Co śmierdzi w śmieciowym przetargu za miliard?
Radny Piotr Uhle podczas październikowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia połączył pozornie techniczne przesunięcie budżetowe z jedną z najpoważniejszych finansowych porażek miasta ostatnich lat. W jego ocenie 400 tysięcy złotych na edukację dotyczącą segregacji odpadów to nie wydatek marginalny, lecz symbol wieloletnich zaniedbań, które mogą kosztować wrocławian nawet 100 milionów złotych.
Wystąpienie radnego było jednym z najbardziej emocjonalnych punktów sesji z 20 października 2025 roku. Formalnie chodziło o zmianę w budżecie miasta – przesunięcie 400 tysięcy złotych na działania edukacyjne związane z sortowaniem odpadów. W praktyce debata przerodziła się w szeroką diagnozę kryzysu w miejskiej polityce odpadowej.
400 tysięcy, które waży 100 milionów
Uhle rozpoczął od podkreślenia, że sprawa nie jest błaha, choć na pierwszy rzut oka może się tak wydawać. – Czterysta tysięcy złotych ma być przeznaczonych na edukację dotyczącą sortowania odpadów. Dlaczego to jest ważne? (…) Od tego, w jakiej jakości będzie przeprowadzona ta edukacja, zależą bardzo, bardzo duże pieniądze. Te „bardzo duże pieniądze” to – jak wyjaśnił – konsekwencja przegranych przez gminę Wrocław, reprezentowaną przez spółkę Ekosystem, spraw sądowych dotyczących systemu gospodarowania odpadami. Według radnego miasto do końca kadencji może stracić nawet 100 milionów złotych.
– Sto milionów złotych zostało przegrane, ponieważ nie będziemy w stanie spełnić norm segregacji odpadów. (…) Kary za te przekroczenia pokryje wrocławski podatnik. W jego ocenie nie chodzi wyłącznie o opłaty śmieciowe, lecz o realne obciążenie budżetu miasta, a więc wszystkich mieszkańców.
Kompromitacja, o której mówiła cała Polska
Radny odniósł się także do pytania, które – jak relacjonował – padło wcześniej ze strony prezesa spółki Ekosystem: skąd wiedział o skali problemu. Odpowiedź była jednoznaczna. – Ponieważ cała Polska o tym mówiła.
Jak dodał, sprawa była szeroko komentowana w całym kraju, a Wrocław stał się przykładem nieudolnie prowadzonego sporu. – Skala kompromitacji, którą Wrocław przeżył, była tak duża. Zdaniem Uhle sąd nie zakwestionował samej zasady odpowiedzialności za kary, lecz sposób, w jaki miasto przygotowało odwołania. – Sąd wypowiedział się w sprawie tego, jak żenująco źle przygotowane były wnioski Miasta Wrocławia. W jego ocenie to nie przepisy były problemem, lecz brak profesjonalizmu i właściwej strategii procesowej.
Stracone trzy lata
Wystąpienie miało również wymiar rozliczeniowy. Uhle przypomniał, że już około trzech lat temu rada procedowała projekt uchwały, który – jego zdaniem – mógł pomóc miastu osiągnąć wymagane poziomy recyklingu. – Niestety Rada odrzuciła ten program. (…) Nie wykorzystaliśmy tego czasu, aby po prostu do tego dojść.
Przypomniał, że wymogi dotyczące poziomu recyklingu były znane od 2020 roku i rosły z roku na rok – od 20 procent do 55 procent w 2025 roku. – Wrocław w ubiegłym roku już stracił możliwość osiągania tych progów segregacji odpadów i każdego roku od 2025 będzie nas to kosztowało przeciętnie trzydzieści milionów złotych, jeżeli chodzi o kary.
Ekosystem pod lupą
Centralnym punktem krytyki stała się miejska spółka odpowiedzialna za system gospodarowania odpadami – Ekosystem. Uhle wskazywał na zmiany zarządu w atmosferze skandalu oraz – jego zdaniem – brak realnych działań wzmacniających kompetencje miasta w obszarze przetwarzania odpadów. – Jedyne, co byliśmy w stanie zrobić, to powiększenie objętości naszej kompostowni o kilka procent. Radny wrócił także do kwestii przetargu na odbiór odpadów. Przypomniał wcześniejsze zapewnienia o konieczności szybkiego ogłoszenia postępowania, aby zapewnić jak największą konkurencyjność. Tymczasem – według niego – działania władz miasta prowadziły do opóźnień. – Efektem tego może być to, że konkurencyjność przetargu się zmniejszy. (…) Jeżeli przetarg jest mniej konkurencyjny, to czy cena będzie wyższa czy niższa?
Zarzuty o brak transparentności
W trakcie wystąpienia Uhle kilkukrotnie wchodził w spór proceduralny z przewodniczącą rady, która wzywała go do powrotu do meritum uchwały budżetowej. Radny przekonywał jednak, że jego argumenty pozostają w bezpośrednim związku z przesunięciem środków na edukację. – Czy Pani sobie życzy, żebym co trzydzieści sekund przypominał, że sprawa dotyczy przesunięcia budżetowego na edukację? (…) Ten związek jest bardzo ścisły.
Podniósł także wątek odmowy udostępnienia audytu dokumentacji przetargowej. – Ja wielokrotnie prosiłem o udostępnienie audytu dokumentacji przetargowej. Pan prezes odmawiał takiej informacji. W jego ocenie taki model działania podważa transparentność zarządzania publicznymi środkami.
Kto skorzystał na opóźnieniach?
Jednym z najmocniejszych fragmentów wystąpienia było pytanie o to, kto skorzystał na opóźnieniach przetargu. – Wszyscy musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, kto na tym opóźnieniu przetargu skorzystał? A skorzystały na tym firmy śmieciowe, które w tym momencie już Wrocław obsługują.
Radny zasugerował także istnienie potencjalnych konfliktów interesów, wskazując na powiązania sponsoringowe i personalne w otoczeniu władz miasta. Nie formułował jednoznacznych oskarżeń, lecz podkreślał, że sprawa wymaga wyjaśnienia i przejrzystości.
Wniosek do prokuratury
Kulminacją wystąpienia było wezwanie do podjęcia formalnych kroków prawnych. Uhle powołał się na przesłanki niegospodarności i zaapelował do przewodniczącej rady o złożenie zawiadomienia do prokuratury. – Bardzo serdecznie chciałbym prosić Panią Przewodniczącą Rady Miejskiej Wrocławia o to, aby w imieniu całej Rady zawiadomiła o możliwym popełnieniu przestępstwa w zakresie niegospodarności prokuraturę.
Na zakończenie jednoznacznie zadeklarował swoje stanowisko wobec projektu. – Opinia do projektu uchwały jest negatywna.
Edukacja jako ostatnia linia obrony
Choć wystąpienie miało ostry, momentami konfrontacyjny charakter, jego oś pozostawała niezmienna: 400 tysięcy złotych na edukację ekologiczną to dziś próba ratowania sytuacji, która – zdaniem radnego – wymknęła się spod kontroli. W jego ujęciu przesunięcie budżetowe nie jest techniczną korektą, lecz spóźnioną reakcją na wieloletnie zaniechania. Jeśli edukacja nie przyniesie realnej poprawy poziomów segregacji, miasto będzie zmuszone pokrywać kolejne kary z budżetu – kosztem szkół, dróg czy kultury. Debata o sortowaniu odpadów stała się więc debatą o standardach zarządzania miastem, odpowiedzialności politycznej i transparentności działań władz. A 400 tysięcy złotych zapisane w budżecie na 2025 rok – symbolem znacznie poważniejszego problemu.
Interpelacja: Ile kosztuje rozbudowa szczebla departamentów i zarządzanie miejskimi spółkami?
Interpelacja: Ile kosztuje rozbudowa szczebla departamentów i zarządzanie miejskimi spółkami?
Wrocławski samorząd działa dziś w warunkach rosnącej presji na finanse publiczne. Każda decyzja organizacyjna, każdy nowy szczebel zarządzania i każde dodatkowe stanowisko kierownicze powinny być więc oceniane nie tylko pod kątem administracyjnej wygody, ale także kosztów, przejrzystości i realnej efektywności. Dlatego radny Piotr Uhle skierował do Prezydenta Wrocławia interpelację dotyczącą kosztów funkcjonowania szczebla departamentów w Urzędzie Miejskim Wrocławia oraz zarządzania spółkami z udziałem Gminy Wrocław.
Interpelacja została złożona 7 września 2025 r. Radny poprosił w niej o informacje dotyczące możliwych oszczędności w funkcjonowaniu Urzędu Miejskiego, kosztów utworzenia nowych departamentów, zmian w etatyzacji, wynagrodzeń kadry kierowniczej oraz kosztów rad nadzorczych, zarządów i prokurentów w spółkach z udziałem miasta.
Nowe departamenty, nowe koszty
Radny zapytał przede wszystkim o dodatkowe koszty związane z utworzeniem Departamentu Różnorodności Społecznej, Departamentu Marki Miasta oraz Departamentu Kultury i Sportu. Interesowały go wszystkie wydatki, które nie występowały przed utworzeniem tych jednostek, w tym koszty dostosowania lub najmu nieruchomości, zakupu sprzętu i oprogramowania, mediów, opłat, wynagrodzeń oraz nowych etatów.
W odpowiedzi z 22 września 2025 r. Urząd Miejski przedstawił szacunkowe koszty wynagrodzeń wraz z pochodnymi związane z utworzeniem tych departamentów. Według przekazanych danych koszt ten wyniósł 431 907 zł w 2024 r., ma wynieść 1 497 084 zł w 2025 r., 2 195 577 zł w 2026 r. oraz po 2 226 668 zł rocznie w latach 2027–2029.
Do tego dochodzą koszty najmu pomieszczeń przy pl. Solnym 20. W 2024 r. najem kosztował 183 980,41 zł brutto, w 2025 r. zaplanowano 402 345 zł, a w latach 2026–2029 po 415 469 zł rocznie. Dodatkowe koszty mediów i sprzątania wyniosły 37 256,93 zł w 2024 r., 99 430 zł w 2025 r. i po 102 000 zł rocznie w latach 2026–2029.
Meble, sprzęt i oprogramowanie
Urząd przekazał również dane o kosztach zakupu mebli. W Departamencie Marki Miasta koszt ten wyniósł 97 526,70 zł w 2024 r. oraz 30 159,60 zł w 2025 r. W Departamencie Różnorodności Społecznej zakup mebli kosztował 155 487,99 zł w 2025 r., a w Departamencie Kultury i Sportu - 38 769,60 zł.
W odpowiedzi wskazano także nakłady na sprzęt komputerowy i oprogramowanie. Zakup sprzętu stanowiskowego, obejmujący nowe stanowiska oraz wymianę sprzętu, wyniósł 239 615,07 zł brutto, a oprogramowanie na stanowiskach pracy około 78 164,50 zł brutto. Urząd zaznaczył jednak, że nie prowadzi odrębnej inwentaryzacji dla pracowników „starych” i „nowych”, dlatego podane kwoty obejmują zarówno nowe zakupy, jak i wymianę sprzętu dla dotychczasowych pracowników.
Więcej dyrektorów i zastępców
Jednym z najważniejszych wątków interpelacji były zmiany w liczbie stanowisk kierowniczych. Radny zapytał, ilu było w Urzędzie Miejskim Wrocławia dyrektorów departamentów, zastępców dyrektorów departamentów, dyrektorów biur, zastępców dyrektorów biur, dyrektorów wydziałów i zastępców dyrektorów wydziałów według stanu z 5 września 2024 r. oraz obecnie.
Z odpowiedzi wynika, że liczba dyrektorów departamentów wzrosła z 9 do 10, liczba zastępców dyrektorów departamentów z 7 do 9, liczba dyrektorów wydziałów z 31 do 32, a zastępców dyrektorów wydziałów z 43 do 44. Liczba dyrektorów biur spadła z 22 do 21, a zastępców dyrektorów biur z 12 do 11.
Urząd wskazał również konkretne zmiany etatowe, w tym utworzenie nowego etatu dyrektora Departamentu Marki Miasta od 1 czerwca 2024 r., nowego etatu dyrektora Departamentu Kultury i Sportu od 15 października 2024 r., nowych etatów w Wydziale Promocji Miasta, Biurze Wrocław Bez Barier, Biurze Równego Traktowania i Wydziale Komunikacji Społecznej.
Ile zarabia kadra kierownicza?
W odpowiedzi przedstawiono także dane o wynagrodzeniach w Urzędzie Miejskim Wrocławia. Według stanu na 31 sierpnia 2025 r. średnie wynagrodzenie dyrektora departamentu wynosiło 18 890 zł, zastępcy dyrektora departamentu 15 922,22 zł, dyrektora biura 14 657,62 zł, dyrektora wydziału 16 312,50 zł, a zastępcy dyrektora wydziału 13 279,55 zł.
Dla porównania urząd podał także dane ze stycznia 2018 r. Wtedy średnie wynagrodzenie dyrektora departamentu wynosiło 14 485,71 zł, zastępcy dyrektora departamentu 12 550 zł, dyrektora biura 10 926,47 zł, dyrektora wydziału 11 855,89 zł, a zastępcy dyrektora wydziału 9 377,50 zł.
Te liczby pokazują skalę wzrostu wynagrodzeń w administracji miejskiej, zwłaszcza na stanowiskach kierowniczych. Pytanie o ich uzasadnienie jest więc pytaniem o relację między kosztami zarządzania a jakością usług publicznych.
Ile kosztuje szczebel departamentów?
Urząd poinformował, że w budżecie nie ma wyodrębnionej pozycji pod nazwą „koszt funkcjonowania szczebla zarządczego w randze Departamentów” ani pozycji „wydatki reprezentacyjne”. Przekazał jednak dane, które można powiązać z funkcjonowaniem tego poziomu zarządzania.
Roczny koszt wykorzystania samochodów służbowych, w tym zakup paliwa za okres 12 miesięcy, wyniósł 274 788,58 zł. Ryczałt za wykorzystywanie samochodów prywatnych do celów służbowych dyrektorów i zastępców dyrektorów departamentów wyniósł 68 059,22 zł.
W odpowiedzi przedstawiono również koszty wynagrodzeń wraz z pochodnymi dla dyrektorów i zastępców dyrektorów departamentów oraz pracowników obsługujących sekretariaty. Najwyższy koszt wskazano w Departamencie Strategii i Zrównoważonego Rozwoju - 1 099 437,40 zł, następnie w Departamencie Prezydenta - 999 378,42 zł, Departamencie Edukacji - 817 508,63 zł, Departamencie Spraw Społecznych - 767 277,31 zł oraz Departamencie Infrastruktury i Transportu - 764 818,27 zł.
Delegacje: największy koszt w Departamencie Strategii
W uzupełnieniu odpowiedzi z 2 października 2025 r. Sekretarz Miasta Wrocławia Włodzimierz Patalas przekazał zestawienie rocznych kosztów podróży służbowych dyrektorów i zastępców dyrektorów departamentów.
Najwyższy koszt wykazano w Departamencie Strategii i Zrównoważonego Rozwoju - 39 165,41 zł. Kolejne pozycje to Departament Marki Miasta - 4 885,59 zł, Departament Prezydenta - 4 369,61 zł, Departament Nieruchomości i Eksploatacji - 2 208 zł oraz Departament Edukacji - 1 423,80 zł. W kilku departamentach, w tym Infrastruktury i Transportu, Kultury i Sportu oraz Różnorodności Społecznej, wykazano 0 zł kosztów podróży służbowych.
Rady nadzorcze i zarządy spółek miejskich
Druga część interpelacji dotyczyła spółek z udziałem Gminy Wrocław. Radny zapytał o liczbę członków rad nadzorczych, wysokość ich miesięcznego wynagrodzenia i łączny koszt wynagrodzeń w latach 2018–2025, a także o wynagrodzenia zarządów i prokurentów.
Urząd przekazał obszerne zestawienia dotyczące rad nadzorczych i zarządów spółek. W odpowiedzi wskazano, że wynagrodzenie członka rady nadzorczej jest obliczane na podstawie przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, ogłaszanego przez Prezesa GUS, oraz mnożnika zależnego od wartości aktywów, przychodów i zatrudnienia w spółce.
Z załączonych tabel wynika m.in., że w 2025 r. w radach nadzorczych miejskich spółek funkcjonowały składy liczące często od 5 do 7 osób. Przykładowo MPK miało 5 członków rady nadzorczej, MPWiK 7, Stadion Wrocław 5, TBS Wrocław 5, Wrocławski Park Wodny 6, Spartan 6, Wrocławskie Inwestycje 6, Wrocławskie Mieszkania 6, a Ekosystem 6.
Dlaczego ta interpelacja jest ważna?
Ta interpelacja nie dotyczy wyłącznie tabel z wynagrodzeniami. Dotyczy standardu zarządzania miastem. Wrocław ma prawo tworzyć nowe departamenty, zmieniać strukturę organizacyjną i rozbudowywać nadzór nad spółkami. Ale mieszkańcy mają również prawo wiedzieć, ile to kosztuje, jakie przynosi efekty i czy za wzrostem wydatków administracyjnych idzie realna poprawa działania miasta.
Dane przekazane w odpowiedzi pokazują, że reorganizacja urzędu generuje stałe, wieloletnie koszty. Sam koszt wynagrodzeń związanych z nowymi departamentami ma od 2026 r. przekraczać 2,19 mln zł rocznie, a do tego dochodzą koszty najmu, sprzątania, mediów, mebli, sprzętu i oprogramowania.
W czasach, w których miasto tłumaczy wiele decyzji ograniczeniami finansowymi, każda taka kwota powinna być pokazywana wprost. Jawność kosztów zarządzania jest jednym z podstawowych warunków odpowiedzialnej polityki miejskiej.
Pełna treść interpelacji, odpowiedzi, uzupełnienia oraz załączników dostępna jest tutaj.
Interpelacja: Czy błędna konfiguracja sygnalizacji mogła zagrozić pasażerom tramwaju?
Interpelacja: Czy błędna konfiguracja sygnalizacji mogła zagrozić pasażerom tramwaju?
System ITS miał usprawniać ruch we Wrocławiu, poprawiać płynność komunikacji i zwiększać bezpieczeństwo. Jeżeli jednak sygnalizacja świetlna przekazuje uczestnikom ruchu niespójne komunikaty, zamiast pomagać - może tworzyć ryzyko. Dlatego radny Piotr Uhle skierował do Prezydenta Wrocławia interpelację w sprawie zagrożenia dla bezpieczeństwa ruchu drogowego z tytułu błędnej konfiguracji ITS.
Interpelacja dotyczyła sytuacji zaobserwowanej na przebudowanym skrzyżowaniu ulic Piastowskiej i Sienkiewicza. Radny wskazał, że 26 sierpnia 2025 r. około godziny 16:36 do przystanku podjechał tramwaj linii 9 w kierunku Sępolna. Mimo zatrzymania pojazdu przy krawędzi przystanku wiedeńskiego i otwarcia drzwi dla pasażerów, sygnalizacja świetlna dla samochodów wyświetlała zielone światło zarówno przed przystankiem, jak i przed samym skrzyżowaniem. Taka sytuacja miała trwać około 15 sekund, gdy pasażerowie wsiadali i wysiadali z tramwaju.
Problem nie dotyczy tylko jednego światła
W interpelacji radny zwrócił uwagę, że taka konfiguracja może wprowadzać kierowców w błąd i tworzyć realne zagrożenie dla pasażerów. Podkreślił, że w sytuacjach drogowych, w których często liczą się ułamki sekund, komunikaty wysyłane przez infrastrukturę powinny być spójne i jednoznaczne.
Sprawa była tym bardziej istotna, że - jak przypomniał radny - na system ITS Wrocław przeznaczył łącznie ponad 130 mln zł ze środków publicznych.
O co pytał radny?
Radny Piotr Uhle zapytał Prezydenta Wrocławia między innymi o to, czy opisana sytuacja była zgodna z założeniami działania systemu ITS, czy mogła stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz czy podobny schemat działania może występować w innych lokalizacjach.
W interpelacji pojawiły się także pytania o to, czy miasto analizowało wpływ konfiguracji ITS na bezpieczeństwo pasażerów wsiadających i wysiadających z autobusów oraz tramwajów, czy właściwe służby zgłaszały wcześniej problemy z konfiguracją systemu oraz czy podobne rozwiązania będą stosowane przy innych inwestycjach, na przykład przy ul. Świdnickiej lub ul. Nowowiejskiej.
Odpowiedź miasta: to nie był systemowy ITS
W odpowiedzi z 16 września 2025 r. Wiceprezydent Wrocławia Renata Granowska poinformowała, że skrzyżowanie Piastowska - Sienkiewicza nie pracuje w trybie systemowym ITS. Jak wyjaśniono, infrastruktura nigdy nie została doposażona w czujniki i kamery niezbędne dla systemu ITS. Jedynymi urządzeniami detekcyjnymi są czujniki TLC zainstalowane na sieci trakcyjnej, a podczas budowy przystanków wiedeńskich sytuacja ta nie uległa zmianie.
Miasto wskazało, że program działający na tym skrzyżowaniu jest programem lokalnym, akomodowanym, czyli indywidualnym rozwiązaniem, które nie ma charakteru systemowego.
Detekcja tramwaju nie zadziałała idealnie
W odpowiedzi urząd przyznał, że lokalizacja czujnika, różne umiejscowienie pantografu w poszczególnych typach tramwajów oraz różna prędkość pojazdu mogą powodować, że działanie sygnalizacji nie będzie doskonałe. Ponieważ urządzenia detekcyjne nie są na tym skrzyżowaniu dublowane, może zdarzyć się również brak zgłoszenia mimo przejazdu tramwaju.
W odniesieniu do zarejestrowanego nagrania urząd wyjaśnił, że zgłoszenie tramwaju nastąpiło podczas sygnału migania pionowej kreski na sygnalizatorze tramwajowym, czyli odpowiednika sygnału żółtego. Splot kilku parametrów - lokalizacji detektora TLC, bezwładności algorytmu i niekorzystnego momentu przyjazdu tramwaju - spowodował, że program nie przeszedł do fazy z zamkniętą śluzą tramwajową.
Miasto zapowiada korektę
Najważniejsza część odpowiedzi dotyczy działań naprawczych. Urząd poinformował, że w ramach prac korygujących zostanie zmieniona lokalizacja czujnika TLC i problem nie będzie występował w przyszłości.
Jednocześnie miasto przyznało, że każda sytuacja, w której krzyżują się trasy różnych uczestników ruchu, może prowadzić do sytuacji niebezpiecznych. Dotyczy to także pieszych wsiadających i wysiadających z tramwaju.
Analizy są, ale bez dokumentów
W odpowiedzi urząd zapewnił, że analizy działania systemu ITS wykonywane są w sposób ciągły, a przypadki nieoptymalnej pracy i sugestie korekt - zarówno dotyczące ITS, jak i sygnalizacji poza ITS - są każdorazowo analizowane. Jeśli ich zasadność zostanie potwierdzona, zmiany mają być wdrażane w terenie.
Jednocześnie miasto poinformowało, że nie posiada listy zgłaszanych spraw konfiguracji ITS w formie dokumentów możliwych do powielenia i udostępnienia. Urząd wyjaśnił przy tym, że publiczna deklaracja o przeprowadzeniu analiz nie zawsze oznacza przygotowanie materialnego opracowania. Często - jak wskazano w odpowiedzi - analiza ma charakter procesu myślowego, wymiany poglądów lub omówienia problemu, bez tworzenia dokumentu.
Czy podobny problem może wystąpić gdzie indziej?
W odpowiedzi na pytanie o inne lokalizacje miasto stwierdziło, że sytuacja na skrzyżowaniu Piastowska - Sienkiewicza jest indywidualnym rozwiązaniem, więc podobna sytuacja nie będzie miała miejsca w żadnym innym miejscu we Wrocławiu.
To ważna deklaracja, ale sprawa pokazuje szerszy problem: nawet lokalne, niestandardowe rozwiązania w organizacji ruchu muszą być projektowane i testowane z najwyższą ostrożnością. Szczególnie tam, gdzie pasażerowie wysiadają bezpośrednio na jezdnię lub w jej bliskim sąsiedztwie.
Bezpieczeństwo nie może zależeć od przypadku
Interpelacja radnego Piotra Uhle pokazała, że problem bezpieczeństwa w ruchu drogowym często ujawnia się nie w wielkich raportach, ale w konkretnych sytuacjach z codziennego życia miasta. Zielone światło dla samochodów w momencie, gdy pasażerowie wsiadają i wysiadają z tramwaju, nie powinno być traktowane jako drobna niedoskonałość techniczna. To sygnał, że system wymaga korekty.
Miasto zapowiedziało zmianę lokalizacji czujnika, co należy uznać za właściwy kierunek. Ale równie ważne jest pytanie o standard dokumentowania analiz, zgłoszeń i korekt. Jeżeli problemy z sygnalizacją są analizowane, mieszkańcy i radni powinni mieć możliwość sprawdzenia, jakie wnioski z tych analiz wynikają i jakie działania zostały podjęte.
Wrocław potrzebuje infrastruktury, która nie tylko działa „w większości przypadków”, ale przede wszystkim chroni życie i zdrowie uczestników ruchu. Szczególnie tych najbardziej narażonych: pieszych, pasażerów komunikacji zbiorowej, seniorów, dzieci i osób z ograniczoną mobilnością.
Pełna treść interpelacji i odpowiedzi dostępna jest tutaj.
Interpelacja: Co dalej z targowiskiem przy Bacciarellego i usługami dla mieszkańców Wielkiej Wyspy?
Interpelacja: Co dalej z targowiskiem przy Bacciarellego i usługami dla mieszkańców Wielkiej Wyspy?
Targowiska osiedlowe pełnią funkcję znacznie szerszą niż tylko handlową. Są miejscem codziennych zakupów, lokalnych relacji i usług dostępnych blisko domu. Dlatego przyszłość targowiska przy ul. Bacciarellego ma znaczenie nie tylko dla kupców, ale także dla mieszkańców Biskupina, Bartoszowic i całej Wielkiej Wyspy.
Radny Piotr Uhle skierował do Prezydenta Wrocławia ponowną interpelację w sprawie zabezpieczenia usług targowych dla mieszkańców Wielkiej Wyspy. Wskazał, że wcześniejsza odpowiedź dotycząca przyszłości targowiska przy ul. Bacciarellego nie wyjaśniła wszystkich istotnych kwestii.
Czy miasto zabezpieczy funkcję targowiska w planie miejscowym?
Radny zapytał, czy Gmina Wrocław rozważa zmianę miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego tak, aby zabezpieczyć funkcję usługowo-handlową na potrzeby lokalnego targowiska. Pytał również, czy miasto planuje aktywne działania w sprawie przyszłości tego miejsca, rozmowy z właścicielem terenu oraz analizę innych potencjalnych lokalizacji w najbliższym otoczeniu obecnego targowiska.
W odpowiedzi z 15 września 2025 r. Wiceprezydent Wrocławia Renata Granowska poinformowała, że gminne służby planistyczne prowadzą analizy odpowiadające na bieżące potrzeby aktualizacji struktury funkcjonalno-przestrzennej i dokumentów planistycznych. Nie wykluczono podjęcia prac planistycznych w rejonie Wielkiej Wyspy, w tym aktualizacji ustaleń obowiązującego planu miejscowego w rejonie ul. Bacciarellego.
Miasto zaznaczyło jednak, że kluczowe będzie przeanalizowanie relacji między obszarem obecnego targowiska, terenami zieleni oraz przyszłym wyposażeniem transportu publicznego w pętlę.
Rozmowy z kupcami, nie z właścicielem
Radny pytał także, kiedy po raz ostatni przedstawiciele Urzędu Miejskiego rozmawiali z użytkownikiem wieczystym terenu targowiska i jakie były wyniki tych rozmów.
W odpowiedzi miasto poinformowało, że na początku września 2025 r. pracownicy Biura Rozwoju Gospodarczego rozmawiali z kupcami na targowisku przy ul. Bacciarellego. Rozmowy miały związek z informacjami, że targowisko rzekomo zostanie zamknięte. Kupcy mieli przekazać, że odbyli rozmowy z przedstawicielem właściciela terenu, który zapewnił ich o dalszym funkcjonowaniu targowiska.
Urząd wskazał również, że kupcy podziękowali przedstawicielom miasta za zainteresowanie sprawą. Jednocześnie z odpowiedzi wynika, że miasto nie informuje o własnych rozmowach z właścicielem lub użytkownikiem wieczystym terenu, lecz opisuje przede wszystkim kontakt z kupcami.
Miasto nie szuka nowej lokalizacji, bo nie ma wniosku kupców
Jednym z najważniejszych pytań było to, czy Urząd zamierza przyjąć aktywną rolę w poszukiwaniu rozwiązania dla kupców i mieszkańców Wielkiej Wyspy, czy pozostanie przy postawie wyczekującej, ograniczonej do reagowania na inicjatywy prywatne.
Miasto odpowiedziało, że decyzja o miejscu prowadzenia działalności handlowej należy wyłącznie do przedsiębiorców. Urząd nie ingeruje w ich wybory, a jedynie informuje o dostępnych opcjach w ramach funkcjonujących targowisk miejskich.
W odpowiedzi wskazano także, że w sprawie targowiska przy ul. Bacciarellego służby miejskie nie otrzymały od kupców wniosku dotyczącego znalezienia nowej lokalizacji. W związku z tym nie podejmowano działań mających na celu pozyskanie gruntów od osób prywatnych lub publicznych na organizację targowiska w innym miejscu.
Alternatywne targowiska są daleko od Wielkiej Wyspy
Radny zapytał, dlaczego kupcom wskazano targowiska znajdujące się w zupełnie innych częściach miasta, skoro głównymi użytkownikami targowiska przy Bacciarellego są mieszkańcy Wielkiej Wyspy.
Miasto odpowiedziało, że kupcom nie zaproponowano przeniesienia działalności na inne targowiska miejskie, ponieważ prywatne targowisko przy ul. Bacciarellego nadal funkcjonuje. Wskazane miejsca, takie jak Bazar Komandor, Targowisko Niedźwiedzia, Targ na Ptasiej, Ryneczek Jemiołowa oraz mini targowiska przy ul. Lotniczej i Żmigrodzkiej, miały stanowić jedynie alternatywne lokalizacje dostępne w przypadku, gdyby przedsiębiorcy sami poszukiwali nowych miejsc do prowadzenia handlu.
Urząd dodał, że z rozmów z kupcami wynika, iż współpraca z deweloperem, czyli właścicielem terenu, układa się dobrze i nie zamyka on targowiska.
Miasto dostrzega rolę targowisk, ale nie deklaruje konkretnego działania
W odpowiedzi na pytanie o potrzebę zabezpieczenia usług handlowych w bezpośredniej bliskości mieszkańców Wielkiej Wyspy miasto przyznało, że dostrzega wielowymiarowe znaczenie handlu targowego. Wskazano, że targowiska są nie tylko ofertą usługową, ale mają także duże znaczenie dla relacji społecznych na osiedlach.
Gminne służby planistyczne mają obserwować zmieniające się potrzeby mieszkańców w zakresie dostępu do usług i cyklicznie oceniać aktualność obowiązujących miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.
To ważna deklaracja, ale na razie nie oznacza konkretnej decyzji o zabezpieczeniu targowiska przy Bacciarellego ani o wskazaniu nowej lokalizacji na Wielkiej Wyspie.
Tramwaj na Bartoszowice poza priorytetami do 2032 roku
W interpelacji radny zapytał również, czy Prezydent nadal traktuje jako zobowiązanie obietnicę budowy linii tramwajowej na Bartoszowice oraz jaki jest harmonogram działań w tej sprawie.
Miasto odpowiedziało, że trasa tramwajowa na Bartoszowice została przeanalizowana w ramach Wrocławskiego Programu Tramwajowego 2.0, podobnie jak 38 innych tras. Analiza posłużyła do priorytetyzacji zadań tramwajowych i ułożenia harmonogramu ich realizacji.
Z odpowiedzi wynika, że za priorytetowe uznano trasy prowadzące na osiedla silnie zurbanizowane lub intensywnie rozwijające się, które obecnie nie mają dostępu do sieci tramwajowej. Trasa na Bartoszowice nie znalazła się wśród projektów priorytetowych do realizacji do 2032 r. Miasto podkreśliło jednak, że nie oznacza to rezygnacji z idei budowy tramwaju w tym kierunku, lecz jedynie uznanie, że obecnie nie jest to odcinek priorytetowy.
Wielka Wyspa potrzebuje usług blisko domu
Odpowiedź miasta pokazuje, że targowisko przy ul. Bacciarellego na razie funkcjonuje, a według informacji przekazanych przez kupców właściciel terenu nie planuje jego zamknięcia. Jednocześnie sprawa nie została systemowo rozwiązana. Targowisko działa na terenie prywatnym, a miasto nie deklaruje obecnie aktywnego poszukiwania alternatywnej lokalizacji ani nie wskazuje konkretnego harmonogramu zabezpieczenia funkcji handlowej w planie miejscowym.
To istotne, bo usługi targowe są częścią codziennego życia osiedla. Dla wielu mieszkańców, zwłaszcza seniorów i osób poruszających się pieszo, lokalne targowisko oznacza możliwość zrobienia zakupów blisko domu, bez konieczności przejazdu do odległych części miasta.
Interpelacja radnego Piotra Uhle pokazuje więc szerszy problem: czy miasto traktuje lokalny handel jako element infrastruktury społecznej, który warto zabezpieczać planistycznie, czy jako działalność pozostawioną wyłącznie prywatnym decyzjom właścicieli terenów i kupców.
Wrocław deklaruje, że dostrzega społeczną rolę targowisk. Teraz kluczowe jest to, czy za tą deklaracją pójdą konkretne decyzje planistyczne i organizacyjne, które zapewnią mieszkańcom Wielkiej Wyspy dostęp do usług handlowych w zasięgu codziennego, pieszego dojścia.
Pełna treść interpelacji i odpowiedzi dostępna jest tutaj
Interpelacja: Co dalej z organizacją ruchu na Karłowicach?
Interpelacja: Co dalej z organizacją ruchu na Karłowicach?
Karłowice od lat mierzą się z problemem nadmiernego ruchu samochodowego na ulicach osiedlowych. Z jednej strony mieszkańcy oczekują uspokojenia ruchu, poprawy bezpieczeństwa pieszych i ograniczenia tranzytu przez osiedle. Z drugiej - planowane i realizowane inwestycje, w tym przebudowa ul. Chrzanowskiego oraz budowa nowej szkoły, mogą zmienić codzienne potoki ruchu. Dlatego radny Piotr Uhle skierował do Prezydenta Wrocławia interpelację dotyczącą organizacji ruchu na osiedlu Karłowice.
Interpelacja została złożona po wcześniejszej odpowiedzi miasta na pytania z 13 sierpnia 2025 r. Radny wskazał, że część kwestii pozostała niejednoznaczna lub nie została w pełni wyjaśniona. Pytania dotyczyły przede wszystkim aktualności koncepcji uspokojenia ruchu z 2021 r., skutków przebudowy ul. Chrzanowskiego, konsultacji społecznych, wpływu nowej szkoły na bezpieczeństwo ruchu oraz przejścia dla pieszych w rejonie ul. Kasprowicza i Wincentego Pola.
Czy koncepcja uspokojenia ruchu nadal obowiązuje?
Radny zapytał, czy koncepcja uspokojenia ruchu z 2021 r. jest w dalszym ciągu traktowana przez Urząd jako obowiązujący dokument, czy też utraciła znaczenie decyzyjne. Prosił również o wskazanie kryteriów i harmonogramu ewentualnego wdrożenia tej koncepcji.
W odpowiedzi z 15 września 2025 r. Wiceprezydent Wrocławia Renata Granowska poinformowała, że koncepcja uspokojenia ruchu z 2021 r. pozostaje aktualna. Jej dalsze losy mają być jednak uzależnione od zakończenia przebudowy ul. Chrzanowskiego, planowanej do końca 2026 r., oraz od późniejszego unormowania ruchu pojazdów na osiedlu.
Miasto przewiduje przeprowadzenie pomiarów ruchu na ulicach Konopnickiej i Chrzanowskiego około maja 2027 r. Dopiero wyniki tych analiz mają być podstawą do podjęcia decyzji o ewentualnej aktualizacji koncepcji.
Chrzanowskiego bez prognoz natężenia ruchu
Jedno z pytań dotyczyło tego, czy Urząd przygotowywał, zlecał lub planuje przygotować prognozy natężenia ruchu w rejonie ulic Pola, Konopnickiej, Kamieńskiego i Kasprowicza. Radny pytał również, czy wyniki takich analiz zostaną udostępnione opinii publicznej.
W odpowiedzi miasto wskazało, że ul. Chrzanowskiego pełni funkcję drogi o charakterze osiedlowym, dlatego dla tego odcinka nie przewidziano sporządzania prognoz natężenia ruchu. Jednocześnie na październik 2025 r. zaplanowano wykonanie pomiarów natężenia ruchu na ul. Marii Konopnickiej. Wyniki tych badań mają stanowić materiał porównawczy dla pomiarów planowanych po wybudowaniu ul. Chrzanowskiego.
Urząd zadeklarował także, że wyniki pomiarów będą mogły zostać udostępnione mieszkańcom na ich wniosek.
Konsultacje społeczne? Miasto wskazuje na Radę Osiedla
Radny zapytał również o powody odstąpienia od konsultacji społecznych, mimo że poprzednie konsultacje w tej sprawie odbyły się w 2021 r., a od tego czasu pojawiły się nowe okoliczności, w tym budowa szkoły przy ul. Kamieńskiego oraz przebudowa ul. Chrzanowskiego.
Miasto odpowiedziało, że w 2021 r. konsultacje dotyczące zmian w organizacji ruchu na terenie osiedla przeprowadziła Rada Osiedla Karłowice przy udziale przedstawicieli Urzędu Miejskiego. W odpowiedzi podkreślono, że kompetencje w zakresie prowadzenia takich konsultacji należą do Rady Osiedla.
To oznacza, że urząd nie zapowiedział własnych konsultacji w tej sprawie, przenosząc ciężar inicjatywy konsultacyjnej na poziom osiedlowy.
Nowa szkoła i bezpieczeństwo ruchu
W interpelacji radny zapytał, czy Urząd analizował wpływ lokalizacji nowej placówki szkolnej na bezpieczeństwo ruchu drogowego i pieszego na osiedlu, zwłaszcza w bezpośrednim sąsiedztwie istniejącej Szkoły Podstawowej nr 20.
W odpowiedzi miasto poinformowało, że analizowało wpływ powstania nowej placówki na bezpieczeństwo ruchu drogowego w jej sąsiedztwie. Zdaniem Urzędu w rejonie istniejącej Szkoły Podstawowej nr 20 oraz w pobliżu planowanej inwestycji infrastruktura komunikacyjna i oznakowanie są kompletne i nie wymagają dalszych działań wynikających z uruchomienia nowej szkoły.
Przejście przy Kasprowicza i Wincentego Pola zostaje
Ostatni blok pytań dotyczył przejścia dla pieszych przez ul. Kasprowicza przy skrzyżowaniu z ul. Wincentego Pola. Radny pytał, czy urząd analizował wpływ obecnego usytuowania przejścia na bezpieczeństwo pieszych i płynność ruchu samochodowego, zwłaszcza w kontekście manewru skrętu w lewo.
Miasto odpowiedziało, że przejście funkcjonuje w obecnej lokalizacji od lat, obsługuje przystanek autobusowy przy ul. Kasprowicza i zapewnia wygodne dojście do przystanku od strony ul. Wincentego Pola. Z tego względu nie jest planowana zmiana lokalizacji przejścia.
Urząd wskazał również, że około 2014 r., w wyniku analizy bezpieczeństwa pieszych, przejście zostało wyposażone w sygnalizację świetlną.
Dlaczego miasto nie chce rozbudowy sygnalizacji?
W odpowiedzi pojawiła się także informacja o możliwym wariancie zmian. Urząd wskazał, że potencjalnym rozwiązaniem kwestii wyjazdu z ul. Wincentego Pola mogłoby być rozszerzenie sygnalizacji świetlnej na całe skrzyżowanie ulic Kasprowicza i Wincentego Pola wraz z dobudową przejścia dla pieszych przez ul. Kasprowicza od strony zachodniej.
Miasto nie planuje jednak ujęcia takiego zadania w budżecie. Argumentuje, że przeniesienie przejścia lub rozbudowa sygnalizacji mogłyby sprzyjać zwiększaniu tranzytu samochodowego przez osiedle. Zdaniem Urzędu więcej kierowców mogłoby wtedy decydować się na skracanie drogi przez Karłowice, co pogłębiłoby problem nadmiernego ruchu kołowego, na który już dziś skarżą się mieszkańcy.
Karłowice czekają na decyzje po 2027 roku
Odpowiedź miasta pokazuje, że w sprawie organizacji ruchu na Karłowicach kluczowe decyzje zostały w praktyce przesunięte na czas po zakończeniu przebudowy ul. Chrzanowskiego i po wykonaniu pomiarów ruchu. Z jednej strony to podejście ostrożne: miasto chce ocenić sytuację po zmianach infrastrukturalnych. Z drugiej strony mieszkańcy mogą mieć poczucie, że realne decyzje o uspokojeniu ruchu odsuwane są o kolejne lata.
Najważniejsza deklaracja brzmi: koncepcja uspokojenia ruchu z 2021 r. pozostaje aktualna. Ale jej aktualność nie oznacza jeszcze wdrożenia. Dopiero pomiary planowane na około maj 2027 r. mają zdecydować, czy dokument będzie aktualizowany i jakie działania zostaną podjęte.
Sprawa Karłowic pokazuje szerszy problem zarządzania ruchem na wrocławskich osiedlach. Miasto musi godzić potrzeby mieszkańców, bezpieczeństwo pieszych, obsługę szkół, komunikację publiczną i ograniczanie tranzytu. Dlatego potrzebne są nie tylko pomiary, ale także czytelny harmonogram decyzji, jasna komunikacja z mieszkańcami i realne wdrażanie rozwiązań uspokajających ruch tam, gdzie osiedlowe ulice zaczynają pełnić funkcję skrótów dla samochodów.
Pełna treść interpelacji i odpowiedzi dostępna jest tutaj
Interpelacja: Czy mobilny SZOT wystarczy do zbiórki tekstyliów we Wrocławiu?
Interpelacja: Czy mobilny SZOT wystarczy do zbiórki tekstyliów we Wrocławiu?
Od 2025 roku gminy mają obowiązek selektywnego zbierania odpadów tekstylnych i odzieży. We Wrocławiu miasto postawiło przede wszystkim na mobilny system SZOT oraz możliwość oddawania tekstyliów do PSZOK-ów. Radny Piotr Uhle skierował do Prezydenta Wrocławia interpelację uzupełniającą w sprawie odbioru odpadów tekstylnych, pytając, czy przyjęty model rzeczywiście odpowiada na potrzeby mieszkańców i czy jest najlepszy ekonomicznie.
Interpelacja dotyczyła nieprecyzyjnej i niekompletnej odpowiedzi na wcześniejsze pytania o zbiórkę tekstyliów we Wrocławiu. Radny poprosił o doprecyzowanie danych, na podstawie których miasto uznało model stałych pojemników za nieskuteczny, o wskazanie przykładów z innych samorządów, oszacowanie kosztów alternatywnych rozwiązań oraz odniesienie się do problemów zgłaszanych przez mieszkańców.
Dlaczego nie stałe pojemniki?
W odpowiedzi z 15 września 2025 r. Wiceprezydent Wrocławia Renata Granowska poinformowała, że spółka Ekosystem dysponuje raportem końcowym z badania ilości i składu odpadów komunalnych w cyklu rocznym z lat 2022–2023. Raport liczy 394 strony i może zostać udostępniony radnemu w siedzibie spółki po wcześniejszym umówieniu.
Według miasta wyniki raportu wskazują, że udział tekstyliów w całkowitym strumieniu odpadów komunalnych jest niewielki i nie przekracza średnio kilku procent masy odpadów zmieszanych. Urząd argumentuje, że tekstylia wyrzucane do odpadów zmieszanych są często zanieczyszczone, tracą wartość użytkową i recyklingową, a w konsekwencji muszą być traktowane jako odpady resztkowe.
Na tej podstawie miasto uznało, że ustawianie stacjonarnych pojemników na tekstylia mogłoby generować dodatkowe trudności: zaśmiecanie otoczenia, podrzucanie odpadów nieprzeznaczonych do recyklingu oraz wzrost kosztów obsługi.
Doświadczenia innych miast
Radny pytał także o konkretne przykłady innych samorządów. W odpowiedzi miasto wskazało Warszawę, Poznań, Lublin i Łódź. Według przekazanych informacji Warszawa korzysta z modelu objazdowego w ramach mobilnych punktów zbiórki odpadów problemowych, Poznań stosuje Mobilny PSZOK, a Lublin łączy odbiór w PSZOK-ach z mobilnym punktem zbiórki.
Jako przykład problemów z pojemnikami stacjonarnymi wskazano Łódź, gdzie ustawiono ponad 50 pojemników na odzież i tekstylia. Z odpowiedzi wynika, że pojemniki te miały być często wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem, a w wielu lokalizacjach odnotowywano podrzucanie odpadów zmieszanych i gabarytowych, co powodowało zanieczyszczenie surowca oraz wzrost kosztów.
Miasto uznało więc, że wrocławski model mobilny jest rozwiązaniem bardziej optymalnym, ponieważ pozwala na kontrolę jakości zbieranych tekstyliów i ogranicza ryzyko powstawania nielegalnych wysypisk.
Ile kosztowałyby stałe pojemniki?
Jednym z najważniejszych pytań radnego była kalkulacja kosztów uruchomienia systemu stałych pojemników. W odpowiedzi miasto podało, że koszt zakupu jednego pojemnika na odzież i tekstylia wynosi około 4 tys. zł brutto. Gdyby w każdej jednostce urbanistycznej ustawić liczbę pojemników odpowiadającą obecnym kursom i postojom SZOT, koszt samego uruchomienia systemu przekroczyłby 1 mln zł.
Urząd przedstawił także kalkulację dla 263 ogólnodostępnych pojemników. Łączny roczny koszt takiego systemu oszacowano na 4 167 301,60 zł. W tej kwocie ujęto m.in. koszty stałe w wysokości 2 305 200 zł, w tym ubezpieczenie i amortyzację, oraz koszty zmienne i operacyjne w wysokości 1 862 101,60 zł, obejmujące odbiór i zagospodarowanie odpadów, wynagrodzenia pracowników oraz paliwo.
Miasto podkreśliło, że w systemie SZOT kierowca mobilnego punktu może na bieżąco weryfikować stan i czystość przekazywanych materiałów. Odzież i tekstylia są gromadzone w workach, co ma ograniczać ryzyko zanieczyszczenia strumienia i konieczności przekwalifikowania go do odpadów zmieszanych.
Czy mieszkańcy mają wygodny dostęp do usługi?
Radny wskazywał na zgłaszane przez mieszkańców trudności: konieczność specjalnego dojazdu do PSZOK-ów, dopasowywanie się do harmonogramów SZOT-ów oraz bariery dla osób wykluczonych cyfrowo.
W odpowiedzi miasto poinformowało, że system zbiórki odzieży i tekstyliów funkcjonuje obecnie w 263 punktach na terenie całego miasta. Na poszczególnych osiedlach SZOT pojawia się od 3 do 13 razy w miesiącu, zwykle w godzinach popołudniowych, między 16:00 a 20:00, w zależności od lokalizacji. Zdaniem urzędu taki model jest bardziej elastyczny i dogodny niż pojedyncze pojemniki ustawione na stałe w przestrzeni publicznej.
Miasto wskazało również, że Ekosystem współpracuje z radami osiedli i zarządcami nieruchomości, prosząc ich o rozpowszechnianie informacji na tablicach ogłoszeń i w klatkach schodowych. Mieszkańcy mogą także uzyskać informacje o najbliższych postojach SZOT poprzez Biuro Obsługi Klienta spółki.
Promocja i edukacja
W odpowiedzi wymieniono działania promujące system SZOT. Były to m.in. akcje na wrocławskim Rynku, informacje przekazywane radom osiedli, podstawienia SZOT-a podczas wydarzeń edukacyjnych, spotkania z mieszkańcami i seniorami, udział w lokalnych wydarzeniach osiedlowych oraz inicjatywa „Wieszak ostatniej szansy”.
Miasto wskazało także na działania pośrednie: emisję programu edukacyjnego „Segregowanie na tak” w TVP3, udział pracowników w audycjach radiowych oraz przygotowanie nowych grafik, plakatów i ulotek promujących SZOT.
Kary za poziomy selektywnej zbiórki
Radny pytał również o porównanie kosztów dodatkowych form zbiórki z potencjalnymi karami za niewywiązanie się z obowiązkowych poziomów selektywnej zbiórki. W odpowiedzi miasto wskazało, że wysokość takich kar ustalana jest indywidualnie przez właściwy organ. Jednocześnie poinformowano, że obecnie nie toczy się postępowanie mające na celu nałożenie kar na Gminę Wrocław za nieosiągnięcie ustawowych poziomów.
Urząd stwierdził także, że wdrożony we Wrocławiu model mobilnych punktów SZOT został zaprojektowany tak, aby minimalizować ryzyko nieosiągnięcia wymaganych poziomów selektywnej zbiórki.
Wygoda mieszkańców kontra kontrola systemu
Odpowiedź miasta pokazuje, że Wrocław świadomie wybrał model mobilny, argumentując to kontrolą jakości, niższym ryzykiem zanieczyszczenia tekstyliów oraz kosztami systemu stacjonarnych pojemników. To racjonalne argumenty, zwłaszcza jeśli pojemniki miałyby stać się miejscami podrzucania odpadów zmieszanych i gabarytowych.
Jednocześnie interpelacja radnego Piotra Uhle dotyka ważnego problemu: system odpadowy powinien być nie tylko efektywny z punktu widzenia spółki, ale także realnie dostępny dla mieszkańców. Mobilny SZOT może działać dobrze tam, gdzie mieszkańcy znają harmonogram, mogą się do niego dostosować i mają możliwość przyniesienia tekstyliów w określonym czasie. Dla części osób - seniorów, osób z niepełnosprawnościami, mieszkańców pracujących zmianowo czy wykluczonych cyfrowo - taki model może być mniej wygodny niż stałe, dobrze utrzymane punkty zbiórki.
Dlatego najważniejsze pytanie brzmi nie tylko: czy SZOT działa? Równie ważne jest pytanie, czy Wrocław regularnie bada dostępność tej usługi, liczbę użytkowników, masę zebranych tekstyliów, potrzeby mieszkańców i ewentualne luki w systemie. Dopiero takie dane pozwolą ocenić, czy model mobilny jest wystarczający, czy powinien zostać uzupełniony dodatkowymi formami zbiórki.
Pełna treść interpelacji i odpowiedzi dostępna jest tutaj
Dwukadencyjność czy feudalizm? Wrocław zajął stanowisko
Czy ograniczenie liczby kadencji w samorządzie to zamach na demokrację, czy przeciwnie – jej wzmocnienie? Podczas sesji Rady Miejskiej Wrocławia 11 września 2025 roku radny Piotr Uhle przekonywał, że dwukadencyjność to nie ograniczenie wolności, lecz bezpiecznik chroniący wspólnotę przed koncentracją władzy. W jego wystąpieniu wybrzmiało ostrzeżenie przed personalizacją przywództwa i apelem o obronę obywatelskiego charakteru samorządów.
Debata dotyczyła stanowiska wobec projektu ustawy zmieniającej obowiązujące przepisy o dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Uhle nie krył zaskoczenia samą inicjatywą legislacyjną i od początku jasno określił swoją pozycję.
Wynik konsultacji jest zerojedynkowy
Radny przypomniał, że aktywnie zachęcał mieszkańców do udziału w konsultacjach społecznych. Jak podkreślił, rezultat był jednoznaczny.
– Byłem bardzo zaskoczony, kiedy zobaczyłem, że taki projekt ustawy został przygotowany. Uczestniczyłem i zachęcałem aktywnie mieszkańców do udziału w konsultacjach społecznych. Wynik tych konsultacji społecznych jest zerojedynkowy i bardzo wyraźny.
W jego ocenie obywatele nie chcą powrotu do modelu, w którym lokalna władza skupiona jest w rękach jednej osoby przez długie lata.
– Polki, Polacy nie chcą, żeby samorządy zmieniały się w stronę feudalizmu, tylko chcą, żeby zmieniały się w stronę obywatelskości.
To zestawienie – feudalizm kontra obywatelskość – stało się osią całego wystąpienia. Uhle przekonywał, że debata o kadencjach nie jest techniczną dyskusją o przepisach, lecz fundamentalnym sporem o model sprawowania władzy.
Dwukadencyjność to nie dożywotni zakaz
Jednym z głównych argumentów radnego było sprostowanie – jego zdaniem – błędnego przekonania, że obecne przepisy eliminują samorządowców z życia publicznego po dwóch kadencjach.
– To nie jest zakaz sprawowania funkcji z wyboru po dwóch kadencjach do śmierci. To jest zakaz sprawowania dłużej niż dwa razy z rzędu danej funkcji.
Podkreślił, że po pięcioletniej przerwie dana osoba może ponownie ubiegać się o stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. Wskazywał przy tym na opinie konstytucjonalistów, według których rozwiązanie to nie narusza istoty praw obywatelskich.
– Wszystkich dotyczy to w sposób równy, nikogo nie dyskryminuje, a niesie za sobą dużo pozytywnych skutków.
W jego ocenie ograniczenie liczby następujących po sobie kadencji jest minimalną ingerencją w wolność kandydowania, a zarazem istotnym zabezpieczeniem systemowym.
Duch Konstytucji i ryzyko koncentracji władzy
Radny odwołał się do Konstytucji RP i analogicznego ograniczenia w przypadku głowy państwa.
– Duch Konstytucji Rzeczypospolitej wskazuje na podobny zapis przy funkcji prezydenta Rzeczypospolitej.
Według Uhle takie rozwiązania nie są przypadkowe. Mają chronić wspólnotę przed nadmierną koncentracją władzy i związanymi z nią pokusami.
– Wszystkie narzędzia i instytucje kontrolowane przez jedną osobę niosą za sobą pokusę, aby władzę demokratyczną zawłaszczać w sposób budzący wątpliwości, nawet dążący do autorytaryzmu.
W swoim wystąpieniu radny wskazał, że w Europie istnieją przykłady państw, które zaczynały jako demokracje, lecz w wyniku osłabienia mechanizmów kontrolnych przekształcały się w systemy autorytarne.
– Raz utraconego demokratycznego systemu władzy można już potem po prostu nie odzyskać.
Kult jednostki i lokalne koterie
Uhle przeniósł następnie ciężar argumentacji na poziom samorządowy. Jego zdaniem w wielu gminach w Polsce można zaobserwować zjawiska personalizacji władzy i budowania lokalnych układów.
– Podobne procesy budowania swoistego kultu jednostki, otaczania się różnego rodzaju koteriami, środowiskami, grupami wpływu obserwujemy w bardzo licznych samorządach w Polsce.
Przypomniał, że w czerwcu w Zabrzu odbyła się konferencja „Odzyskajmy nasze miasta”, na której spotkały się ruchy obywatelskie z różnych części kraju – m.in. z Gdyni, Rzeszowa, Łodzi i Krakowa. W jego ocenie problemy, o których tam mówiono, mają charakter uniwersalny.
– Te procesy nie są wyjątkowe w poszczególnych gminach. Różnią się konkretnym nazwiskiem, ale ich wspólny mianownik jest ten sam.
System instytucjonalny czy przywództwo personalne?
Centralnym pytaniem wystąpienia stało się to, jak powinno wyglądać przywództwo w samorządzie.
– Albo mamy silny system obywatelski, który funkcjonuje wtedy, kiedy mamy dobre instytucje i jesteśmy gotowi prowadzić dialog, albo opieramy się o przywództwo bardziej personalne.
Zdaniem Uhle uzależnianie jakości funkcjonowania gminy od jednej popularnej osoby jest dowodem słabości instytucji.
– Jeżeli od obecności jednego przywódcy zależy to, czy gmina będzie funkcjonowała lepiej albo gorzej, to znaczy, że nie zdaliśmy egzaminu jako klasa polityczna i jako klasa samorządowa.
W jego ocenie to nie jednostki powinny być fundamentem stabilności samorządu, lecz sprawne procedury, transparentność i zdolność do dialogu.
Odpowiedzialność za przygotowanie następcy
Radny sformułował także tezę o odpowiedzialności wieloletnich włodarzy za budowanie zaplecza i przygotowanie następców.
– Każdy wójt, burmistrz, prezydent miasta nie zdaje egzaminu na przywództwo polityczne, jeżeli w ciągu dziesięciu lat nie przygotuje potencjalnego następcy.
Według niego brak takiego przygotowania świadczy o koncentracji władzy i braku myślenia o ciągłości instytucjonalnej.
W tym kontekście dwukadencyjność jawi się jako mechanizm wymuszający naturalną rotację i rozwój nowych liderów, a nie jako kara dla dotychczasowych włodarzy.
Apel do parlamentarzystów
Na zakończenie Uhle zwrócił się do parlamentarzystów, którzy wkrótce mieli procedować projekt ustawy w Sejmie.
– Liczę na to, że nasi posłowie dolnośląscy i wrocławscy zagłosują za obywatelskimi samorządami, a nie za powrotem do czasów czy w kierunku feudalnym.
Wyraził przekonanie, że stanowiska podejmowane przez Radę Miejską Wrocławia są czytane i analizowane na szczeblu krajowym.
– Bardzo wierzę, że nasi parlamentarzyści uważnie czytają to, co wydaje w świat Rada Miejska Wrocławia.
Spór o model samorządu
Wystąpienie Piotra Uhle nie było jedynie głosem w bieżącej debacie legislacyjnej. Stało się szerszym komentarzem do kondycji polskiego samorządu i napięcia między stabilnością przywództwa a potrzebą rotacji.
W jego narracji dwukadencyjność to element systemu zabezpieczeń, który ma chronić wspólnotę przed nadmiernym skupieniem władzy i utratą obywatelskiego charakteru lokalnej polityki. Przeciwnicy widzą w niej ograniczenie wyboru i osłabienie skutecznych liderów.
Spór o liczbę kadencji okazał się więc sporem o to, czy samorząd ma być przede wszystkim przestrzenią silnych instytucji i dialogu, czy też opierać się na długotrwałym, personalnym przywództwie. W tej debacie radny Uhle jednoznacznie opowiedział się po stronie pierwszego rozwiązania, ostrzegając, że od jakości tych decyzji zależy przyszłość lokalnej demokracji.
Nowy porządek świata. Europa stanie po stronie USA czy Chin?
Teorie o końcu historii czy nadzieje na trwałą rezygnację z użycia siły w realizacji interesów międzynarodowych okazały się iluzją. Współczesny świat staje się na nowo dwubiegunowy, z nowymi biegunami: Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Europa, choć w niektórych głowach nadal trwają sny o potędze, znajduje się na rozdrożu.
W tej sytuacji Polska musi dokonać strategicznego wyboru, który określi jej miejsce w tej nowej rzeczywistości. Dokonanie tego wyboru oraz zdolność do dotrzymania zobowiązań, które z niego wynikają to test na dojrzałość naszej klasy politycznej oraz siły naszej państwowości jako takiej.
Jakie są przyczyny obecnej sytuacji? Jakie wnioski należy wyciągać z porozumienia surowcowego między USA a Ukrainą? Czy zbudujemy w północno-wschodniej części Europy wał broniący zachód przed groźbami ze wschodu? Czy porozumienie militarne krajów nowej Europy przełożyć się może na pogłębienie przymierza politycznego, również wewnątrz Unii Europejskiej? Czy wystarczy nam siły, by przekształcić politykę NATO w tej części kontynentu?
Na te pytania ostatecznych odpowiedzi udzieli czas, jednak jestem głęboko przekonany, że naszym obowiązkiem jest próba udzielenia ich dziś, by zarysować nadchodzące zmiany i wykorzystać je dla interesu Polski oraz Europy.
Co zrobiłaby Europa gdyby USA upadły?
Wykonajmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie sobie scenariusz – w jakim miejscu znalazła by się Unia Europejska i Polska w szczególności gdyby USA nawet nie upadły ale ich siła została zredukowana do poziomu mocarstwa regionalnego?
Raport Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS) „Defending Europe Without the United States: Costs and Consequences” z maja 2025 roku analizuje koszty obrony przed przyszłym zagrożeniem ze strony Rosji bez wsparcia Stanów Zjednoczonych. I tak, Europa mogłaby funkcjonować bez wojskowego wsparcia Ameryki, ale zastąpienie jej potencjału zajęłoby ćwierć wieku i pochłonęłoby w tym okresie nawet 1 bilion dolarów.
Czy stać nas na takie wydatki? Czy mamy te 25 lat na uzupełnienie luki po wielkim sojuszniku? Czy to jedyne koszty, które musielibyśmy ponieść? Czy mamy zdolność do podjęcia decyzji i jej wyegzekwowania? Każdy może ocenić samodzielnie, najlepiej biorąc pod uwagę skuteczność wdrażania Strategii Lizbońskiej czy nowego Zielonego Ładu. Na sam koniec – czy społeczeństwa stojące przed wyborem czy przeznaczać 4 lub 5% PKB na zbrojenia będą gotowe na podobne wyrzeczenia, czy też zmiotą swoich liderów z jakże wygodnych stołków?
Skostniała Europa potrzebuje przecież pieniędzy na odbudowę zapóźnionej gospodarki. Jak znaleźć jednocześnie pieniądze na obronność i rozbudzenie lekko zatartej maszyny gospodarczej? Gdzie jest granica zadłużania się Europy? Bo jedynym źródłem jego spłaty jest wzrost gospodarczy, a tego w sposób trwały nie wygenerują nowe czołgi, które po wyprodukowaniu czekają w garażach i magazynach. Do części elit europejskich ta sytuacja zaczyna docierać, jednak wydaje się, że nadal zbyt wolno.
A z drugiej strony zastanówmy się – czym byłaby potęga USA po upadku Europy? W każdym z wypadków drugą stronę czeka marginalizacja. W przypadku Europy powolna, bo rosnące potęgi azjatyckie i afrykańskie z chęcią wycisnęłyby europejskie zasoby niczym cytrynę. W przypadku USA miałaby inny charakter ze względu na potęgę militarną i szczególne położenie geograficzne. Z pewnością jednak byłoby związane ze zmniejszeniem skali oddziaływania i koniecznością podzielenia się władzą nad sposobem urządzenia świata z nowymi, azjatyckimi potęgami.
Jestem bardzo mocno przekonany, że tylko odbudowa i pogłębienie relacji transatlantyckich da realną szansę na rozwój, zachowanie europejskiego stylu życia oraz wzmocnienie roli Polski. Jesteśmy na siebie skazani. Ze względu na głęboką sieć powiązań gospodarczych, kulturowych, militarnych i politycznych. Najlepszy czas na to, by to zrozumieć i przełożyć na szeroko zakrojony plan polityczny był 20 lat temu. Drugi najlepszy moment, by zacząć działać jest dzisiaj.
Czy USA jest w stanie obronić hegemonię?
Nie da się kontynuować globalnej gospodarki w dzisiejszym modelu. Nie można w dłuższej perspektywie utrzymać równowagi w sytuacji gdy jedni stają się potęgą produkcyjną a drudzy – potęgą konsumpcyjną. Nie jest możliwy dalszy transfer bogactwa ze strony krajów rozwiniętych do tych, którzy śmieją się z zasad i systemu wartości, który pozwala im się bogacić.
Te zagrożenia znakomicie definiuje administracja Trumpa i podejmuje zdecydowane działania. To być może ostatni moment, choć możliwe, że jest już za późno. Mam świadomość, że sposób komunikacji prezydenta USA jest barwny i dla skostniałych europejskich elit – trudny do przyjęcia. Szczególnie dla tych, którzy od dłuższego czasu obrażali Trumpa, bo nie wpisywał się w ich oczekiwania. Dziś muszą łykać własne języki, bo nadszedł czas weryfikacji prawdziwej siły i potencjału.
Wiele osób, szczególnie konsumujących rozemocjonowane przekazy polityczne, łapie się za głowę i załamuje ręce nad niezrozumiałymi decyzjami administracji w Waszyngtonie. Ideologicznie nacechowane komentarze zamiast skupiać się na treści realizowanej polityki nadają jej plemienną ocenę. To droga na skróty. Donald Trump wrócił do Białego Domu dużo lepiej przygotowany i otoczony wianuszkiem doświadczonych współpracowników z szufladami pełnymi nowych rozwiązań.
USA już jakiś czas temu zrozumiały, że nie sposób grać według ustalonych reguł z Chinami, które tych reguł ewidentnie nie przestrzegają i wykorzystują słabości systemu światowej gospodarki. Przywłaszczanie własności intelektualnej, przejmowanie całych sektorów gospodarki światowej, agresywne subsydiowanie eksportu to tylko elementy systematycznego podkopywania obecnego status quo. Oczywiście kosztem hegemonicznej pozycji USA.
Ameryka szarpie cugle przez Atlantyk, by odzyskać kontrolę nad światem
Komunistyczna Partia Chin wyznaczyła rok 2049 jako datę „odrodzenia narodu”, co przez większość analityków interpretowane jest jako termin, w którym Chiny zamierzają siłowo odzyskać kontrolę nad Tajwanem. Przynajmniej do tego czasu konfrontacja między USA a Chinami nie przybierze formy tradycyjnych konfliktów militarnych. Będzie rozgrywać się na płaszczyznach gospodarczej, finansowej i politycznej. Gwarancje wzajemnego zniszczenia ograniczają ryzyko eskalacji militarnej, ale nie eliminują napięć.
Dziś siła militarna i gospodarcza USA nadal dominuje nad potencjałem chińskim, jednak nożyce wykresów się zacieśniają i w Stanach zapadły decyzje o mocniejszym szarpnięciu cugli – w innym przypadku w nadchodzącej konfrontacji mogłyby być skazana na porażkę.
I to tak należy czytać zdecydowaną politykę administracji amerykańskiej. Pomijając polityczne emocje i ozdobniki – zmniejszenie ilości teatrów konfrontacji, zabezpieczenie kontroli mórz i handlu, wymuszenie zwiększenia zaangażowania i solidarności sojuszników, redefinicja zasad funkcjonowania rynków finansowych – to logiczne ruchy, które przypominają przegląd zbrojowni przed nadchodzącą bitwą. Nie należy się na to obrażać, trzeba się zastanawiać co te przygotowania oznaczają dla nas – dla Polski i Europy. A – gdy dobrze się temu przyjrzeć – sukces Ameryki może – i powinien – stać się sukcesem starego kontynentu.
Skansen Europa: nostalgiczny cień dawnej potęgi
Świat dwubiegunowy, zdominowany przez USA i Chiny, nie pozostawia miejsca na trzecią drogę. Europa, mimo historycznej roli, zmierza ku marginalizacji. Brak wspólnej strategii i zdolności do jej „dowożenia”, wewnętrzne podziały i uzależnienie od zewnętrznych aktorów sprawiają, że staje się przedmiotem gry mocarstw, a nie jej aktywnym uczestnikiem.
Teoretycznie Unia Europejska stanowi olbrzymi potencjał. PKB na poziomie porównywalnym z Chinami, wysoki poziom życia 450 mln mieszkańców czy ponad dwukrotnie wyższe nakłady na wojsko powinny sprawiać, że Europa samodzielnie mogłaby stanowić o przyszłości tej części świata. Mogłaby, ale nie jest zdolna.
Instytucje polityczne Unii Europejskiej nie są bowiem przystosowane do coraz dynamiczniej zmieniającego się świata. Podziały i narodowe egoizmy w kluczowych momentach biorą górę a państwa, które od lat dzierżyły nieformalny ster przywództwa nie zdały egzaminu. Zagubieni w poczuciu wyższości, pyszni i bujający w obłokach marzeń o mocarstwowości trwonią potencjał starego kontynentu.
Na naszych oczach rozpadł się mit świetnie zorganizowanych i wolnych od politycznych interwencji gospodarki i finansów Niemiec, co znakomicie opisał w książce o znamiennym tytule „Kaput” Wolfgang Münchau, jeden z założycieli Financial Times Deutschland. To właśnie upolitycznienie sektora finansów i przemysłu doprowadziło do braku elastyczności gospodarki, zapóźnienia technologicznego, administracyjnego imposybilizmu i dotkliwego braku sprawczości.
Europa jest świetna w tworzeniu wielkich wizji, jednak fatalna w ich wcielaniu w życie. Gdzie jest dziś strategia wspomniana Lizbońska? Dokument przyjęty dwie i pół dekady temu zakładał wzrost wydatków na badania i rozwój do 3% PKB do 2010 roku. Wg. Eurostatu te wydatki dziś to… 2,11% PKB. Dla porównania biedne Chiny wydają na ten cel 2,56% własnego produktu, USA – 3,59%.
Mieliśmy być technologicznym mocarstwem. Mieliśmy być liderem świata innowacji. Wydano pieniądze, zadrukowano tysiące stron strategii i… nic. Nic dziwnego, że świat Europie uciekł. Nic dziwnego, że w relacjach z USA staliśmy się junior partnerem. Bez radykalnych zmian czeka nas agonia. Z początku powolna, z czasem tylko przyspieszająca.
Siedzenie okrakiem szkodzi
Jednocześnie syta, tłusta i mało ruchliwa Europa na własne życzenie znalazła się w systemie współzależności gospodarczych z Chinami. Kraje Unii są największym partnerem handlowym państwa środka, z deficytem handlowym na poziomie 300 miliardów euro rocznie. W sposób szczególny ta zależność dotyczy Niemiec, w mniejszym stopniu Francji, Włoch, Holandii czy… Czech. Europa, która pozwoliła sobie na deindustrializację i zwiększenie zależności od partnerów nie wyznających tego samego systemu wartości, znajduje się dziś w ciemnym miejscu. Obnażył to najpierw Covid-19, później wojna na Ukrainie. Zerwanie globalnych sieci dostaw i oderwanie od realnych środków produkcji pokazało: europejski cesarz jest nagi.
Europejskie elity po opublikowaniu raportu Draghiego już nie mogą otwarcie udawać, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. Niestety głównie w obszarze deklaracji. Potrzeba szybkiego dostosowania się do zmieniającej się rzeczywistości obnażyła największą słabość Unii – podziały, konserwatyzm decydentów i pycha przemieszana z mocarstwowym zestawem idei i postaw.
Rosnąca presja ze strony USA, by kraje Unia Europejskiej aktywnie dołączyły do budowy bloku wokół amerykanów wynika z faktu, że gotowość amerykanów do pełnienia roli dawcy bezpieczeństwa przez lata poddawana była turbulencjom i testom. Europejczycy szukali swojej drogi. Począwszy od opuszczenia przez Francję de Gaulle’a struktur wojskowych NATO poprzez budowane na typowo europejskim poczuciu wyższości separowanie się od przywództwa amerykańskiego – niszczono więź transatlantycką. Szukano sposobów, by pokazać, że potrafimy sobie poradzić bez Wuja Sama.
Jak w Europie Wuja Sama zastępował smok i niedźwiedź
Przewagi konkurencyjnej szukano zatem w innych partnerach – w Rosji oferującej tanią energię i wzmacniającej Niemcom gospodarczą i polityczną kontrolę nad mitteleuropą oraz w taniej sile roboczej Chin. Pokojowa renta naiwności się właśnie kończy i nadszedł czas, by zapłacić za sielskie dekady komfortowej konsumpcji.
Nawet po obnażeniu wszelkich słabości Unia próbuje własnej drogi. Zamiast „decouplingu” w relacjach z Chinami wybiera „derisking”. Nie wychodzi z zapowietrzonego pokoju, woli zostawić nogę w drzwiach – w razie czego. Jeżeli szukamy wyjścia z chińskiej współzależności to tam, gdzie się to opłaca zapóźnionym technologicznie Niemcom – ustalając wysokie cła na chińskie auta elektryczne. Zamiast grać wspólnie z USA, by doprowadzić do trwałego pokoju na Ukrainie opartego o twarde gwarancje – angażuje się w przepychanki i pozwala rozgrywać interesom wielkiego biznesu trzymającego pakiet kontrolny nad rządami w Kijowie. Jesteśmy tacy mądrzy a jednocześnie tacy ślepi i bezsilni. Wiemy wszystko ale jednocześnie nic z tym nie robimy.
Zamiast tego my, Europejczycy, chcemy grać mocarstwową grę. Niestety – parafrazując pewne niesławne spotkanie w Gabinecie Owalnym – brak nam kart, by skutecznie uczestniczyć w tej rozgrywce. A siedzenie okrakiem pomiędzy mocarstwami może nas – jak to mówi młodzież – zmieść z tej planszy. Doprowadzenie sytuacji do tego momentu jest niewybaczalnym obciążeniem dla europejskich i narodowych elit wszystkich krajów Unii Europejskiej oraz kładzie się cieniem nad ich legitymacją i realną zdolnością do wprowadzania niezbędnych zmian. Czy stać nas, by ponosić takie ryzyko?
Nadchodzi konfrontacja i zderzenie cywilizacji. Zachodniej i państwa środka, które szuka odbudowywane dominującej pozycji. Konfrontacja militarna, gospodarcza, polityczna i kulturowa. Nie pozwoli na pozostawanie z boku, nie wybaczy obojętności. Wszyscy, którzy wejdą pomiędzy jej tryby mogą zostać boleśnie zgnieceni i dopasowani siłą.
Co o naszej roli mówi ukraińsko-amerykańska umowa surowcowa?
Stany Zjednoczone prowadzą politykę weryfikacji sojuszników, zmuszając ich do opowiedzenia się po jednej ze stron. Kluczowym przykładem jest Ukraina, która poprzez umowę surowcową znalazła się pod olbrzymim wpływem USA. Umowa ta, ma polityczne znaczenie daleko wykraczająca poza kwestie surowcowe, może zmienić układ sił w regionie. Wszyscy pamiętamy spotkanie na szczycie między Wołodymirem Żełeńskim i Donaldem Trumpem w Białym Domu, które wywrócił premier Ukrainy. Wszyscy pamiętamy jak chwilę później Wierchowna Rada Ukrainy w nietransparentny sposób odrzuciła treść porozumienia. Wiele wskazuje na to, że po tych wydarzeniach amerykański biznes porozumiał się z ukraińskimi elitami gospodarczymi, marginalizując udział Europy w tym procesie.
Brak jest bezpośrednich dowodów, że to interesy ukraińskich oligarchów doprowadziły do zablokowania przyjęcia pierwotnej wersji umowy surowcowej. Nie odbyło się imienne głosowanie, które pozwoliłoby określić które stronnictwo było najbardziej aktywne. Jednak nie jest tajemnicą, że to interesy panów Kołomojskiego i Achmetowa były w tej sytuacji najbardziej zagrożone. Wierchowna Rada Ukrainy zwana przez złośliwych największym biznesowym klubem Europy upomniała się o interesy swoich mocodawców. Media zależne od Kołomojskiego zaangażowały się w krytykę umowy, wspierać mieli je politycy związani z Achmetowem.
Ostatecznie kryzys został zażegnany a umowa została w maju jednogłośnie ratyfikowana, co przypieczętowało „dogawor” między światem ukraińskiej gospodarki a Amerykanami oraz jednoznacznie wskazało miejsce w „kolejności dziobania” partnerów europejskich. Dowodzi to, że ukraińskie środowisko gospodarcze zaakceptowało wiodącą rolę USA w dyktowaniu warunków pokoju, życia i śmierci na Ukrainie. Amerykanie jako jedyni spośród krajów wspierających wysiłek militarny naszych wschodnich sąsiadów zmusili ich do zabezpieczenia własnych interesów gospodarczych. Nie uznali za wystarczająco wiarygodne nadzieje pokładane w dobre intencje i wdzięczność ukraińskich partnerów.
Więc jak nam idzie mocarstwowa polityka na własnym kontynencie? Niestety ale analizując przykład rozstrzygnięć wokół umowy surowcowej cenzurka pisze się sama. Jesteśmy poza grą. Dostaniemy tylko to, na co Wujek Sam pozwoli. A pozwoli na to, co będzie mu się opłacało. Bo może. Bo sami postawiliśmy się w pozycji słabości.
To dobra lekcja dla nas. Bo pomimo olbrzymiego wsparcia otrzymywanego z polskiej strony, premier Ukrainy nie zawahał się, gdy w 2023 roku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ nazwał decyzję o zakazie wwożenia ukraińskiego zboża do Polski „wpisywaniem się w politykę Rosji”. Polityka oparta o nadzieję na wdzięczność to frajerstwo. W chwili gdy zakończyło się realne zagrożenie dla państwowości Ukrainy powinny zakończyć się również sentymenty. I piszę to jako człowiek, który uważa niepodległą i silną militarnie Ukrainę jako polską rację stanu.
Czas na opowiedzenie się. Idziemy pod rękę z Amerykanami czy Chińczykami?
Polska, podobnie jak Europa, stoi przed koniecznością wyboru sojusznika. Stany Zjednoczone aktywnie budują bloki gospodarczo-militarne, wspierając je działaniami politycznymi. Alternatywą jest zbliżenie z Chinami, co jednak niesie ryzyko utraty suwerenności i popadnięcie w głęboką zależność, z której trudno będzie się wydobyć. Polska musi jasno określić swoich sojuszników i oponentów, dostosowując się do globalnych porządków. Brak zdecydowania może skutkować osłabieniem pozycji na arenie międzynarodowej.
Bezpośrednio za naszą wschodnią granicą Stany Zjednoczone dążą do przekształcenia Ukrainy w państwo frontowe, na wzór Korei Południowej, poprzez inwestycje gospodarcze, transfer technologii i wpływ polityczny. Proces ten wymaga jednak zaangażowania sąsiednich krajów, w tym Polski, Słowacji, Rumunii, Finlandii, Szwecji, Norwegii oraz potencjalnie państw bałtyckich. Sukces tej strategii może osłabić Rosję, ukazując kontrast między gospodarką putinowską a modelem zachodnim, zwiększającym zamożność społeczeństwa Ukrainy. Jednak realizacja tego planu oznacza ograniczenie wpływów Francji i Niemiec w Europie Wschodniej, co budzi zrozumiały opór europejskich potęg. I stawia zaangażowanie tych krajów w sprawy Ukrainy w zupełnie innym świetle niż to znane z najpopularniejszych mediów.
Rola Europy Wschodniej w nowym ładzie
Stany Zjednoczone konsekwentnie realizują strategię budowania bipolarnego świata, w którym kontrolują sojuszników i osłabiają przeciwników. Ich polityka wobec Ukrainy, oparta na inwestycjach i kontroli gospodarczej, ma na celu stworzenie silnego państwa frontowego. USA będą wymagać lojalności od sojuszników, w tym Polski, co może oznaczać konieczność redefinicji relacji z Europą Zachodnią.
Polityka USA względem Europy środkowej i wschodniej jest od mniej-więcej 2014 roku niezmienna. Amerykanie szukają przeciwwagi dla hegemonicznej a jednocześnie mocno egoistycznej przywódczej roli Niemiec i Francji w Unii Europejskiej. Inicjatywy Trójmorza czy budowy Bukaresztańskiej siódemki to przykłady tego zaangażowania. Te inicjatywy, gdyby wyszły poza poziom politycznych deklaracji i zostały wypełnione gospodarczą treścią – mogłyby zakończyć się znaczącym sukcesem. Ubolewam nad tym, że do dziś tak się nie stało. Nie wystawia to dobrej cenzury naszym politykom.
Przedmurze Wschodnie – przeciwwaga dla krótkowzrocznej polityki Europy Zachodniej
Tymczasem USA, aby mieć zabezpieczoną północno-wschodnią flankę – potrzebuje dociążonej i wylewarowanej Polski i krajów wspomnianego bloku – nazwijmy go Przedmurzem Wschodnim. Niezbędne jest wzmocnienie bloku poprzez działania charakterze po pierwsze gospodarczym, po drugie militarnym i po trzecie - politycznym.
Po pierwsze działania gospodarcze, by pełen zakres zaplecza ewentualnego konfliktu mógł być obsługiwany na miejscu i w miarę możliwości nie zależał od wielotygodniowych transportów poprzez ocean. Do tego potrzebne jest zaplecze przemysłowe i technologiczne, kompetencje oraz zasoby informacyjne. Słowem: potrzebne są zagraniczne oraz krajowe inwestycje w produkcję militarną i podwójnego zastosowania w Polsce, szczególnie w regionach stanowiących naturalną głębię strategiczną Polski – na Dolnym Śląsku, Opolszczyźnie Śląsku, Lubuskiem i w Wielkopolsce.
Po drugie działania militarne, by to do krajów Przedmurza Wschodniego, z Polską na czele przeniosły się z Niemiec bazy wojskowe USA. Wał broniący Europy przed wschodnim zagrożeniem będzie ciągnął się od Arktyki po Morze Czarne i zasługiwał na zupełnie nowe struktury, organizację i finansowanie. I to nie miejsce na to, byśmy jak bezbronne dzieci opierali się na finansowaniu tych działań przez USA. Kraje bloku własną piersią osłaniać będą Europę Zachodnią od zagrożenia. To ogromny wysiłek i odpowiedzialność, która w krytycznym momencie może zostać okupiona krwią polskiego żołnierza. Logiczne zatem byłoby, by kraje Europy Zachodniej w znaczącym wymiarze dokładały się do kosztów utrzymania i wyposażania rozbudowanych ponad standardowe potrzeby sił zbrojnych.
Blok Przedmurza Wschodniego powinien otrzymać należną wagę w strukturach militarnych NATO. W Polsce, a konkretnej: na Dolnym Sląsku powinno mieć swoją siedzibę nowe dowództwo połączonych sił NATO na teatrze północno-wschodniej Europy – dowództwo bloku Przedmurza Wschodniego. To nasz interes narodowy.
Po trzecie działania polityczne, by wspólnota interesów przemówiła wspólną sprawczością względem krajów starej Unii Europejskiej z jednej strony – i względem Rosji z drugiej. Zapewnienie odpowiedniego finansowania, budowa infrastruktury technicznej oraz gospodarczej oraz utrzymanie właściwych sił na naszym teatrze – to wszystko będzie wymuszało współdziałanie, w trakcie którego pogłębi się wzajemne zaufanie, uwspólnione zostaną strategiczne cele. To szansa na zrównoważenie sprawujących obecnie przywództwo Niemiec i Francji, które rozwiązania bezpieczeństwa w nowym światowym ładzie najchętniej ułożyłyby pod swoje interesy. A częścią tych interesów jest gospodarcza i polityczna kontrola nad blokiem krajów Europy centralnej i wschodniej.
Amerykańskie szarpnięcie cuglami to dla nas olbrzymia szansa na wyrwanie się z tego układu i wytworzenie nowej dynamiki w Unii Europejskiej. Uczynienie z Ukrainy nowej Korei Południowej nie może się odbyć bez udziału Polski i znacznej części państw bloku Przedmurza. Jesteśmy do tego niezbędni z przyczyn geograficznych, militarnych, gospodarczych i politycznych. To jest nasz moment, by realnie zacząć pełnić rolę, do której nasza klasa polityczna aspirowała od lat. Do budowania czegoś więcej niż Giedroyciowa doktryna ULB, bo nasza pozycja w Europie środkowej i wschodniej może być odpowiedzią nie tylko na problemy naszego regionu ale także drogą do uzdrowienia pogrążonej w niemocy Unii Europejskiej jako całości.
Potrzebne nowe idee, nowe instytucje i nowe elity
Niestety – w Europie cierpimy na kryzys realnego przywództwa. Większość obecnie rządzących elit jest skompromitowana indolencją, pychą, doraźnością albo zwykłą ludzką chciwością. Ci ludzie są w stanie zagwarantować tylko jedno: powolną agonię. To dlatego przez Europę już od lat przetacza się fala niezadowolenia. Rosną ruchy protestu, inicjatywy określane przez dotychczasowy establishment „antysystemowymi”. Ten gniew to reakcja na ideową pustkę, instytucjonalny absurd i powszechny brak wiarygodności elit.
W lipcu ubiegłego w Radio Wrocław roku wskazywałem, że polskie służby zagraniczne winne są utrzymywać kontakty zarówno ze sztabem demokratów jak i GOP, bo wszelkie dostępne przesłanki zapowiadają prawdopodobne zwycięstwo Donalda Trumpa. Wiele osób pukało się w głowę. Pytali czy przeszedłem na stronę zła.
To przejaw postawy, która od lat zatruwa nasz dyskurs. Poczucia wyższości. Wyższej racji, która pozwala nam wskazywać innym co mają wybierać, bo nam się wydaje, że wiemy lepiej. To ideologiczne zaślepienie, zacietrzewienie i zejście do intelektualnych okopów jest zagrożeniem i niesie za sobą ryzyko większe niż tylko to, że pokłócimy się przy świątecznym stole.
Jest zagrożeniem, dla trzeźwej oceny sytuacji i naszej egzystencji jako narodu i kręgu kulturowego. Bo stosunek naszych elit do Amerykanów jest produktem salonu. Wiernopoddanczy albo buńczuczno-brukselski. Nie mam nic przeciwko elitom jako takim, nie mam nic przeciwko Europie, przeciwnie, jestem jej wielkim entuzjastą i miłośnikiem. I dlatego właśnie nakłuwanie bańki tych szkodliwych poglądów jest obowiązkiem wszystkich świadomych obywateli na poziomie lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Bo szkodzą.
Ale jest płomyczek nadziei – w inicjatywach oddolnych, w społecznym zaangażowaniu, w nowych odsłonach ruchów politycznych – zastygła skorupa dotychczasowych elit rozszczelnia się i pęka.
Tylko od nas zależy czy uda się ją skruszyć. A od naszych zdolności i determinacji zależeć będzie przyszła rola Polski w nowym ładzie układanym przez mocarstwa. W sytuacji, w której swoją rolę odegramy jak należy – odciśniemy na nowym ładzie piętno, które sprawi, że będzie szyty nieco bardziej na naszą miarę i lepiej służył przyszłym pokoleniom.
Stawka jest więc wysoka. Czy polskie społeczeństwo obywatelskie podniesie rzuconą mu przez historię rękawicę? Zapraszam do dyskusji.
Dlaczego Jacek Sutryk nie zasługuje na nasze zaufanie
Alienacja władzy, targowisko interesów i ostrzeżenie na przyszłość
Podczas sesji absolutoryjnej Rady Miejskiej Wrocławia 22 maja 2025 r. radny Piotr Uhle przedstawił obszerne i krytyczne stanowisko wobec raportu o stanie gminy oraz wniosku o udzielenie prezydentowi wotum zaufania. Jego ocena była jednoznaczna – negatywna. Wystąpienie nie dotyczyło wyłącznie jednego dokumentu. Było diagnozą kierunku, w jakim – zdaniem radnego – zmierza Wrocław jako wspólnota samorządowa.
Już na początku swojego wystąpienia Uhle przywołał słowa Bertolta Brechta: „Czy nie byłoby wszak prościej, gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał inny?” Cytat ten – jak podkreślił – miał szczególne znaczenie w kontekście relacji władzy z mieszkańcami.
Szacunek wobec mieszkańców jako test demokracji
Radny odniósł się do sytuacji, która miała miejsce na sali obrad jeszcze przed rozpoczęciem właściwej debaty. Wspomniał o słowach jednego z dyrektorów magistratu, który miał nazwać mieszkańców „bandą pajacych”. Uhle zaapelował publicznie o odwagę i odpowiedzialność. – Mam nadzieję, że będzie pan miał odwagę wyjść tutaj i powiedzieć to samo do kamery i do protokołu albo przeprosić tych wszystkich ludzi, którzy przyszli tutaj wypowiedzieć się w ważnych sprawach .
W jego ocenie stosunek do mieszkańców jest papierkiem lakmusowym jakości lokalnej demokracji.
Co nie znalazło się w raporcie
Odnosząc się do samego raportu o stanie gminy, Uhle zwrócił uwagę, że równie istotne jak to, co zostało w nim opisane, jest to, czego w nim brakuje. – To zwykle jest esencja, nie to, co urząd chce w oficjalnych komunikatach powiedzieć, tylko to, czego unika .
Zdaniem radnego w ostatnich latach Wrocław coraz częściej funkcjonuje jako „targowisko interesów”. Miasto – w jego ocenie – staje się narzędziem realizacji ambicji politycznych i elementem ogólnopolskich układanek partyjnych. – Wrocław staje się targowiskiem interesów, który doprowadza do tego, żeby konserwować swoją władzę .
„Partia dyrektorów, prezesów i rzeczników”
Jednym z najmocniejszych wątków wystąpienia była krytyka rosnącej roli administracyjno-politycznego zaplecza magistratu. Uhle mówił o zjawisku, które określił jako „partię dyrektorów, prezesów i rzeczników”. – Partia dyrektorów razem z partią prezesów i partią rzeczników dominuje nasze życie, zamienia się tak naprawdę w partię polityczną jako instytucja publiczna i doprowadza do pogłębiających się patologii .
W jego ocenie w tak skonstruowanym systemie premiowana jest lojalność wobec układu władzy, a nie kompetencje. Miał to być jeden z powodów pogłębiającej się alienacji władzy od mieszkańców.
Transparentność i dostęp do informacji
Radny zwrócił uwagę na problemy z dostępem do dokumentów w ramach działań kontrolnych Rady Miejskiej. – Problem z transparentnością jest tutaj poważny – mówił, wskazując na utrudnienia w pracach komisji rewizyjnej czy w dostępie do dokumentów dotyczących spółek miejskich.
W jego ocenie brak przejrzystości prowadzi do erozji zaufania i osłabienia mechanizmów kontroli.
Bierność kosztuje
W dalszej części wystąpienia Uhle odniósł się do konkretnych obszarów polityki miejskiej. Wskazywał m.in. na kwestie inwestycyjne, politykę śmieciową oraz opóźnienia przetargowe, które – jak argumentował – generują realne koszty dla mieszkańców.
– Bierność po prostu kosztuje – podsumował, odnosząc się do dodatkowych wydatków związanych z koniecznością zawierania umów z wolnej ręki w gospodarce odpadami.
Zwrócił także uwagę, że wzrost wynagrodzeń we Wrocławiu jest wolniejszy niż średnio w Polsce, co może świadczyć o słabnącej pozycji miasta w przyciąganiu inwestycji o wysokiej wartości dodanej.
Jakość demokracji to ochrona mniejszości
W końcowej części wystąpienia radny podjął temat jakości lokalnej demokracji. – Jakość demokracji nie jest mierzona tym, co może zrobić większość z mniejszością, tylko jak bronione są prawa mniejszości przed dyktaturą większości – podkreślił.
Krytykował m.in. sposób reprezentacji klubów radnych w tworzonych gremiach oraz utrzymywanie finansowanego z publicznych środków biuletynu informacyjnego.
Negatywna ocena i ostrzeżenie
Na zakończenie Piotr Uhle jednoznacznie zapowiedział głosowanie przeciwko wotum zaufania. – Moja opinia do raportu o stanie gminy jest negatywna i będę głosował przeciwko wotum zaufania .
W jego ocenie procesy zachodzące we Wrocławiu będą miały konsekwencje wykraczające poza jedną kadencję. – Z kadencji na kadencję Wrocław jako instytucja samorządowa traci na jakości, traci na wartości i przez to tracimy my wszyscy .
Wystąpienie było ostrzeżeniem: obecne decyzje i standardy zarządzania miastem mogą przynieść skutki odczuwalne dopiero za kilka lat. I właśnie dlatego – jak argumentował radny – nie mógł udzielić wotum zaufania
fot. https://www.flickr.com/photos/lulek/
Zapytanie: Ile planów, ile decyzji, ile działek? Statystyka polityki przestrzennej Wrocławia 2019–2023
Ile wniosków o sporządzenie planów miejscowych trafia do urzędu? Ile decyzji o warunkach zabudowy wydaje miasto? Ile działek komunalnych sprzedano pod zabudowę? Te pytania – w związku z rosnącym zainteresowaniem mieszkańców polityką przestrzenną – zadali w zapytaniu z 21 czerwca 2023 r. radni Jolanta Niezgodzka i Piotr Uhle. Odpowiedź magistratu przynosi szczegółowe dane za lata 2019–2023.
Radni pytali o skalę procedur planistycznych, decyzji administracyjnych oraz sprzedaży gruntów komunalnych.
Wnioski o plany miejscowe i uchwały
Z odpowiedzi wynika, że w latach 2019–31 maja 2023 r. do Urzędu Miejskiego Wrocławia wpłynęło łącznie 363 wnioski o przystąpienie do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego:
– 2019 r. – 88 wniosków
– 2020 r. – 78 wniosków
– 2021 r. – 99 wniosków
– 2022 r. – 70 wniosków
– do 31 maja 2023 r. – 28 wniosków
W tym samym okresie Rada Miejska podjęła 114 uchwał o przystąpieniu do sporządzenia planów oraz 96 uchwał o ich uchwaleniu. Obecnie – jak wskazano w odpowiedzi – w opracowaniu znajduje się 90 miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.
Decyzje o warunkach zabudowy: wyraźny wzrost w 2022 roku
Jeszcze wyraźniejsza jest skala wniosków o wydanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ). W latach 2019–31 maja 2023 r. wpłynęło ich łącznie 3587, z czego najwięcej w 2022 roku – aż 1098.
– 2019 r. – 780 wniosków
– 2020 r. – 661 wniosków
– 2021 r. – 706 wniosków
– 2022 r. – 1098 wniosków
– do 31 maja 2023 r. – 342 wnioski
W odpowiedzi podano również liczbę wydanych decyzji WZ w tym okresie – od 489 w 2019 r. do 409 w 2021 r. (w 2022 i 2023 r. w dokumencie wskazano liczbę wpływów, co może świadczyć o trwających postępowaniach).
Pozwolenia na budowę: trend spadkowy
W zakresie pozwoleń na budowę widać wyraźny trend spadkowy. Liczba złożonych wniosków zmniejszyła się z 3551 w 2019 r. do 1599 w 2022 r.
– „Ilość wniosków o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę (…)” – 3551 w 2019 r., 3401 w 2020 r., 2374 w 2021 r., 1599 w 2022 r., 656 do 31 maja 2023 r.
Podobnie spada liczba wydawanych decyzji o pozwoleniu na budowę – z 2981 w 2019 r. do 1381 w 2022 r.
Lokale komunalne i sprzedaż gruntów
W odpowiedzi znalazła się także informacja, że od 1 stycznia 2019 r. do 31 maja 2023 r. nie oddano do użytku żadnych lokali wchodzących w skład mieszkaniowego zasobu gminy.
– „Od 1 stycznia 2019 r. do 31 maja 2023 r. nie oddano do użytku lokali wchodzących w skład mieszkaniowego zasobu Gminy.”
Jednocześnie w tym samym okresie sprzedano łącznie 396 działek komunalnych przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe, usługi oraz aktywność gospodarczą:
– 2019 r. – 86 działek
– 2020 r. – 73 działki
– 2021 r. – 121 działek
– 2022 r. – 86 działek
– do 31 maja 2023 r. – 30 działek
Obraz polityki przestrzennej
Zapytanie z 21 czerwca 2023 r. pozwala spojrzeć syntetycznie na skalę procesów urbanistycznych we Wrocławiu: setki wniosków planistycznych, tysiące decyzji administracyjnych, dziesiątki sprzedanych gruntów komunalnych rocznie – przy jednoczesnym braku nowych lokali komunalnych oddanych do użytku w analizowanym okresie.
Dane te stanowią punkt wyjścia do szerszej dyskusji o kierunkach rozwoju miasta, relacji między planowaniem miejscowym a decyzjami WZ oraz roli gminy jako właściciela i inwestora.
Pełna treść zapytania i odpowiedzi dostępna jest w Biuletynie Informacji Publicznej:
https://bip.um.wroc.pl/interpelacja/67185/zapytanie-w-sprawie-zainteresowania-mieszkancow-zwracamy-sie-z-nastepujacymi-pytaniami





