzy przyszli tutaj wypowiedzieć się w ważnych sprawach .

W jego ocenie stosunek do mieszkańców jest papierkiem lakmusowym jakości lokalnej demokracji.

Co nie znalazło się w raporcie

Odnosząc się do samego raportu o stanie gminy, Uhle zwrócił uwagę, że równie istotne jak to, co zostało w nim opisane, jest to, czego w nim brakuje. – To zwykle jest esencja, nie to, co urząd chce w oficjalnych komunikatach powiedzieć, tylko to, czego unika .

Zdaniem radnego w ostatnich latach Wrocław coraz częściej funkcjonuje jako „targowisko interesów”. Miasto – w jego ocenie – staje się narzędziem realizacji ambicji politycznych i elementem ogólnopolskich układanek partyjnych. – Wrocław staje się targowiskiem interesów, który doprowadza do tego, żeby konserwować swoją władzę .

„Partia dyrektorów, prezesów i rzeczników”

Jednym z najmocniejszych wątków wystąpienia była krytyka rosnącej roli administracyjno-politycznego zaplecza magistratu. Uhle mówił o zjawisku, które określił jako „partię dyrektorów, prezesów i rzeczników”. – Partia dyrektorów razem z partią prezesów i partią rzeczników dominuje nasze życie, zamienia się tak naprawdę w partię polityczną jako instytucja publiczna i doprowadza do pogłębiających się patologii .

W jego ocenie w tak skonstruowanym systemie premiowana jest lojalność wobec układu władzy, a nie kompetencje. Miał to być jeden z powodów pogłębiającej się alienacji władzy od mieszkańców.

Transparentność i dostęp do informacji

Radny zwrócił uwagę na problemy z dostępem do dokumentów w ramach działań kontrolnych Rady Miejskiej. – Problem z transparentnością jest tutaj poważny – mówił, wskazując na utrudnienia w pracach komisji rewizyjnej czy w dostępie do dokumentów dotyczących spółek miejskich.

W jego ocenie brak przejrzystości prowadzi do erozji zaufania i osłabienia mechanizmów kontroli.

Bierność kosztuje

W dalszej części wystąpienia Uhle odniósł się do konkretnych obszarów polityki miejskiej. Wskazywał m.in. na kwestie inwestycyjne, politykę śmieciową oraz opóźnienia przetargowe, które – jak argumentował – generują realne koszty dla mieszkańców.

Bierność po prostu kosztuje – podsumował, odnosząc się do dodatkowych wydatków związanych z koniecznością zawierania umów z wolnej ręki w gospodarce odpadami.

Zwrócił także uwagę, że wzrost wynagrodzeń we Wrocławiu jest wolniejszy niż średnio w Polsce, co może świadczyć o słabnącej pozycji miasta w przyciąganiu inwestycji o wysokiej wartości dodanej.

Jakość demokracji to ochrona mniejszości

W końcowej części wystąpienia radny podjął temat jakości lokalnej demokracji. – Jakość demokracji nie jest mierzona tym, co może zrobić większość z mniejszością, tylko jak bronione są prawa mniejszości przed dyktaturą większości – podkreślił.

Krytykował m.in. sposób reprezentacji klubów radnych w tworzonych gremiach oraz utrzymywanie finansowanego z publicznych środków biuletynu informacyjnego.

Negatywna ocena i ostrzeżenie

Na zakończenie Piotr Uhle jednoznacznie zapowiedział głosowanie przeciwko wotum zaufania. – Moja opinia do raportu o stanie gminy jest negatywna i będę głosował przeciwko wotum zaufania .

W jego ocenie procesy zachodzące we Wrocławiu będą miały konsekwencje wykraczające poza jedną kadencję. – Z kadencji na kadencję Wrocław jako instytucja samorządowa traci na jakości, traci na wartości i przez to tracimy my wszyscy .

Wystąpienie było ostrzeżeniem: obecne decyzje i standardy zarządzania miastem mogą przynieść skutki odczuwalne dopiero za kilka lat. I właśnie dlatego – jak argumentował radny – nie mógł udzielić wotum zaufania

fot. https://www.flickr.com/photos/lulek/


Privacy Preference Center