Dyskusja ponad partyjnym sporem
Bezpieczeństwo państwa to temat, który w dzisiejszej Polsce budzi ogromne emocje i intensywną debatę publiczną. W czwartą rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę warto wrócić do kwestii naszego bezpieczeństwa. Ostatnia dyskusja po moim ostatnim tekście o relacjach transatlantyckich pokazała, jak łatwo rozmowa o strategicznych interesach może zostać sprowadzona do bieżącej wojny politycznej. Tymczasem kluczowe pytanie dotyczy nie o tego, kto ma rację w krajowym sporze, lecz jakie są realne zdolności po obu stronach oceanu i jakie wnioski powinniśmy z nich wyciągnąć.
Dziś, cztery lata po wybuchu realnej, pełnoskalowej wojny na Ukrainie warto więc na chwilę odsunąć emocje i przyjrzeć się faktom. Bezpieczeństwo nie jest deklaracją ani politycznym sloganem. Jest zdolnością do działania w określonym czasie, przy określonych zasobach, w warunkach presji i niepewności.
Przepaść transatlantycka
Różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą nie sprowadza się do samej wysokości budżetu obronnego, choć ten mówi wiele. Według corocznych raportów NATO Stany Zjednoczone odpowiadają za około 70 procent łącznych wydatków obronnych Sojuszu. Dane SIPRI pokazują, że amerykański budżet wojskowy przekracza 880 miliardów dolarów rocznie, podczas gdy wszystkie państwa Unii Europejskiej razem wydają około 300–350 miliardów dolarów.

Jednak jeszcze większa przepaść kryje się w strukturze tych wydatków. USA dysponują globalnym systemem projekcji siły, tysiącami samolotów bojowych, w tym setkami maszyn piątej generacji, oraz gęstą siecią satelitów wojskowych i systemów ISR umożliwiających prowadzenie operacji w czasie rzeczywistym na całym świecie. Do tego dochodzi flota tankowców powietrznych i strategiczny transport, bez których współczesne operacje lotnicze nie są w stanie utrzymać tempa. Pamiętajmy, że to są zdolności, które w czasie pokoju stawiają Amerykanów o kilka długości przed resztą świata. A USA pokazało, że gdy gospodarka przestawiona zostanie w tryb wojenny – staje się maszyną nie do zatrzymania.
Europa z kolei nadal jest ogromnym rynkiem zbytu i nadal posiada znaczący wolumen produkcji. Jednak systematycznie traci tę pozycję pod naporem gospodarki chińskiej i amerykańskiej. Europa nadal żyje przeszłością i przegrywa konkurencję na innowacyjność gospodarki. Europejskie zdolności wojskowe są rozproszone, przemysł zbrojeniowy fragmentaryczny, a decyzje o użyciu siły pozostają w gestii państw narodowych. Europejska Agencja Obrony wskazuje, że zaledwie około 20 procent zamówień obronnych realizowanych jest wspólnie. Reszta to projekty narodowe, często dublujące te same zdolności, a po wyprodukowaniu serii produktów – zamierające. Europa ma kilkanaście typów czołgów i bojowych wozów piechoty, podczas gdy USA opierają się na jednej głównej platformie w każdej z kategorii pojazdów, jednostek latających czy pływających. To różnica między systemem a zbiorem systemów. Nie wynika to ze złej woli tylko z różnic interesów i poziomu ryzyka ponoszonego przez poszczególne kraje UE. Ma to szereg konsekwencji strategicznych, o których więcej napiszę poniżej.
Raport Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych „Defending Europe Without the United States” z 2025 roku szacuje, że pełne uzupełnienie luki po USA mogłoby kosztować od 800 miliardów do 1 biliona dolarów w perspektywie dwóch dekad. To kwota większa niż Europejski Plan Odbudowy (NextGenerationEU) i tylko nieco mniejsza niż cały siedmioletni budżet UE w ramach wieloletnich ram finansowych, który przekracza 1,2 biliona euro.
Rozłożone na 20 lat oznaczałoby dodatkowy wysiłek rzędu 40–60 miliardów dolarów rocznie. W skali całej Unii to około 0,3 procent PKB rocznie. Ekonomicznie – wykonalne. Politycznie – znacznie trudniejsze. Zwłaszcza że pytanie nie brzmi wyłącznie „czy możemy zapłacić”, lecz „czy mamy czas”. Coraz częściej analitycy wskazują, że na przygotowania mamy lata, nie dekady. Jeżeli chcielibyśmy wprowadzić te zmiany na czas powinniśmy mówić co najmniej o podwojeniu europejskich nakładów na zbrojenia. Czy Stary Kontynent jest gotowy na takie wyrzeczenia?
Amerykańska strategia: mniej Europy, więcej elastyczności
Amerykańskie dokumenty strategiczne jasno wskazują na konieczność większej elastyczności sił i koncentracji na Indo-Pacyfiku. To logiczne, bo Europa przestała być pępkiem świata i gdzie indziej rozstrzygnie się konfrontacja, która zdecyduje o przyszłości świata. Zarówno administracja Donalda Trumpa, jak i Joe Bidena podkreślały potrzebę większego udziału europejskich sojuszników w finansowaniu i organizowaniu własnej obrony. Nie oznacza to jednak, że Stany Zjednoczone zamierzają wycofać się z Europy. Po 2014 roku, a szczególnie po 2022 roku, obecność wojskowa USA na wschodniej flance NATO wzrosła. Pisałem o tym w maju ubiegłego roku – USA i Europa są skazane na siebie jak bracia syjamscy. Europa bez USA jest skazana na marginalizację, USA bez Europy straci szansę na odzyskanie hegemonicznej pozycji na świecie.
Waszyngton nie chce porzucić Europy, wynika to wprost z wystąpienia podsekretarza obrony USA Elbridge’a Colby’ego dwa tygodnie temu w Brukseli. USA Chce w kontrolowany sposób uwolnić znaczną część swoich sił i rezerw konwencjonalnych, by móc skutecznie reagować globalnie. Sposób kontrolowany nie oznacza ewakuacji jak z Sajgonu czy Kabulu. To systematyczne przekazywanie odpowiedzialności, które zaczęło się dużo przed rządami obecnej administracji.
Należy dodać do tej zasady jeden wyjątek, wynikający ze strategii bezpieczeństwa USA, opublikowanej w grudniu. Modelowy sojusznik, jakim jawi się w tym dokumencie Polska może liczyć na zupełnie inną rolę. Jaką? Otóż w Polsce nie są likwidowane a powstają nowe amerykańskie bazy, magazyny sprzętu i lokalizowana jest nowoczesna technika obronna. To nie są inwestycje, które zostawia się z dnia na dzień. To budowanie zdolności na dekady.
Jednak strategia budowy NATO 3.0, w którym USA przekazują główny ciężar obrony konwencjonalnej po tej stronie oceanu na sojuszników jest logiczna z punktu widzenia państwa o globalnych zobowiązaniach. Jesteśmy tu gdzie jesteśmy głównie przez błędy popełnione przez cały Zachód, który dał uwieść się wizją globalnej gospodarki. Dla Europy oznacza to jednak konieczność odpowiedzi na pytanie, czy jest gotowa wziąć na siebie większą część odpowiedzialności
Czy Europa „dowozi”? Uczmy się z najnowszej historii

Autonomia to nie tylko zdolność do sfinansowania obrony i karmienia konfliktu paliwem, amunicją, rekrutem i nowym sprzętem zastępującym zużyty. To również zdolność do podejmowania decyzji w jednostce czasu.
W 2023 roku Unia Europejska ogłosiła plan dostarczenia jednego miliona pocisków kalibru 155 mm w ciągu roku. Tempo zużycia na froncie sięgało dziesiątek tysięcy sztuk tygodniowo. Tymczasem analizy branżowe, cytowane m.in. przez Reuters i Business Insider, wskazywały, że rzeczywiste moce produkcyjne były znacznie niższe od deklaracji politycznych. Polityczne prężenie muskułów i groźne miny strojone do obiektywów aparatów i kamer było na miejscu i na czas. Pieniądze się znalazły, przynajmniej na papierze. Europa była jak Polska w 1939 roku – silna, zwarta i gotowa. Rzeczywistość sprawdziła te deklaracje w najbrutalniejszy sposób. Przemysł nie nadążył. Ukraińcy zapłacili za to krwią.
Inny przykład? Polska miała w marcu 2022 sondować Niemcy w sprawie możliwości szybkiego dostarczenia kilkuset Leopardów 2, które służą już w naszym wojsku. Chcieliśmy przekazać duże ilości czołgów z rodziny T72 na Ukrainę i uzupełnić braki niemieckim sprzętem, do którego mieliśmy zbudowany system logistyki – napraw, produkcji części zamiennych i szkoleń. Niemcy zastanawiali się do lipca i poinformowali nas, że są w stanie dostarczyć… 20 czołgów. Wyciągnijmy wnioski, bo w następnym konflikcie popłynie inna krew niż ukraińska. I oby do niego nie doszło. Poniżej wypowiedź Rodericha Kiesewettera, deputowanego w Bundestagu z ramienia CDU/CSU.
💬 „Polska już w marcu poprosiła Republikę Federalną o wyprodukowanie kilkuset czołgów Leopard dla Polski - również z odpowiednim opóźnieniem czasowym - tak aby mogła bardzo szybko przekazać Ukrainie ponad sześćset czołgów T-72 starej sowieckiej konstrukcji. Odpowiedź niemiecka?… pic.twitter.com/dldPPwCGgS
— Jakub Rybak 🇵🇱 (@JRybak88) February 23, 2026
Przespaliśmy rentę pokoju. Jakie są tego konsekwencje?
Rosja, mimo wojny na Ukrainie, na nowo wypełnia etaty i zasoby sprzętowe w bazach wzdłuż granicy z Finlandią, a jej gospodarka raz przestawiona na tryb wojenny może nakarmić również kolejne konflikty.
Oczywiście, raz po raz słyszymy hurraoptymistyczne zapowiedzi o jej rychłym upadku, jednak staje się ona dziś funkcją woli Chin. Gdy okazało się, że Indie przestają zamawiać rosyjską ropę – niemalże natychmiast bardzo podobne zamówienie zostało skierowane ze strony państwa środka. Kontynentalni partnerzy są pod pewnymi względami jak puzzle, które idealnie uzupełniają swoje silne i słabe strony.
Dlatego nie wolno nam zaspać. Możliwość korzystania z renty pokoju skończyła się w okolicach 2008 roku, gdy Rosja dokonała agresji na Gruzję i podważyła jej NATOwskie ambicje. Woleliśmy tego nie widzieć – zamiast tego ograniczaliśmy siły zbrojne, prywatyzowaliśmy lub likwidowaliśmy zbrojeniówkę, traciliśmy zdolności produkcyjne. Po upadłości PZL Wola (2002 rok) straciliśmy zdolność do produkcji silników do pojazdów pancernych. Dziś na ich terenie mamy osiedla mieszkaniowe. Nie byliśmy wyjątkiem. Przykładowo Wielka Brytania i Francja całkiem straciły w tym czasie zdolność do produkowania nowych czołgów.
Nie otrzeźwił nas rok 2014, gdy Rosja podważyła europejskie i NATOwskie ambicje Ukrainy. Następne ogniska zapalne to Kaukaz, Mołdawia (której prezydent Maja Sandu jest zwolenniczką połączenia z Rumunią, czyli z UE i NATO) i państwa bałtyckie. A w przypadku tych ostatnich oczy świata w pierwszej kolejności zwrócą się na Polskę, która będzie postrzegana nie jako przedmiot gwarancji a dawca bezpieczeństwa.
To perspektywa szybsza niż 20-25 lat. A nasze zdolności do tego czasu mogą być dalece niewystarczające, głównie w zakresie lotnictwa, wywiadu satelitarnego oraz – oczywiście – potencjału nuklearnego. Nie mamy czasu, żeby czekać. Gdy pętla będzie się zaciskać – będziemy szukali pomocy. Kto realnie będzie w stanie jej udzielić?
Czy dziś jesteśmy gotowi, by zareagować na czas? Mimo planów ewentualnościowych wciąż brak wyspecjalizowanego dowództwa NATO dla wschodniej flanki. Jeżeli gdzieś zostanie skierowane ostrze agresji naszych wrogów to w państwa wschodniej flanki. Eksperci wskazują, że ze względu na różnice w stawce ryzyka trudno będzie o jednomyślność w przypadku ograniczonego konfliktu np. w Estonii, okolicach Suwałk czy litewskiego Mariampola. Czy Holendrzy albo Portugalczycy wyślą tam swoje czołgi? Czy Bundeswehra zdąży do czasu ewentualnej konfrontacji skompletować brygadę, którą zobowiązała się dyslokować na Litwę? Rosja z pewnością zrobi wszystko, by NATOwską solidarność rozbijać i jej zasoby trafią na podatny grunt – gotowość społeczeństw Europy zachodniej do służby na wojnie albo nawet zwiększania nakładów na zbrojenia jest daleka od tego na co chcielibyśmy liczyć.
Nowy blok: Przedmurze Wschodnie
Wspólna europejska armia to miraż. Różnice w interesach poszczególnych państw, skomplikowany proces decyzyjny i wątpliwa sprawczość mogą stanąć na drodze do osiągnięcia przez nią gotowości w perspektywie dekady. Złośliwi mogą wskazać, że może podzielić losy Strategii Lizbońskiej czy Zielonego Ładu – porzuconych, zapominanych, rozpadających się pod presją sprzecznych interesów. Polska ma inną stawkę ryzyka niż większość państw UE. Dla nas Rosja nie jest abstrakcją, lecz bezpośrednim zagrożeniem. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Dlatego obok współpracy z całym NATO powinniśmy wzmacniać regionalny filar bezpieczeństwa. Bukaresztańska Dziewiątka – państwa wschodniej flanki NATO od Estonii przez Polskę po Bułgarię – powinna stać się platformą realnej współpracy politycznej, gospodarczej i militarnej. Pełne zdolności mogłoby dać poszerzenie bloku o państwa skandynawskie oraz o Turcję, które wspólnie mogą utworzyć Przedmurze Wschodnie – nowy element regionalnego bezpieczeństwa z własnym, nowym regionalnym dowództwem w ramach struktur NATO i w pełnej współpracy z USA. Do tej pory Pakt mają w Europie dwa dowództwa, których struktura przestała być adekwatna do aktualnych wyzwań.
Taki blok mógłby osiągnąć zasadnicze zdolności nawet w ciągu 2-3 lat i posiadać zdolności nie tylko do blokowania rosyjskich imperialnych ambicji, ale do realnego odstraszania. Mówimy o bloku z populacją rzędu 220 mln ludzi przeciwko około 145 mln w Rosji. Państwa bloku wydają dziś od potencjalnego agresora tylko nieznacznie mniejsze pieniądze na zbrojenia (123.1 mld USD vs. 149 mld USD), posiadają trzykrotnie większą gospodarkę, podobny potencjał żołnierzy służby czynnej, przewagę w możliwych do powołania rezerwach oraz równowagę w potencjale lotniczym oraz pancernym. Rosja wydaje się mieć przewagę w obszarze praktyki realnego stosowania siły i wojskach dronowych, ale – zwróćmy uwagę – z państwami powstającego bloku z całą pewnością blisko współpracować mogłaby Ukraina, która posiada wiedzę i technologię równie sprawdzoną co rosyjska. Państwa bloku posiadają również stale rosnące zdolności do produkowania i uzupełniania sprzętu, budują zdolności rozpoznania satelitarnego, a położenie geograficzne daje kontrolę kluczowych obszarów globu dla potencjalnej konfrontacji – cieśninę Bosfor, równinę środkowoeuropejską, rosyjskie porty bałtyckie oraz Arktykę z morzem Barentsa. Z drugiej strony blok posiada nieograniczony dostęp do zaopatrywania drogą morską przez Atlantyk a Morze Bałtyckie jest praktycznie jego akwenem wewnętrznym. Dodatkowo dotyka miękkiego podbrzusza Rosji czyli Kaukazu. To silne atuty, z którymi potencjalny rywal musi się liczyć.

Poza wspólnym dowództwem, o którym pisałem wcześniej potrzebna jest infrastruktura umożliwiająca szybki przerzut sił wzdłuż flanki, wpięte we wspólną sieć logistyczną magazyny sprzętu, amunicji i paliw, zdolności ratowniczo-medyczne oraz realistyczne ćwiczenia wojskowe symulujące konflikt wysokiej intensywności. Gospodarki regionu powinny być przygotowane na funkcjonowanie w warunkach „czasu W”, z rezerwami strategicznymi i zapasową infrastrukturą energetyczną. Zamiast wyłącznie naciskać na zbrojenie Bundeswehry, powinniśmy zabiegać o to, by na naszym zapleczu powstawała infrastruktura wsparcia: centra serwisowe, magazyny paliw, węzły kolejowe i drogowe zdolne do obsługi ciężkiego sprzętu. Dodatkowo państwa położone na zachód od nowego Przedmurza Wschodniego, chronione silnym sojuszem regionalnym, powinny przeznaczać duże środki finansowe na zwiększanie zdolności tam, gdzie one mogą być realnie potrzebne. Możemy zbudować Przedmurze i dać Europie pokój, ale solidarność nakazuje, by wszyscy beneficjenci pokoju wzięli na siebie sprawiedliwą część kosztów. Dość jazdy na gapę i korzystania z renty pokoju na cudzy rachunek.
Ostatnim elementem, który uzupełni nasze zdolności to bliskie, możliwie najlepsze stosunki z USA, które choćbyśmy przeskoczyli samych siebie – przez dłuższy czas będą stanowiły jedyne realne zaplecze bezpieczeństwa Europy. Potrzebujemy żołnierzy USA na naszym terytorium. Jeżeli się da – na stałe. Z rodzinami, stałymi miejscami zamieszkania i wianuszkiem biznesu. Interesy USA w tej części Europy są jasne i zbieżne z naszymi. Warto, by potwierdzić je uwspólnieniem stawki ryzyka, które ponosimy wspólnie z naszym najważniejszym sojusznikiem od pierwszego dnia konfliktu. Dla takiego bloku powinny być wyznaczone szczególne gwarancje w USA, podobne i równoważne względem Ukrainy. To szczególnie istotne w czasie gdy zupełnie niepotrzebnie pogłębiane są podziały w samym NATO i gdy niektórzy myślą o zastąpieniu struktur Paktu armią europejską. W przypadku kryzysu i ewentualnego rozpadu sojuszu zostaniemy z własnym, regionalnym układem bezpieczeństwa, gwarantowanym przez potężnego sojusznika zza oceanu.
Między realizmem a naiwnością
Bezpieczeństwo nie jest produktem, który można kupić jednorazową inwestycją. To system, który trzeba budować latami, w czasie pokoju, zanim wybuchnie kryzys. W krótkiej i średniej perspektywie nie ma alternatywy dla strategicznej współpracy z USA. Amerykański parasol bezpieczeństwa pozostaje fundamentem odstraszania. W dłuższej perspektywie Europa może zwiększać samodzielność, ale wymaga to głębokiej reformy decyzyjnej, przemysłowej i politycznej. Koszty tej reformy mogą nie tylko być trudne do zaakceptowania, ale wręcz uniemożliwiające jej przeprowadzenie.
Wiara, że europejscy sojusznicy automatycznie zagwarantują nam bezpieczeństwo bez twardych struktur i przygotowań, byłaby naiwnością. Bezmyślne narażanie relacji transatlantyckich w imię zdobywania poklasku jest dyskwalifikujące dla polityków, którzy dopuszczają się takich gestów. Równie naiwne byłoby przekonanie, że wystarczy przeznaczyć bilion dolarów, by stworzyć system zdolny do działania pod presją. Bezpieczeństwa nie da się kupić. Można je tylko zbudować. Na to potrzeba czasu, którego nie mamy. Dlatego – czy nam się obecna administracja USA podoba czy nie – musimy zachować jak najbliższe relacje z Amerykanami.
