ObietniceKO bez pokrycia. Osiedla zostały same

Obietnice KO bez pokrycia. Osiedla zostały same

Rada Miejska Wrocławia odrzuciła w drugim czytaniu projekt uchwały wprowadzającej Fundusz Infrastruktury Osiedlowej. Za przyjęciem zagłosowało dziewięcioro radnych, przeciw – siedemnaścioro. Wśród głosujących „przeciw" znaleźli się ci, którzy jeszcze rok temu deklarowali poparcie dla idei wzmocnienia osiedli, a Koalicja Obywatelska – mimo wyborczych obietnic z 2024 roku – pogrzebała własny postulat.

Druk numer 299/25 był prosty. Trzy paragrafy, pół strony tekstu, jedno zdanie istotne: corocznie, począwszy od 2026 roku, Prezydent Wrocławia ma zapewnić osiedlom środki w wysokości nie mniejszej niż 0,5% wydatków budżetu miasta na doraźne, bieżące naprawy podstawowych elementów infrastruktury – chodników, lokalnych dróg, placów zabaw, ławek. Rzecz, o której wrocławscy aktywiści osiedlowi mówią od lat. Rzecz, którą Koalicja Obywatelska wpisała w swoją kampanię wyborczą w 2024 roku.

Stało się inaczej. 23 kwietnia 2026 roku, podczas głosowania numer 12, projekt uchwały został odrzucony stosunkiem głosów 9 do 17, przy 6 wstrzymujących się i 5 obecnych niegłosujących.

Co obiecywała Koalicja Obywatelska

Warto cofnąć się do kampanii samorządowej 2024. Kandydaci Koalicji Obywatelskiej zorganizowali wówczas konferencję prasową poświęconą wzmocnieniu rad osiedli. Jednym z kluczowych postulatów było „utworzenie funduszu, który zapewniłby pieniądze na drobne inwestycje, na przykład punktowe remonty chodników". Padła konkretna deklaracja: „Wzmocnimy fundusz osiedlowy, sprawimy, że będzie on realizowany na bieżąco" oraz „przeznaczymy na jego realizację pół procenta budżetu każdego roku".

Pół procenta. Dokładnie tyle, ile zapisano w odrzuconej właśnie uchwale 299/25.

Kandydaci mówili wtedy także, że osiedla „mają być wysłuchane", że nie wystarczy informować rad osiedli „post factum", że należy zwiększyć ich wpływ na decyzje. Mówili o reformie jednostek pomocniczych, o parlamentarnym zespole, o systemowych zmianach. Mówili dużo i pięknie.

Półtora roku później, mając okazję spełnić obietnicę jednym podniesieniem ręki, większość Koalicji Obywatelskiej zagłosowała przeciw.

Siedem minut Sławomira Czerwińskiego

Najbardziej spektakularnym elementem sesji było siedmiominutowe wystąpienie radnego Sławomira Czerwińskiego, który w imieniu klubu uzasadniał negatywną opinię. Wystąpienie, które – ujmując rzecz najłagodniej – nie zawierało merytorycznego argumentu uzasadniającego odrzucenie pomysłu, lecz raczej rozbudowaną listę powodów, dla których tego pomysłu na razie zrealizować się nie da.

Czerwiński mówił o „silniku, który byłby w stanie ten program partycypacyjny obsłużyć", tłumaczył, że „brakuje po prostu kadr", przywoływał trudności lokalowe ZDiUM-u: „lokalizacja, jeżeli chodzi o siedzibę ZDiUM-u, wymaga zmiany". Ostrzegał przed „dublowaniem istniejących kompetencji" i „rozproszeniem zarządzania infrastrukturą". Zapewniał, że „trwają prace odnośnie kompleksowej reformy rad osiedli". I konkludował: „warto poczekać na zaprezentowanie koncepcji całościowej reformy".

Warto poczekać. Ulubione słowa polityka, który nie chce powiedzieć „nie", ale na pewno nie powie „tak".

Problem polega na tym, że ten sam radny rok wcześniej, na XV sesji Rady Miejskiej Wrocławia 20 marca 2025 roku, składał zupełnie inne deklaracje. „Deklaruję to, że będziemy co kwartał pytać się Departamentu Spraw Społecznych, jak wygląda przygotowanie i czy trwają prace nad niniejszą inicjatywą" – mówił wtedy. Mówił także, że dyskusja z osiedlami ma być „otwarta i oparta na dialogu i pełnej odpowiedzialności". Rok później pełna odpowiedzialność wyglądała tak, że nie powstała żadna rekomendacja, żadna poprawka, żadna alternatywna propozycja. Tylko siedem minut o tym, dlaczego się nie da.

Lista nazwisk

Warto je wymienić, bo demokracja lokalna polega także na pamięci. Przeciw uchwale, która miała zrealizować ich własne deklaracje, zagłosowali między innymi: Izabela Duchnowska, Sławomir Czerwiński, Robert Suligowski, Robert Leszczyński, Sebastian Lorenc.

Izabela Duchnowska rok wcześniej tłumaczyła odesłanie projektu do drugiego czytania jako akt dobrej woli: „odesłanie do drugiego czytania tej inicjatywy jest właśnie otwarciem do rozmowy. Jest czasem na dobre przygotowanie tej uchwały. (...) jest uratowaniem tej inicjatywy". Rok mijał, a drugie czytanie okazało się nie ratunkiem, lecz egzekucją.

Trzy komisje – Osiedli, Partycypacji, Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego; Budżetu, Finansów i Inwestycji; Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej – wydały opinie negatywne. Mechanizm został uruchomiony konsekwentnie.

Wystąpienie Piotra Uhle

Najmocniejszą reakcję na sesji wygłosił radny Piotr Uhle. Jego wystąpienie nie było długie, ale celne. Uhle nie mówił o paragrafach ani o ZDiUM-ie. Mówił o wartościach, o wiarygodności i o czymś, co w polityce lokalnej znaczy więcej niż pojedyncze głosowanie – o słowie.

„Przez ostatnich wiele lat, przez najważniejsze czynniki w tym mieście, przez najważniejsze organizacje społeczne w tym mieście i przede wszystkim przez największe organizacje polityczne w tym mieście obiecywane było zwiększenie kompetencji również w zakresie funduszu na inwestycje osiedlowe" – zaczął.

Następnie odniósł się wprost do siedmiu minut Czerwińskiego: „Moje głębokie rozczarowanie budzi fakt, że osoby, które wprost w cały proces powinny być zaangażowane przez siedem minut, miały do powiedzenia dokładnie nic. Właściwie tylko i wyłącznie nawijanie makaronu na uszy zamiast odniesienia się do rzeczywistości".

Sednem wystąpienia była jednak diagnoza dotycząca samej Rady jako instytucji. Uhle wskazał, że problemem nie jest pojedyncze odrzucenie projektu, lecz sposób, w jaki większość traktuje własne deklaracje: „Większość, która podejmuje decyzje z konkretną intencją, podejmuje decyzję o tym, że potrzebujemy trochę więcej czasu na analizy, na dyskusje i która potem nie dotrzymuje tego słowa, jest większością, która traci swoją wiarygodność. Jest większością, z którą nikt potem nie będzie chciał w ogóle rozmawiać, bo będzie wiedział, że spełnia swoje obietnice tylko wtedy, kiedy to się opłaca".

I apel końcowy: „Jeżeli nie byliśmy w stanie jako rada, szczególnie osoby, które miały prowadzić te sprawy, poświęcić czasu na to, żeby przygotować jakieś rekomendacje, zmiany, poprawki, opinie, cokolwiek, to pokażmy, że mamy ten cień odpowiedzialności".

Cień odpowiedzialności nie został pokazany.

Co dalej

Wrocławskie Forum Osiedlowe, które od miesięcy konsekwentnie monitorowało losy projektu, podsumowało sesję krótko: „Kiedy słowo nic nie znaczy". Aktywiści przypominali wcześniejsze deklaracje radnych, zapraszali na komisje, dokumentowali kolejne etapy. Wynik głosowania 9 do 17 jest dla nich nie tylko porażką jednej uchwały, lecz dowodem, że obietnice składane podczas kampanii i zapewnienia powtarzane na sesjach mają się do realnych decyzji tak, jak teoria do praktyki.

Reforma rad osiedli ma być – jak zapewniał Czerwiński – „kompleksowa" i „całościowa". Na razie jest przede wszystkim odległa. A osiedla, które miały otrzymać narzędzie do drobnych, codziennych napraw chodników i ławek, otrzymały coś innego: lekcję, ile w polityce lokalnej kosztuje uwierzenie politykom na słowo.


Referendum to nie „porażka”, lecz bezpiecznik demokracji.

Dolny Śląsk stał się w ostatnich latach areną licznych prób referendalnych. Choć samorządowcy często nazywają je „porażką demokracji”, radny Piotr Uhle przekonuje, że to jedyne skuteczne narzędzie w rękach mieszkańców, gdy zawodzi uczciwość i transparentność władzy. Czy obecne przepisy faktycznie chronią obywateli, czy jedynie betonują układy?

Porażka czy ratunek dla wspólnoty?

W debacie publicznej często ścierają się dwie wizje lokalnego referendum. Z jednej strony słyszymy głosy, że to dowód na błąd wyborczy sprzed lat i niepotrzebny koszt. Z tą tezą stanowczo nie zgadza się Piotr Uhle, wrocławski radny i jeden z inicjatorów prób odwołania prezydenta Jacka Sutryka. Według niego o porażce demokracji nie świadczy samo głosowanie, ale przyczyny, które do niego doprowadziły.

„O porażce demokracji można mówić głównie wtedy, gdy mieszkańcy czują się oszukani lub wprowadzeni w błąd przez samorządowców”. Uhle podkreśla, że referendum nie jest atakiem na stabilność urzędu, ale reakcją na konkretne zaniedbania i nadużycia, które podważają zaufanie do instytucji publicznych.

Wrocławski przykład: Od Collegium Humanum po „epidemię kolesi”

Jako „spiritus movens” wrocławskich inicjatyw referendalnych, Piotr Uhle przywołuje konkretne sytuacje, które stały się zapalnikiem dla mieszkańców stolicy Dolnego Śląska. Wśród nich wymienia m.in. zarzuty prokuratorskie wobec prezydenta Sutryka związane z aferą Collegium Humanum oraz podejrzenia o antydatowanie umów.

Problem nie dotyczy jednak tylko Wrocławia. Uhle wskazuje na podobne mechanizmy w innych metropoliach, np. w Krakowie, gdzie mówi o „epidemii kolesi” – obsadzaniu lukratywnych stanowisk znajomymi prezydenta mimo wcześniejszych obietnic zaciskania pasa. W takim kontekście referendum staje się jedynym sposobem na wymuszenie odpowiedzialności. „Referendum motywuje władze do lepszego działania” – dodaje radny.

Systemowe kłody pod nogami

Dlaczego mimo zebrania dziesiątek tysięcy podpisów, referenda w dużych miastach tak rzadko dochodzą do skutku? Piotr Uhle zwraca uwagę na systemowe bariery, które zniechęcają mieszkańców do aktywności. Problemem jest nie tylko wysoki próg frekwencyjny, ale też uzależnienie lokalnych mediów i organizacji od gminnych pieniędzy.

„Media lokalne często są największymi beneficjentami środków samorządowych, co utrudnia krytyczne relacjonowanie”. Radny wspomina również o atmosferze strachu: mieszkańcy i społecznicy obawiają się angażować w zbieranie podpisów, drżąc o swoje umowy z gminą czy najem lokali użytkowych.

Czas na reformę: Cyfrowe podpisy i dni referendalne

Aby idea bezpośredniej kontroli władzy nie stała się martwym zapisem, konieczne są zmiany. Piotr Uhle proponuje nowoczesne rozwiązania, które ułatwiłyby obywatelom wyrażanie opinii. Jednym z kluczowych postulatów jest wprowadzenie możliwości zbierania podpisów drogą elektroniczną.

Inną propozycją jest ustanowienie obligatoryjnych dni referendalnych, podczas których mieszkańcy raz do roku mogliby decydować o najważniejszych sprawach dla swojej społeczności. Takie zmiany mogłyby sprawić, że referendum przestanie być postrzegane jako polityczna wojna, a stanie się naturalnym elementem dialogu między władzą a obywatelem.


Privacy Preference Center