Czy Europa kiedykolwiek uzyska militarną niezależność? Analiza po czterech latach wojny

Dyskusja ponad partyjnym sporem

Bezpieczeństwo państwa to temat, który w dzisiejszej Polsce budzi ogromne emocje i intensywną debatę publiczną. W czwartą rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę warto wrócić do kwestii naszego bezpieczeństwa. Ostatnia dyskusja po moim ostatnim tekście o relacjach transatlantyckich pokazała, jak łatwo rozmowa o strategicznych interesach może zostać sprowadzona do bieżącej wojny politycznej. Tymczasem kluczowe pytanie dotyczy nie o tego, kto ma rację w krajowym sporze, lecz jakie są realne zdolności po obu stronach oceanu i jakie wnioski powinniśmy z nich wyciągnąć.

Dziś, cztery lata po wybuchu realnej, pełnoskalowej wojny na Ukrainie warto więc na chwilę odsunąć emocje i przyjrzeć się faktom. Bezpieczeństwo nie jest deklaracją ani politycznym sloganem. Jest zdolnością do działania w określonym czasie, przy określonych zasobach, w warunkach presji i niepewności.

Przepaść transatlantycka

Różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą nie sprowadza się do samej wysokości budżetu obronnego, choć ten mówi wiele. Według corocznych raportów NATO Stany Zjednoczone odpowiadają za około 70 procent łącznych wydatków obronnych Sojuszu. Dane SIPRI pokazują, że amerykański budżet wojskowy przekracza 880 miliardów dolarów rocznie, podczas gdy wszystkie państwa Unii Europejskiej razem wydają około 300–350 miliardów dolarów.

Jednak jeszcze większa przepaść kryje się w strukturze tych wydatków. USA dysponują globalnym systemem projekcji siły, tysiącami samolotów bojowych, w tym setkami maszyn piątej generacji, oraz gęstą siecią satelitów wojskowych i systemów ISR umożliwiających prowadzenie operacji w czasie rzeczywistym na całym świecie. Do tego dochodzi flota tankowców powietrznych i strategiczny transport, bez których współczesne operacje lotnicze nie są w stanie utrzymać tempa. Pamiętajmy, że to są zdolności, które w czasie pokoju stawiają Amerykanów o kilka długości przed resztą świata. A USA pokazało, że gdy gospodarka przestawiona zostanie w tryb wojenny - staje się maszyną nie do zatrzymania.

Europa z kolei nadal jest ogromnym rynkiem zbytu i nadal posiada znaczący wolumen produkcji. Jednak systematycznie traci tę pozycję pod naporem gospodarki chińskiej i amerykańskiej. Europa nadal żyje przeszłością i przegrywa konkurencję na innowacyjność gospodarki. Europejskie zdolności wojskowe są rozproszone, przemysł zbrojeniowy fragmentaryczny, a decyzje o użyciu siły pozostają w gestii państw narodowych. Europejska Agencja Obrony wskazuje, że zaledwie około 20 procent zamówień obronnych realizowanych jest wspólnie. Reszta to projekty narodowe, często dublujące te same zdolności, a po wyprodukowaniu serii produktów – zamierające. Europa ma kilkanaście typów czołgów i bojowych wozów piechoty, podczas gdy USA opierają się na jednej głównej platformie w każdej z kategorii pojazdów, jednostek latających czy pływających. To różnica między systemem a zbiorem systemów. Nie wynika to ze złej woli tylko z różnic interesów i poziomu ryzyka ponoszonego przez poszczególne kraje UE. Ma to szereg konsekwencji strategicznych, o których więcej napiszę poniżej.

Raport Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych „Defending Europe Without the United States” z 2025 roku szacuje, że pełne uzupełnienie luki po USA mogłoby kosztować od 800 miliardów do 1 biliona dolarów w perspektywie dwóch dekad. To kwota większa niż Europejski Plan Odbudowy (NextGenerationEU) i tylko nieco mniejsza niż cały siedmioletni budżet UE w ramach wieloletnich ram finansowych, który przekracza 1,2 biliona euro.

Rozłożone na 20 lat oznaczałoby dodatkowy wysiłek rzędu 40–60 miliardów dolarów rocznie. W skali całej Unii to około 0,3 procent PKB rocznie. Ekonomicznie – wykonalne. Politycznie – znacznie trudniejsze. Zwłaszcza że pytanie nie brzmi wyłącznie „czy możemy zapłacić”, lecz „czy mamy czas”. Coraz częściej analitycy wskazują, że na przygotowania mamy lata, nie dekady. Jeżeli chcielibyśmy wprowadzić te zmiany na czas powinniśmy mówić co najmniej o podwojeniu europejskich nakładów na zbrojenia. Czy Stary Kontynent jest gotowy na takie wyrzeczenia?

Amerykańska strategia: mniej Europy, więcej elastyczności

Amerykańskie dokumenty strategiczne jasno wskazują na konieczność większej elastyczności sił i koncentracji na Indo-Pacyfiku. To logiczne, bo Europa przestała być pępkiem świata i gdzie indziej rozstrzygnie się konfrontacja, która zdecyduje o przyszłości świata. Zarówno administracja Donalda Trumpa, jak i Joe Bidena podkreślały potrzebę większego udziału europejskich sojuszników w finansowaniu i organizowaniu własnej obrony. Nie oznacza to jednak, że Stany Zjednoczone zamierzają wycofać się z Europy. Po 2014 roku, a szczególnie po 2022 roku, obecność wojskowa USA na wschodniej flance NATO wzrosła. Pisałem o tym w maju ubiegłego roku - USA i Europa są skazane na siebie jak bracia syjamscy. Europa bez USA jest skazana na marginalizację, USA bez Europy straci szansę na odzyskanie hegemonicznej pozycji na świecie.

Waszyngton nie chce porzucić Europy, wynika to wprost z wystąpienia podsekretarza obrony USA Elbridge’a Colby’ego dwa tygodnie temu w Brukseli. USA Chce w kontrolowany sposób uwolnić znaczną część swoich sił i rezerw konwencjonalnych, by móc skutecznie reagować globalnie. Sposób kontrolowany nie oznacza ewakuacji jak z Sajgonu czy Kabulu. To systematyczne przekazywanie odpowiedzialności, które zaczęło się dużo przed rządami obecnej administracji.

Należy dodać do tej zasady jeden wyjątek, wynikający ze strategii bezpieczeństwa USA, opublikowanej w grudniu. Modelowy sojusznik, jakim jawi się w tym dokumencie Polska może liczyć na zupełnie inną rolę. Jaką? Otóż w Polsce nie są likwidowane a powstają nowe amerykańskie bazy, magazyny sprzętu i lokalizowana jest nowoczesna technika obronna. To nie są inwestycje, które zostawia się z dnia na dzień. To budowanie zdolności na dekady.

Jednak strategia budowy NATO 3.0, w którym USA przekazują główny ciężar obrony konwencjonalnej po tej stronie oceanu na sojuszników jest logiczna z punktu widzenia państwa o globalnych zobowiązaniach. Jesteśmy tu gdzie jesteśmy głównie przez błędy popełnione przez cały Zachód, który dał uwieść się wizją globalnej gospodarki. Dla Europy oznacza to jednak konieczność odpowiedzi na pytanie, czy jest gotowa wziąć na siebie większą część odpowiedzialności

Czy Europa „dowozi”? Uczmy się z najnowszej historii

Autonomia to nie tylko zdolność do sfinansowania obrony i karmienia konfliktu paliwem, amunicją, rekrutem i nowym sprzętem zastępującym zużyty. To również zdolność do podejmowania decyzji w jednostce czasu.

W 2023 roku Unia Europejska ogłosiła plan dostarczenia jednego miliona pocisków kalibru 155 mm w ciągu roku. Tempo zużycia na froncie sięgało dziesiątek tysięcy sztuk tygodniowo. Tymczasem analizy branżowe, cytowane m.in. przez Reuters i Business Insider, wskazywały, że rzeczywiste moce produkcyjne były znacznie niższe od deklaracji politycznych. Polityczne prężenie muskułów i groźne miny strojone do obiektywów aparatów i kamer było na miejscu i na czas. Pieniądze się znalazły, przynajmniej na papierze. Europa była jak Polska w 1939 roku – silna, zwarta i gotowa. Rzeczywistość sprawdziła te deklaracje w najbrutalniejszy sposób. Przemysł nie nadążył. Ukraińcy zapłacili za to krwią.

Inny przykład? Polska miała w marcu 2022 sondować Niemcy w sprawie możliwości szybkiego dostarczenia kilkuset Leopardów 2, które służą już w naszym wojsku. Chcieliśmy przekazać duże ilości czołgów z rodziny T72 na Ukrainę i uzupełnić braki niemieckim sprzętem, do którego mieliśmy zbudowany system logistyki – napraw, produkcji części zamiennych i szkoleń. Niemcy zastanawiali się do lipca i poinformowali nas, że są w stanie dostarczyć… 20 czołgów. Wyciągnijmy wnioski, bo w następnym konflikcie popłynie inna krew niż ukraińska. I oby do niego nie doszło. Poniżej wypowiedź Rodericha Kiesewettera, deputowanego w Bundestagu z ramienia CDU/CSU.

Przespaliśmy rentę pokoju. Jakie są tego konsekwencje?

Rosja, mimo wojny na Ukrainie, na nowo wypełnia etaty i zasoby sprzętowe w bazach wzdłuż granicy z Finlandią, a jej gospodarka raz przestawiona na  tryb wojenny może nakarmić również kolejne konflikty.

Oczywiście, raz po raz słyszymy hurraoptymistyczne zapowiedzi o jej rychłym upadku, jednak staje się ona dziś funkcją woli Chin. Gdy okazało się, że Indie przestają zamawiać rosyjską ropę – niemalże natychmiast bardzo podobne zamówienie zostało skierowane ze strony państwa środka. Kontynentalni partnerzy są pod pewnymi względami jak puzzle, które idealnie uzupełniają swoje silne i słabe strony.

Dlatego nie wolno nam zaspać. Możliwość korzystania z renty pokoju skończyła się w okolicach 2008 roku, gdy Rosja dokonała agresji na Gruzję i podważyła jej NATOwskie ambicje. Woleliśmy tego nie widzieć – zamiast tego ograniczaliśmy siły zbrojne, prywatyzowaliśmy lub likwidowaliśmy zbrojeniówkę, traciliśmy zdolności produkcyjne. Po upadłości PZL Wola (2002 rok) straciliśmy zdolność do produkcji silników do pojazdów pancernych. Dziś na ich terenie mamy osiedla mieszkaniowe. Nie byliśmy wyjątkiem. Przykładowo Wielka Brytania i Francja całkiem straciły w tym czasie zdolność do produkowania nowych czołgów.

Nie otrzeźwił nas rok 2014, gdy Rosja podważyła europejskie i NATOwskie ambicje Ukrainy. Następne ogniska zapalne to Kaukaz, Mołdawia (której prezydent Maja Sandu jest zwolenniczką połączenia z Rumunią, czyli z UE i NATO) i państwa bałtyckie. A w przypadku tych ostatnich oczy świata w pierwszej kolejności zwrócą się na Polskę, która będzie postrzegana nie jako przedmiot gwarancji a dawca bezpieczeństwa.

To perspektywa szybsza niż 20-25 lat. A nasze zdolności do tego czasu mogą być dalece niewystarczające, głównie w zakresie lotnictwa, wywiadu satelitarnego oraz – oczywiście – potencjału nuklearnego. Nie mamy czasu, żeby czekać. Gdy pętla będzie się zaciskać – będziemy szukali pomocy. Kto realnie będzie w stanie jej udzielić?

Czy dziś jesteśmy gotowi, by zareagować na czas? Mimo planów ewentualnościowych wciąż brak wyspecjalizowanego dowództwa NATO dla wschodniej flanki. Jeżeli gdzieś zostanie skierowane ostrze agresji naszych wrogów to w państwa wschodniej flanki. Eksperci wskazują, że ze względu na różnice w stawce ryzyka trudno będzie o jednomyślność w przypadku ograniczonego konfliktu np. w Estonii, okolicach Suwałk czy litewskiego Mariampola. Czy Holendrzy albo Portugalczycy wyślą tam swoje czołgi? Czy Bundeswehra zdąży do czasu ewentualnej konfrontacji skompletować brygadę, którą zobowiązała się dyslokować na Litwę? Rosja z pewnością zrobi wszystko, by NATOwską solidarność rozbijać i jej zasoby trafią na podatny grunt – gotowość społeczeństw Europy zachodniej do służby na wojnie albo nawet zwiększania nakładów na zbrojenia jest daleka od tego na co chcielibyśmy liczyć.

Nowy blok: Przedmurze Wschodnie

Wspólna europejska armia to miraż. Różnice w interesach poszczególnych państw, skomplikowany proces decyzyjny i wątpliwa sprawczość mogą stanąć na drodze do osiągnięcia przez nią gotowości w perspektywie dekady. Złośliwi mogą wskazać, że może podzielić losy Strategii Lizbońskiej czy Zielonego Ładu - porzuconych, zapominanych, rozpadających się pod presją sprzecznych interesów. Polska ma inną stawkę ryzyka niż większość państw UE. Dla nas Rosja nie jest abstrakcją, lecz bezpośrednim zagrożeniem. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Dlatego obok współpracy z całym NATO powinniśmy wzmacniać regionalny filar bezpieczeństwa. Bukaresztańska Dziewiątka – państwa wschodniej flanki NATO od Estonii przez Polskę po Bułgarię – powinna stać się platformą realnej współpracy politycznej, gospodarczej i militarnej. Pełne zdolności mogłoby dać poszerzenie bloku o państwa skandynawskie oraz o Turcję, które wspólnie mogą utworzyć Przedmurze Wschodnie - nowy element regionalnego bezpieczeństwa z własnym, nowym regionalnym dowództwem w ramach struktur NATO i w pełnej współpracy z USA. Do tej pory Pakt mają w Europie dwa dowództwa, których struktura przestała być adekwatna do aktualnych wyzwań.

Taki blok mógłby osiągnąć zasadnicze zdolności nawet w ciągu 2-3 lat i posiadać zdolności nie tylko do blokowania rosyjskich imperialnych ambicji, ale do realnego odstraszania. Mówimy o bloku z populacją rzędu 220 mln ludzi przeciwko około 145 mln w Rosji. Państwa bloku wydają dziś od potencjalnego agresora tylko nieznacznie mniejsze pieniądze na zbrojenia (123.1 mld USD vs. 149 mld USD), posiadają trzykrotnie większą gospodarkę, podobny potencjał żołnierzy służby czynnej, przewagę w możliwych do powołania rezerwach oraz równowagę w potencjale lotniczym oraz pancernym. Rosja wydaje się mieć przewagę w obszarze praktyki realnego stosowania siły i wojskach dronowych, ale - zwróćmy uwagę - z państwami powstającego bloku z całą pewnością blisko współpracować mogłaby Ukraina, która posiada wiedzę i technologię równie sprawdzoną co rosyjska. Państwa bloku posiadają również stale rosnące zdolności do produkowania i uzupełniania sprzętu, budują zdolności rozpoznania satelitarnego, a położenie geograficzne daje kontrolę kluczowych obszarów globu dla potencjalnej konfrontacji - cieśninę Bosfor, równinę środkowoeuropejską, rosyjskie porty bałtyckie oraz Arktykę z morzem Barentsa. Z drugiej strony blok posiada nieograniczony dostęp do zaopatrywania drogą morską przez Atlantyk a Morze Bałtyckie jest praktycznie jego akwenem wewnętrznym. Dodatkowo dotyka miękkiego podbrzusza Rosji czyli Kaukazu. To silne atuty, z którymi potencjalny rywal musi się liczyć.

Poza wspólnym dowództwem, o którym pisałem wcześniej potrzebna jest infrastruktura umożliwiająca szybki przerzut sił wzdłuż flanki, wpięte we wspólną sieć logistyczną magazyny sprzętu, amunicji i paliw, zdolności ratowniczo-medyczne oraz realistyczne ćwiczenia wojskowe symulujące konflikt wysokiej intensywności. Gospodarki regionu powinny być przygotowane na funkcjonowanie w warunkach „czasu W”, z rezerwami strategicznymi i zapasową infrastrukturą energetyczną. Zamiast wyłącznie naciskać na zbrojenie Bundeswehry, powinniśmy zabiegać o to, by na naszym zapleczu powstawała infrastruktura wsparcia: centra serwisowe, magazyny paliw, węzły kolejowe i drogowe zdolne do obsługi ciężkiego sprzętu. Dodatkowo państwa położone na zachód od nowego Przedmurza Wschodniego, chronione silnym sojuszem regionalnym, powinny przeznaczać duże środki finansowe na zwiększanie zdolności tam, gdzie one mogą być realnie potrzebne. Możemy zbudować Przedmurze i dać Europie pokój, ale solidarność nakazuje, by wszyscy beneficjenci pokoju wzięli na siebie sprawiedliwą część kosztów. Dość jazdy na gapę i korzystania z renty pokoju na cudzy rachunek.

Ostatnim elementem, który uzupełni nasze zdolności to bliskie, możliwie najlepsze stosunki z USA, które choćbyśmy przeskoczyli samych siebie – przez dłuższy czas będą stanowiły jedyne realne zaplecze bezpieczeństwa Europy. Potrzebujemy żołnierzy USA na naszym terytorium. Jeżeli się da – na stałe. Z rodzinami, stałymi miejscami zamieszkania i wianuszkiem biznesu. Interesy USA w tej części Europy są jasne i zbieżne z naszymi. Warto, by potwierdzić je uwspólnieniem stawki ryzyka, które ponosimy wspólnie z naszym najważniejszym sojusznikiem od pierwszego dnia konfliktu. Dla takiego bloku powinny być wyznaczone szczególne gwarancje w USA, podobne i równoważne względem Ukrainy. To szczególnie istotne w czasie gdy zupełnie niepotrzebnie pogłębiane są podziały w samym NATO i gdy niektórzy myślą o zastąpieniu struktur Paktu armią europejską. W przypadku kryzysu i ewentualnego rozpadu sojuszu zostaniemy z własnym, regionalnym układem bezpieczeństwa, gwarantowanym przez potężnego sojusznika zza oceanu.

Między realizmem a naiwnością

Bezpieczeństwo nie jest produktem, który można kupić jednorazową inwestycją. To system, który trzeba budować latami, w czasie pokoju, zanim wybuchnie kryzys. W krótkiej i średniej perspektywie nie ma alternatywy dla strategicznej współpracy z USA. Amerykański parasol bezpieczeństwa pozostaje fundamentem odstraszania. W dłuższej perspektywie Europa może zwiększać samodzielność, ale wymaga to głębokiej reformy decyzyjnej, przemysłowej i politycznej. Koszty tej reformy mogą nie tylko być trudne do zaakceptowania, ale wręcz uniemożliwiające jej przeprowadzenie.

Wiara, że europejscy sojusznicy automatycznie zagwarantują nam bezpieczeństwo bez twardych struktur i przygotowań, byłaby naiwnością. Bezmyślne narażanie relacji transatlantyckich w imię zdobywania poklasku jest dyskwalifikujące dla polityków, którzy dopuszczają się takich gestów. Równie naiwne byłoby przekonanie, że wystarczy przeznaczyć bilion dolarów, by stworzyć system zdolny do działania pod presją. Bezpieczeństwa nie da się kupić. Można je tylko zbudować. Na to potrzeba czasu, którego nie mamy. Dlatego – czy nam się obecna administracja USA podoba czy nie – musimy zachować jak najbliższe relacje z Amerykanami.


Czy zamiast USA bezpieczeństwo da nam Europa?

Na początku tygodnia w RMF ukazał się sondaż, w którym 27 proc. respondentów wskazało na kraje Unii Europejskiej jako główne źródło pomocy w sytuacji kryzysowej, podczas gdy jedynie 15 proc. liczy na wsparcie Stanów Zjednoczonych. Choć sama cyfra może wydawać się zaskakująca – dużo niebezpieczniejsze jest to, co się za nią kryje.

Po pierwsze: przetrwać

Najważniejszą wartością dla każdego państwa i narodu jest bezpieczeństwo oraz gwarancja dalszego istnienia. Historia pokazuje, że nie jest to ani oczywistość, ani stan dany raz na zawsze. Wiele narodów zostało pozbawionych państwowości i przez pokolenia ponosiło konsekwencje życia bez własnego państwa. Do dziś istnieją narody o potencjale demograficznym porównywalnym z Polakami, które nie posiadają własnego państwa — jak choćby Kurdowie, mimo powszechnie uznawanej i zapisanej w prawie międzynarodowym zasady prawa narodów do samostanowienia.

Polska również przez długie dziesięciolecia doświadczała losu kraju zniewolonego i poddawanego procesom wynaradawiania. Byliśmy podporządkowani obcym interesom i używani jako przedmiot gry wielkich mocarstw. Sprawa polska wielokrotnie stawała się elementem politycznych kalkulacji innych państw.

Powstania: romantyczne zrywy czy realizacja zimnego interesu mocarstw?

Powstanie listopadowe wybuchło między innymi w kontekście rewolucji lipcowej we Francji, która absorbowała uwagę mocarstw. Polscy żołnierze mieli być wykorzystani wraz z siłami rosyjskimi do tłumienia rewolty we Francji i Belgii. Po wybuchu powstania listopadowego stało się to po prostu niemożliwe.

Powstanie styczniowe nastąpiło niedługo po wojnie krymskiej, gdy wydawało się, że osłabiona Rosja stworzy historyczne okno możliwości do zmian. Po jego wybuchu Powstanie stało się elementem gry dyplomatycznej mocarstw, której celem były ich strategiczne interesy - Francja chciała oprzeć granicę na Renie, Wielka Brytania próbowała rozbić ewentualne porozumienia mocarstw kontynentalnych a Austria szukała rekompensaty za straty poniesione w trakcie procesu jednoczenia Włoch. Interesy Polaków nigdy nie były traktowane przez mocarstwa poważnie, jednak górę wzięły emocje i myślenie życzeniowe. Zapłaciliśmy krwią i represjami.

Dopiero epoka pozytywizmu zamknęła okres romantycznych zrywów. Zakończyła intelektualne pułapki mesjanizmu i fałszywego myślenia o polityce. Zamiast emocji pojawiła się praca organiczna i myślenie strategiczne.

Wielka Wojna i wielka zmienna: USA wchodzą do gry

Realną szansę na odzyskanie niepodległości przyniosła dopiero Wielka Wojna, gdzie wreszcie przeciwko sobie zwrócili się nasi zaborcy. Pamiętajmy jednak, że żadne z walczących mocarstw nie planowało odbudowy Polski — obietnice autonomii czy niepodległości były podszyte przede wszystkim chęcią wcielenia do wojska polskiego rekruta. Jak ważny był to ważny czynnik? Po różnych stronach barykady Wielkiej Wojny walczyły łącznie około 3 miliony Polaków, a około pół miliona zapłaciło za to najwyższą cenę. Paradoksalnie.

Gdyby nie zwycięstwa Bolszewików w wojnie domowej oraz rozpad wojska carskiego - sprawa Polska po wojnie na nowo podzieliłaby sojuszników z Entanty. Bieg wydarzeń zadecydował inaczej. Po załamaniu się carskiej armii na froncie wschodnim aliantom w oczy zaświeciła porażka. Dlatego dużo większą wagę przyłożyli do zabiegów, by wciągnąć amerykanów do wojny. Włączenie się Wuja Sama miało jednak cenę, którą ostatecznie wyraził Woodrow WIlson w styczniu 1918 roku, gdy wygłosił w orędziu do Kongresu plan pokojowy, składający się z 14 punktów. Trzynasty dotyczył niepodległej Polski z nieograniczonym dostępem do morza. Państwa Ententy musiały zaakceptować ideę polskiej suwerenności, tym razem jednak od dotrzymanego słowa zależały ich żywotne interesy, a w szczególności zwycięstwo nad państwami centralnymi.

To właśnie stanowisko USA sprawiło, że kwestii polskiej nie dało się usunąć z porządku obrad tworzącego się ładu europejskiego. Wersal przyniósł Polsce niepodległość, lecz ani Niemcy, ani późniejszy Związek Sowiecki nigdy jej w pełni nie zaakceptowały. Wyłamani z Entanty sowieci tylko deklaratywnie uznawali prawo narodów wchodzących wcześniej w skład carskiej Rosji do samostanowienia. Rzeczywistość zweryfikowała tę postawę raptem kilka lat później.

Nasi europejscy sojusznicy to oportuniści

Oportunizm naszych europejskich sąsiadów mogliśmy zweryfikować w działaniu. Pierwsze sprawdzam nastąpiło w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, gdy sowieci ruszyli z ofensywą na wiosnę 1920 roku, a USA wybrało drogę izolacji. Zamiast wspierać Polskę, która stanowiła przedmurze wobec grożącej całej Europie rewolucji - byli gotowi zapłacić naszą ziemią za swój - krótkowzrocznie widziany spokój. To wówczas powstała nazwana na cześć brytyjskiego ministra spraw zagranicznych linia Curzona, dość podobna do dzisiejszych wschodnich granic Polski — rozwiązanie, które sprowadzałoby Polskę do państwa kadłubowego. Dopiero fiasko tych kalkulacji uświadomiło im skalę zagrożenia, bo bolszewicy nigdy nie byli zainteresowani takim porozumieniem. Ostatecznie Polska — jako ostatnia linia obrony — otrzymała wsparcie, a Bitwa Warszawska uratowała Europę kosztem polskiej krwi. Czy dostrzegasz, czytelniku podobne zdarzenia w najnowszej historii Europy?

Gdy rosło zagrożenie niemieckie w latach trzydziestych, pojawiły się nowe traktaty sojusznicze i porozumienia sztabowe pomiędzy Polską, Francją i Wielką Brytanią. Okazały się one jednak politycznym bluffem, a nie realnymi gwarancjami. Nasi europejscy sojusznicy znów używali polskiej krwi do realizacji własnych interesów. To wówczas do powszechnego obiegu weszło powiedzenie, że Brytyjczycy i francuzi są gotowi bić się do ostatniego Polaka.

Ład światowy działa tylko wtedy, gdy broni go potęga USA

Wobec braku realnego wsparcia przegraliśmy kampanię wrześniową, która nawet z pełnym zaangażowaniem sojuszników byłaby ekstremalnie trudna do wygrania. Polacy stanowili czwartą co do liczebności siłę militarną koalicji antyhitlerowskiej. Mimo to o powojennym świecie zdecydowano bez naszego udziału — w Teheranie i Jałcie. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę: utratę terytoriów, miliony istnień ludzkich i dekady spędzone w radzieckiej strefie wpływów.

Z perspektywy czasu widać jednak, że powojenny układ przyniósł także stabilność granic i powstanie spójnego etnicznie państwa. Narody Europy Środkowo-Wschodniej zapłaciły ogromną cenę za blisko osiemdziesiąt lat pokoju w Europie. Jałta była tragedią polityczną, ale równowaga sił — w szczególności gwarantowane potęgą Stanów Zjednoczonych — stała się fundamentem bezpieczeństwa świata zachodniego.

Nowy porządek bezpieczeństwa - czy wyciągniemy wnioski z własnych i cudzych błędów?

Dziś ponownie żyjemy w momencie przełomowym. Bezpieczeństwo i pokój znów stają się najważniejszymi sprawami narodów. Wojna na Ukrainie otwiera dyskusję o nowej architekturze bezpieczeństwa w Europie — i znamienne jest to, że Polska nie uczestniczy w najważniejszych rozmowach, choć ponosimy olbrzymie koszty wspierania naszego wschodniego sojusznika. Mowa nie tylko o wartym miliardy sprzęcie, pomocy finansowej i udostępnieniu terytorium dla wsparcia logistycznego wojny. Polska angażując cały aparat państwa we wsparcie wojny podnosi stawkę ryzyka związanego z ostatecznym wynikiem konfrontacji za naszą wschodnią granicą.

Konflikt ukraiński pokazał coś jeszcze: Europa nie posiada dziś zdolności do samodzielnego zapewnienia bezpieczeństwa ani Ukrainie, ani całemu kontynentowi. Mit europejskiej potęgi był już wielokrotnie podważany, na przykład w trakcie operacji lotniczej w Libii, gdy po kilku tygodniach nasi sojusznicy musieli prosić USA o uzupełnienie zapasu bomb i rakiet. Ostatecznie został zweryfikowany w ciągu ostatnich 4 lat. Najpierw gdy Rosja i Białoruś mogły bezkarnie podeptać porozumienia z Mińska. Późniejsza proza wojny ukazała nagą prawdę: gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy słabło, sytuacja na froncie niemal natychmiast się pogarszała.

Nieprzypadkowo Ukraina domaga się gwarancji bezpieczeństwa właśnie od USA a prezydent Żełeński w Davos pozwala sobie bezkarnie na poniżanie swoich europejskich sojuszników. On widzi gdzie jest realna siła, a gdzie tylko puszenie piórek bez pokrycia w rzeczywistości. To rodzi pytanie: czy Europa jest w stanie udzielić podobnych gwarancji i je wypełnić? Czy Polska ma ponownie stać się buforem bezpieczeństwa kontynentu i realizować cudze żywotne interesy?

Kto szkodzi relacjom polsko-amerykańskim nie powinien nas reprezentować na zewnątrz

Dziś nie istnieje realna alternatywa dla amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Każdy, kto chce je zastąpić innym systemem, powinien pokazać konkretne zdolności militarne, przemysłowe i polityczne. Być może Europa będzie je posiadać za dekadę — ale historia uczy, że ambitne strategie często kończą się jak strategia lizbońska: na deklaracjach i gorzkim żalu, który od półtora roku rozlewa się po salonach Europy po publikacji raportu Draghiego. I jakie wyciągnięto z niego wnioski? Zamiast zająć się przyczynami kryzysu powtarzamy błędy przeszłości szukając nowych rynków w Indiach i Ameryce Południowej.

W tym sensie rację ma Wołodymyr Żełeński, gdy mówi, że tylko Stany Zjednoczone mogą zapewnić realne gwarancje bezpieczeństwa. Polska historia pokazuje wyraźnie, czym kończy się opieranie bezpieczeństwa na iluzjach, ideologii i myśleniu życzeniowym.

Bezpieczeństwo państwa nie jest kwestią sympatii politycznych ani sporów ideologicznych. Jest kwestią przetrwania. Dlatego działania polityczne osłabiające strategiczne relacje bezpieczeństwa lub budujące atmosferę antyamerykańską należy uznać za sprzeczne z interesem państwa. Każdy polityk, a szczególnie ten sprawujący najwyższe funkcje publiczne w Polsce, powinien ponosić szczególną odpowiedzialność za swoje działania. Właśnie dziś, gdy waży się nasza przyszłość i stawka jest najwyższa.

Historia wielokrotnie pokazała, że narody przegrywają nie wtedy, gdy są po prostu słabsze — lecz wtedy, gdy mylą rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami. Polska nie może pozwolić sobie na taki błąd ponownie.


Co dalej ze Śląskiem Wrocław? „Chodziło o to, żeby radni klepnęli kolejne pieniądze”

W sobotniej rozmowie na antenie Echo 24 radny miejski Wrocławia Piotr Uhle (Klub Naprawmy Przyszłość) odniósł się do najgorętszego dziś tematu wrocławskiej debaty publicznej – sytuacji finansowej Śląska Wrocław i decyzji Rady Miejskiej o przekazaniu kolejnych 30 milionów złotych miejskiego wsparcia dla klubu. W sumie w ciągu kilku tygodni do spółki trafiło 45 milionów złotych. Jak podkreślił radny, problem nie sprowadza się wyłącznie do pieniędzy. „Nie chodziło o to, żeby poważnie porozmawiać o Śląsku. Chodziło o to, żeby radni klepnęli kolejne pieniądze bez zadawania zbędnych pytań” – powiedział wprost na antenie.

Polityczne tło i odpowiedzialność za decyzje

Rozmowa rozpoczęła się od pytania o sytuację w Koalicji Obywatelskiej we Wrocławiu, ale szybko zeszła na temat odpowiedzialności za decyzje finansowe dotyczące miejskich spółek. Piotr Uhle wskazywał, że wśród polityków pojawiają się nazwiska osób, które „żyrowały władzę skompromitowaną zarzutami” i wspierały kolejne decyzje o dofinansowaniu Śląska bez przedstawienia rzetelnego planu naprawczego.

Zdaniem radnego problemem jest systemowe rozmycie odpowiedzialności: -To nie jest tak, że jeżeli odpowiedzialność jest rozproszona, to znaczy, że nikt nie odpowiada. Uhle zwracał uwagę, że radni – podejmując decyzję o przekazaniu 30 milionów złotych – nie mieli dostępu do pełnych dokumentów źródłowych ani do szczegółowej analizy finansowej.

Raport o Śląsku – za późno i bez pełnej jawności

Kluczowym wątkiem rozmowy był opublikowany raport dotyczący sytuacji finansowej Śląska Wrocław. Dokument liczy ponad 80 stron i powstał na bazie audytu. Radny podkreślił jednak, że raport powinien być dostępny w Biuletynie Informacji Publicznej, a nie „objawiać się” za pośrednictwem mediów czy pojedynczych radnych. - Radni decyzję o przyznaniu kolejnych trzydziestu milionów złotych podejmowali bez możliwości zapoznania się z nim. Zdaniem Uhlego publikacja raportu przed głosowaniem mogłaby nie zmienić wyniku politycznego, ale zmieniłaby jakość debaty publicznej. Mieszkańcy mieliby możliwość ocenić, czy przedstawiony plan rzeczywiście nosi znamiona programu naprawczego.

Klub na „miejskiej kroplówce”

W ciągu ostatnich tygodni do klubu trafiło 45 milionów złotych. W latach 2021–2024 – jak przypomniał radny – niemal 100 milionów złotych z budżetu miasta i miejskich spółek zasiliło Śląsk Wrocław.

Uhle nie kwestionuje potrzeby ratowania klubu w sytuacji kryzysowej, ale podkreśla, że właściciel – w tym przypadku miasto – powinien wymagać konkretów - analizy źródeł problemów finansowych, planu restrukturyzacji kosztów, prognoz przychodów (sponsoring, merchandising, sprzedaż biletów) i jasnych scenariuszy na wypadek braku awansu. - Jeżeli prezes spółki przychodzi do właściciela prywatnego z prośbą o kasę, to czy ta kasa będzie dana na ładne oczy? Czy właściciel oczekuje analizy? - dodał radny.

Koszty administracyjne i nadzór właścicielski

Jednym z najbardziej niepokojących wątków – zdaniem radnego – są proporcje wydatków. W kluczowych momentach koszty wynagrodzeń sięgały 135% przychodów spółki. Rosły koszty administracyjne, podczas gdy wydatki stricte sportowe nie rosły proporcjonalnie. Uhle wskazał również na kwestię nadzoru właścicielskiego – roli rady nadzorczej i urzędników odpowiedzialnych za kontrolę spółki. - Jeżeli nie wyczyścimy tego do spodu, nie dość, że nie uzdrowimy sytuacji w klubie, to pożegnamy się z jakimikolwiek marzeniami o prywatyzacji. Radny przypomniał, że wcześniej wnioskował o powołanie specjalnej komisji do zbadania sytuacji w klubie, jednak wniosek został odrzucony.

Szantaż emocjonalny wobec radnych?

W trakcie rozmowy padło pytanie: co by się stało, gdyby radni nie przegłosowali 30 milionów złotych? Uhle przyznał, że klub mógłby znaleźć się w sytuacji upadłościowej, ale jednocześnie wskazał, że radni zostali postawieni pod ścianą. - Czy to jest wina radnych, że traktuje się ich jak osoby, które można poddać szantażowi emocjonalnemu i w ciemno, w dniu głosowania, wrzutką, każe im się decydować? Zdaniem radnego należało wyodrębnić kwotę niezbędną „na już” – np. 2–3 miliony złotych – a następnie w ciągu tygodnia przeprowadzić pełną debatę z dokumentami źródłowymi.

Finansowanie przez miejskie spółki

Śląsk Wrocław był finansowany przez miejskie spółki, m.in. Port Lotniczy, MPWiK, Stadion Wrocław, Aquapark czy Zoo. Uhle przyznał, że analizował umowę pomiędzy Zoo a klubem i ma wątpliwości, czy świadczenia reklamowe były warte przekazywanych środków. - Jeżeli sobie porównamy ilość osób, które przychodzi na mecze Śląska, i ilość gości zoo, to zastanówmy się, kto kogo realnie promuje. Radny podkreślił, że nie prowadzono systematycznej ewaluacji efektywności tych umów – nie analizowano realnej ekspozycji marki ani wartości reklamowej.

Dzień świstaka czy plan odbudowy?

Na pytanie „co dalej?” Piotr Uhle zaproponował rozwiązanie wykraczające poza bieżącą walkę polityczną – pakt na rzecz odbudowy i prywatyzacji Śląska Wrocław.

Zakładałby on:

  • wyjęcie klubu z bieżącej „młócki politycznej”,

  • przyjęcie mierzalnego programu naprawczego,

  • regularną ocenę efektów (koszty, przychody, sprzedaż, sponsoring),

  • przygotowanie do realnej prywatyzacji w perspektywie 2–4 lat.

Radny przypomniał, że w czasach mistrzostwa Polski administracja klubu liczyła 15 osób, podczas gdy w momencie spadku do I ligi – 44 osoby. - Musimy odpowiedzieć sobie, czy to jest odpowiednia proporcja - dodał samorządowiec.

Kluczowa rola kontroli i raportu NIK

Na koniec rozmowy Uhle wskazał na oczekiwany raport Najwyższej Izby Kontroli, który ma objąć również miejskie spółki finansujące klub. Jego zdaniem dopiero pełna kontrola i ujawnienie dokumentów źródłowych pozwolą dojść do rzeczywistych przyczyn kryzysu. - Jeżeli nie dojdziemy do źródeł tych problemów, będziemy mieli kolejny i kolejny dzień świstaka - dodał Uhle.

Odpowiedzialność przed mieszkańcami

Decyzja o przekazaniu 45 milionów złotych w niecałe dwa miesiące już zapadła. Jak podkreślił Piotr Uhle, odpowiedzialność radnych ma przede wszystkim charakter polityczny – ale nie można wykluczyć również innych konsekwencji, jeśli okaże się, że decyzje zapadały bez rzetelnej analizy finansowej. Kluczowe pozostają jawność, dokumenty źródłowe i uczciwa debata. Bez tego Wrocław może wracać do tego samego problemu w kolejnych sezonach.


Raport Grant Thornton obnaża finanse Śląska Wrocław. Cztery lata życia na kredyt z pieniędzy publicznych

Analiza finansowa przygotowana przez Grant Thornton pokazuje, że w latach 2021–2024 Śląsk Wrocław funkcjonował w modelu systemowego deficytu, w którym koszty – zwłaszcza osobowe – przekraczały możliwości generowania przychodów, a stabilność klubu była uzależniona od regularnych dopłat miasta i spółek komunalnych. Dane są jednoznaczne: w szczytowym momencie wydatki na wynagrodzenia sięgnęły 135 proc. przychodów, a łączne wsparcie publiczne w cztery lata zbliżyło się do 100 milionów złotych.

Raport, który nie powinien zaskakiwać

Dokument przygotowany przez Grant Thornton to finansowe due diligence obejmujące lata 2021–2024. Nie jest to publicystyczna ocena, lecz analiza oparta na sprawozdaniach finansowych, strukturze przychodów, kosztów oraz transakcjach z podmiotami powiązanymi. Wnioski są jednak na tyle poważne, że trudno przejść obok nich obojętnie. Z raportu wynika, że model funkcjonowania klubu był strukturalnie nierentowny, a jego kontynuacja wymagała stałego zasilania kapitałowego przez właściciela – Gminę Wrocław – oraz miejskie spółki. To nie był pojedynczy kryzysowy sezon, lecz utrwalony sposób działania.

Koszty personelu wyższe niż przychody

Najbardziej alarmującym wskaźnikiem jest relacja kosztów personelu do przychodów ze sprzedaży. W 2021 roku wynosiła ona 90 proc., w 2022 roku wzrosła do 135 proc., w 2023 roku wyniosła 124 proc., by w 2024 roku spaść do 82 proc. Oznacza to, że w latach 2022–2023 przychody klubu nie pokrywały nawet kosztów zatrudnienia. Innymi słowy, zanim zapłacono za stadion, logistykę, administrację czy inne zobowiązania, budżet był już pod kreską. Taka sytuacja nie jest efektem jednorazowego potknięcia, lecz dowodem na brak dostosowania struktury kosztowej do realnych możliwości przychodowych. Jeśli koszty wynagrodzeń przekraczają 100 proc. przychodów, mamy do czynienia z problemem systemowym, a nie sezonowym.

Administracja i brak pełnych danych

Raport zwraca uwagę na wzrost kosztów innych umów niż zawodnicze. Jednocześnie spółka nie udostępniła szczegółowych danych dotyczących struktury zatrudnienia w analizowanym okresie, co uniemożliwiło jednoznaczne ustalenie, czy wzrost kosztów wynikał z większej liczby etatów, czy z podwyżek wynagrodzeń. Wiadomo jedynie, że na koniec 2024 roku zatrudnienie wynosiło 44 osoby, czyli o trzy więcej niż rok wcześniej. Brak przejrzystości w tej części utrudnia pełną ocenę, czy proporcje między wydatkami administracyjnymi a bezpośrednimi kosztami drużyny były racjonalne. Jeśli koszty administracyjne rosną szybciej niż przychody i jednocześnie nie idą za tym wyraźne sukcesy sportowe, pojawia się pytanie o efektywność zarządzania.

Miliony z miejskiej kasy

W latach 2021–2024 Miasto Wrocław dokapitalizowało klub kwotami: 13 mln zł w 2021 roku, 13 mln zł w 2022 roku, 17 mln zł w 2023 roku oraz 32,5 mln zł w 2024 roku. Łącznie daje to 75,5 mln zł podwyższenia kapitału. To jednak nie wszystko. Oprócz tego miejskie spółki kupowały od klubu usługi reklamowe i sponsoringowe. W całym analizowanym okresie przyniosło to łącznie 21 mln zł przychodów. W praktyce oznacza to, że w ciągu czterech lat do klubu trafiło blisko 100 mln zł środków publicznych. Największymi kontrahentami w tej grupie były m.in. Port Lotniczy Wrocław, MPWiK, Stadion Wrocław, Wrocławski Park Wodny oraz Zoo Wrocław. Skala wsparcia pokazuje, że bez udziału miejskich podmiotów model finansowy klubu nie byłby w stanie się utrzymać.

System powiązań finansowych

Raport identyfikuje rozbudowaną sieć transakcji z podmiotami powiązanymi z samorządem. Po stronie przychodów były to głównie usługi reklamowe i sponsoringowe kupowane przez spółki miejskie. Po stronie kosztów klub ponosił wydatki związane z najmem stadionu oraz obiektów treningowych należących do podmiotów komunalnych. Taki układ oznacza, że Śląsk funkcjonował w systemie wzajemnych zależności finansowych z miastem. Nie jest to sytuacja wyjątkowa w polskim futbolu, jednak skala zaangażowania publicznych środków w połączeniu z chroniczną nierentownością rodzi pytania o efektywność nadzoru właścicielskiego.

Decyzje bez pełnej informacji

Szczególnie kontrowersyjny jest fakt, że radni podejmowali decyzję o przekazaniu kolejnych 30 mln zł bez możliwości zapoznania się z pełnym opracowaniem finansowym. O ile można zakładać, że decyzja polityczna byłaby podobna, o tyle jakość debaty publicznej mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Mieszkańcy mieliby szansę ocenić, czy przedstawiany plan naprawczy rzeczywiście odpowiada na zidentyfikowane problemy, czy też jest jedynie deklaracją poprawy. W normalnych warunkach właściciel prywatny, zanim przekaże wielomilionowe wsparcie, oczekuje precyzyjnej analizy przyczyn deficytu i szczegółowego planu jego redukcji, z jasno określonymi wskaźnikami i scenariuszami alternatywnymi.

Nadzór i odpowiedzialność

Jeżeli w kluczowych momentach koszty wynagrodzeń wynosiły 135 proc. przychodów, trudno uznać, że był to wyłącznie błąd jednego zarządu. Taki poziom dysproporcji musiał być widoczny w dokumentach finansowych przedstawianych radzie nadzorczej i właścicielowi. Pojawia się więc pytanie o skuteczność nadzoru właścicielskiego i o to, czy zalecano działania naprawcze w odpowiednim czasie. Bez wyjaśnienia mechanizmów decyzyjnych trudno będzie odbudować zaufanie potencjalnych inwestorów i realnie myśleć o prywatyzacji klubu. Inwestor prywatny będzie oczekiwał jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego przez kilka lat akceptowano model, w którym koszty systematycznie przekraczały przychody.

Światełko w tunelu czy korekta księgowa

Rok 2024 przyniósł poprawę wskaźnika kosztów personelu do poziomu 82 proc. przychodów. Zarząd informuje także o redukcjach zatrudnienia wprowadzonych od 2025 roku, które – według deklaracji – nie wpłynęły istotnie na jakość funkcjonowania klubu. To sygnał, że podjęto próbę dostosowania kosztów do realnych możliwości finansowych. Pytanie jednak, czy jest to trwała zmiana modelu, czy jedynie korekta wymuszona rosnącą presją opinii publicznej i kontrolą instytucji zewnętrznych.

Co dalej ze Śląskiem

Nowy prezes stoi przed zadaniem znacznie wykraczającym poza bieżące zarządzanie drużyną. Konieczne będzie uporządkowanie relacji finansowych z miastem, zwiększenie przychodów komercyjnych, poprawa rentowności merchandisingu i sponsoringu oraz racjonalizacja kosztów stadionowych. Bez realnego programu naprawczego, opartego na dokumentach źródłowych i twardych wskaźnikach, każda kolejna transza publicznych środków będzie jedynie odraczaniem problemu. Raport Grant Thornton pokazuje, że w latach 2021–2024 Śląsk Wrocław funkcjonował w modelu, który trudno uznać za zrównoważony. Odpowiedź na pytanie, czy był to etap przejściowy, czy utrwalony system, zdecyduje o przyszłości klubu i o tym, czy wrocławianie nadal będą finansować jego działalność na dotychczasową skalę.


Privacy Preference Center